Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
biegasz, czy najpierw trzeba z tobą chodzić?

Podrywać można na tyle sposobów, ile kilometrów liczy sobie bieg dwudziestoczterogodzinny. Dużo. Co kraj to obyczaj, co facet to inna taktyka, aparycja i pomysł na to, jak skraść kobiecie serce. Jest jednak kilka uniwersalnych metod, znanych pod każdą szerokością geograficzną, sprawdzonych przez niejednego Zbyszka, Ryśka, czy Johna. Metod, dzięki którym wiele par mogło zanucić podczas romantycznego spaceru pod rękę, że „Love is in the air”.

Absolutnym hitem o potwierdzonej skuteczności jest metoda „na bidula”. Strategia trafia w naturalny instynkt macierzyński kobiety. Udajemy biednego, rannego, skrzywdzonego w poprzednim związku, często powtarzamy, że nasza ex była zołzą, nie pozwalającą wychodzić z kumplami na piwo, no i w ogóle zimna ryba. Metoda „na bidula” przez niektórych uważana jest za mało męską, ale niech pierwszy rzuci  kamieniem, kto nigdy nie zagrał właśnie tą kartą. Wszak sam Franz Maurer w filmie „Psy” bajerując Angelę mówi, że jego ex „to zła kobieta była”, a on jest święty.

Przeciwieństwem zbitego psa, jest poza na bulteriera, zimnego drania, w krajach latynoskich znana pod hasłem „Jestem macho, niech kobiety mi wybaczą, niech płaczą”. Nie czuję się ekspertem w tej strategii, ponieważ zazwyczaj jestem miły, serdeczny i ugodowy. Mój poziom agresji spoczywa na co dzień na poziomie dna Rowu Mariańskiego. No chyba, że coś mnie wkurzy. Na przykład taki źle rozbity schabowy potrafi doprowadzić człowieka do szewskiej pasji... Ale to pewnie każdy tak ma, czy nie?

Można też podrywać na biegacza. Jest to jednak metoda dedykowana wyjątkowo skromnej grupie docelowej. Najlepiej, jeśli kandydatka lubi godzinami wysłuchiwać opowieści o – dryfie tętna, pęcherzach, progach, schodzącym paznokciu, drugim zakresie, odciskach, interwałach, krwawiących sutkach, atutach realizacji treningu tempowego na bieżni elektrycznej, rozwolnieniu na maratonie po spożyciu żelu z kofeiną. Jeśli kandydatka nie jest fanką podobnych historii, lepiej od razu zrezygnować z podrywu i znaleźć taką, która lubi wiedzieć, gdzie biegacz chadza piechotą... na 5 minut przed startem.

Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby mieszać metody dla zwiększenia skuteczności. Dekadę temu, zdobywając serce swojej ukochanej, skorzystałem z niezawodnej taktyki „na bidula” w połączeniu z podrywem „na biegacza”. Zadziałało.

Specjalnie na potrzeby tego felietonu porozmawiałem ze swoją żoną. To znaczy... To nie jest tak, że na co dzień ze sobą nie rozmawiamy. Rozmawiamy, a jakże, ale zazwyczaj są to proste komunikaty – co na obiad, kupiłaś chleb, czy była dzisiaj kupa? Tutaj pragnę dla jasności zaznaczyć, że chodzi o kupę naszego dziecka, jej kolor, gramaturę, konsystencję. Wbrew pozorom z tego typu informacji można wiele wywnioskować o stanie zdrowia berbecia.

Ale do rzeczy. Porozmawiałem z żoną.

- Słuchaj – zacząłem. - A czy to, że biegałem, było dla ciebie istotne, gdy lata temu próbowałem cię zbałamucić?
- Czy ja wiem – spojrzała przed siebie w głębokim zamyśleniu. - Może nie tyle sam fakt, że biegałeś był ważny, ale bardziej to, że miałeś jakąś pasję. No i twoje zdjęcia z zawodów, w biegu, w stroju startowym... Wyglądało to naprawdę efektownie.
- Powiedzmy wprost: ciało. Chodzi ci o ciało.
- No tak, o ciało. Zawsze tak miałam, że podobali mi się chudzielcy.

 

____________________
Krzysztof Brągiel – biegacz, tynkarz, akrobata. Specjalizacja: suchy montaż i czerstwe żarty. Ulubiony film: „Pętla”. Ulubiony aktor: Marian Kociniak. Ulubiony trening: świński trucht. W przyszłości planuje napisać książkę o wszystkim. Jeśliby się nie udało, całkiem możliwe, że narysuje stopą komiks. Bycie niepoważnym pozwala mu przetrwać. Kazał wszystkich pozdrowić i życzyć miłego dnia.