Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

felietony nie zwalniają

felietony nie zwalniają

Robią to ludzie. Zwalniają, bo ktoś się spóźnia, nie wykonuje obowiązków albo wykonuje je w sposób niezadowalający. Bo jest niedyspozycyjny, niekompetentny, leniwy. Bo kradnie, nie szanuje firmowego mienia. Bo pije, bo nadużywa czasu na przerwę. Bo są cięcia, restrukturyzacja, kryzys, bo pojawiają się maszyny, które tę samą robotę wykonają szybciej, lepiej i taniej.

Zdarza się jednak, że można stracić pracę przez felietony. Tak było w moim wypadku.

Kiedy na początku maja tego roku dostałem pracę w markecie sportowym, czułem, że trafiłem w odpowiednie miejsce. Miejsce, w którym – poza zarabianiem pieniędzy - będę mógł realizować swoją pasję, czyli bieganie. I wszystko się sprawdzało. Dostałem tańszy dostęp do sprzętu, zrozumienie ze strony przełożonych, którzy nie sprawiali problemów, kiedy potrzebowałem wolnego weekendu na zawody. Otworzono przede mną ścieżki rozwoju poprzez program liderów sportu czy projekt lokalnej grupy biegowej. Słyszałem od pracodawcy, że jestem „najlepszą możliwą opcją”, „perfekcjonistą do granic możliwości”, „sportowcem z krwi i kości”, że „pracujesz bardzo dobrze i zawsze starasz się na 100 procent”, a „jak rozmawiasz z biegaczami to otwiera ci się szersza perspektywa”.

Wtem. Na początku października zostałem poproszony na tzw. dywanik.

- Krzysiek, czy tobie na pewno podoba się w pracy?
- Tak - odpowiedziałem bez wahania.
- A co dokładnie?
- Atmosfera, wypłata regularnie wzbogacana przez system premiowy, poza tym sama robota nie jest szczególnie ciężka.
- Słyszysz jak ty to mówisz? Recytujesz jak robot - oceniono, że lepiej wiedzą, co naprawdę myślę.

W następnej kolejności wyciągnięto telefon i skorzystawszy z wszechobecnego w sklepie WiFi uruchomiono serwis bieganie.pl, zakładkę „felietony” i tekst pt. „Problemy pierwszego świata”.

- Okazuje się, że ludzie czytają twoje felietony - rozpoczęto ze zdziwieniem. - Piszą do nas z innych sklepów w Polsce i wiedzą, że Brągiel u nas pracuje. Mówisz, że ci się w pracy podoba, a jednocześnie piszesz, że - cytuję: „W robocie, jak to w robocie, trzeba było odbębnić swoje udając, że praca jest moją pasją, powołaniem i sensem istnienia”.
- Ale to jest felieton - napomknąłem. - Taka forma literacka błądząca gdzieś pomiędzy fikcją a prawdziwym życiem, jawą a snem. Jeśli ktoś traktuje taki tekst jak prawdę objawioną, to albo ma problemy intelektualne, albo dużo złej woli - przyznam, że broniłem się w sposób nie do końca elegancki.

W jednej chwili okazało się, że to co traktowałem jako swój atut, stało się moim przekleństwem. Sądziłem, że pracując dla redakcji jednego z wiodących serwisów o bieganiu w Polsce – robię robotę, która dla marketu będzie prędzej powodem do dumy, niż wstydu. Sądziłem, że jestem fajną wartością dodaną dla ekipy sklepu, a zwłaszcza dla działu „bieganie”. Że to fajnie mieć u siebie w zespole faceta, który przepytywał Ennaoui, Januszewskiego, Zalewskiego... i wielu innych doskonałych biegaczy wyczynowych czy amatorskich. Okazało się inaczej.

Pod koniec października dowiedziałem się, że firma nie jest zainteresowana przedłużeniem ze mną umowy. Było to o tyle przykre, że – po dwóch umowach krótkoterminowych - w grę wchodziła współpraca na czas nieokreślony. Kiedy zapytałem – dlaczego? Dowiedziałem się, że – cytuję – „Twoje felietony w złym świetle stawiają nas jako firmę. Nie wyobrażamy sobie współpracy z osobą, która oczernia nas jako pracodawcę”.

Moje największe przewinienie, czyli felieton „Problemy pierwszego świata” miał być historyjką o zupełnie nieudanym dniu, w którym od samej pobudki życie toczy się jak koń pod górę. Historyjką, która konsekwentnie zmierza do jedynej możliwej puenty. Puenty, że w życiu biegacza te wszystkie niepowodzenia są niczym, wobec sytuacji gdy zapomni się włączyć Endomondo podczas długiego wybiegania. Nie zastanawiałem się po drodze, co jest moją opinią, a co licentią poeticą, co faktem, a co fikcją. Ale dla jasności mogę to zrobić teraz.

Jak przystało na wiernego wskazówkom spisanym przez Ehrmanna w Desideracie – swoją pracę zawsze starałem się wykonywać z sercem, jakakolwiek by skromna nie była. Co zresztą zostało zauważone i docenione, jak podałem w drugim akapicie. Czy praca była moją pasją? Moją pasją było, jest i – mam nadzieję – będzie bieganie. Czy była moim sensem życia? Również rozczaruję byłego pracodawcę, ale sensem życia jest dla mnie żona i córka.

Przez pół roku pracy w markecie obserwowałem jak ludzie zwalniali innych ludzi w liczbach – dla mnie niepokojących. Najczęściej zwolnienia dotyczyły tych, którzy w mojej ocenie swoją pracę wykonywali bez zarzutu. Ale zakładałem, że menadżerowie widzą więcej, wiedzą co robią i podejmują właściwe decyzje. Po tym jak sam usłyszałem „Panu już dziękujemy” z powodu „odcinka powieści” - jak tłumaczone jest francuskie słowo feuilleton" – odnoszę wrażenie, że w olsztyńskim markecie pewne rzeczy wymknęły się spod kontroli.

Według niektórych badań socjologicznych utrata pracy uznawana jest za większą tragedię niż rozwód, czy śmierć współmałżonka. Dlatego chciałbym tym felietonem przede wszystkim zaapelować. Jeśli los, determinacja, umiejętności, albo wujek w zarządzie, jeśli cokolwiek dało ci możliwość zwolnienia człowieka - proszę - zawsze zastanów się nie dwa i nie trzy, ale sto razy - czy podejmujesz właściwą decyzję.

Sam czuję się potraktowany niesprawiedliwie, co zresztą powiedziałem swojemu pracodawcy na odchodne.

 

____________________

Krzysztof Brągiel – biegacz, tynkarz, akrobata. Specjalizacja: suchy montaż i czerstwe żarty. Ulubiony film: „Pętla”. Ulubiony aktor: Marian Kociniak. Ulubiony trening: świński trucht. W przyszłości planuje napisać książkę o wszystkim. Jeśliby się nie udało, całkiem możliwe, że narysuje stopą komiks. Bycie niepoważnym pozwala mu przetrwać. Kazał wszystkich pozdrowić i życzyć miłego dnia.