Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

pysznię się

pysznię się

Bieżący tydzień jest dla mnie szalenie istotny z biegowego punktu widzenia. Nie owijając w bawełnę, chodzi o to, że zacząłem realizować plan treningowy. Po kilkunastu miesiącach pozostawania wiernym idei, że bieganie według planu jest dla lamusów, dokonałem pewnego rodzaju wolty w myśleniu. Aktualnie jestem wierny przekonaniu, że bez planu można zbudować co najwyżej domek z kart. Nie jest jednak powiedziane, że mi się nie odwidzi i za jakiś czas ponownie nie postanowię hołdować tezie o lamusach. Czas pokaże albo pokarze.

Jeśli chodzi o dziwne biegowe przekonania, mam ich jeszcze trochę w zanadrzu. Zacznijmy od prawdziwej bomby, co się zowie - w bieganiu lubię taniznę. Wiecie, chodzi o tę historię, że wystarczą dresy, buty jakieś, kawałek chodnika i włala, można wyruszyć naprzeciw biegowej przygodzie. Chcę przez to powiedzieć, że daleko mi do bycia gadżeciarzem. Najdroższe buty, jakie nosiły moje stopy, kosztowały 199,99 złotych, a najdroższy zegarek, jakim spowity został mój nadgarstek pochłonął 59,99 (bynajmniej nie euro) i gdy pani w kasie chciała zostawić grosik reszty dla siebie... Oj, nie chcielibyście wiedzieć, jak srogo zmierzyłem ją wzrokiem. Ze strachu wydała piątaka.

Historia o kolejnym zboczeniu z bieganiem w tle będzie dłuższa. Kilka miesięcy temu przeżywałem biegowy kryzys. Kryzys był tak wielki, że podczas jednego z rozbiegań zacząłem nawet przez chwilę rozmyślać o poszukaniu pomocy u trenera biegania. Czarna rozpacz. Jakieś pół minuty później nadeszło jednak opamiętanie. Ale jak to, miałbym płacić za trening? - pytałem siebie i świerków licznie zgromadzonych przy biegowej ścieżce. Przecież płacenie za trening jest jak płacenie za seks – odczuwałem dumę z błyskotliwej konstatacji. Każdy człowiek przy odrobinie wysiłku jest w stanie zorganizować sobie jedno i drugie. W pierwszym wypadku wystarczy przeczytać kilka książek, w drugim wyjść na miasto w piątkowy wieczór.

Jeśli macie już dość tych aberracji, dobra wiadomość jest taka, że zostały tylko dwie. Po pierwsze, irytują mnie biegowe złote myśli. Dopóki walczysz jesteś zwycięzcą? Jesteś zwycięzcą, gdy wygrywasz, czy to naprawdę tak trudne do pojęcia? Co cię nie zabije, to cię wzmocni? Pobożne życzenie. W większości przypadków ludzie na życiowe tragedie reagują wycofaniem i alienacją. Train hard or go home? A czy czasami różnej sportowej orientacji trenerzy nie powtarzają w kółko, że trening ma być przede wszystkim mądry i poukładany, a nie ciężki? Nie ma złej pogody, są tylko słabe charaktery? He he hu-e. Już widzę tych mocarzy na biegowych ścieżkach podczas gradobicia kulami o średnicy piłeczek do golfa. Za tego typu złote myśli serdecznie dziękuję. Wolę Tuwima i jego: Głupstwa można mówić. Byle nie uroczystym tonem. Biegowe sentencje bywają dla mnie zbyt nadęte.

Ostatnią anomalią o której chcę opowiedzieć jest to, że nie lubię chwalić się życiówkami. Ostatnio zauważyłem, że mój lęk przed biegochwalstwem zaczął osiągać chorobliwy poziom. Jak już napomknąłem podczas zeszłotygodniowego „widzenia”, pracuję w sklepie sportowym. Co chwilę mamy jakieś szkolenia, podczas których proszeni jesteśmy o przedstawienie się i tzw. kilka słów o sobie. Wspominam wówczas, że „coś tam truchtam”, „czasami wyjdę potupać rekreacyjnie po chodnikach”. Koledzy szturchają mnie wtedy łokciami i mówią, żebym „przestał pierdzielić” i pochwalił się swoimi „super życiówkami”. Ale ja milczę twardo, bo 33:40 na dychę to wynik, który prędzej jest mi powodem do wstydu, niż dumy.

Powyższe biegowe dziwactwa wynikają przede wszystkim z próżności i pychy. Omijam plany treningowe i trenerów biegania, ponieważ skorzystanie z pomocy oznaczałoby, że jest ktoś mądrzejszy ode mnie. Używam taniego sprzętu, bo wierzę, że tym sposobem nie pozwalam wodzić się za nos przerysowanym kampaniom wielkich sportowych marek. Nie chwalę się życiówkami, bo przez lata wyspecjalizowałem się w udawanej skromności. Jest ona dla mnie swoistym  buforem bezpieczeństwa, który chroni przed wylaniem się samouwielbienia na zewnątrz. Wreszcie, denerwuję się na złote myśli, ponieważ... nie są mojego autorstwa.

 


____________________
Krzysztof Brągiel – biegacz, tynkarz, akrobata. Specjalizacja: suchy montaż i czerstwe żarty. Ulubiony film: „Pętla”. Ulubiony aktor: Marian Kociniak. Ulubiony trening: świński trucht. W przyszłości planuje napisać książkę o wszystkim. Jeśliby się nie udało, całkiem możliwe, że narysuje stopą komiks. Bycie niepoważnym pozwala mu przetrwać. Kazał wszystkich pozdrowić i życzyć miłego dnia.