Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
dawaaaaj, pięknie lecisz!

dawaaaaj, pięknie lecisz!

Felieton Beaty Sadowskiej nr 7

- Nie pozwoliłem mamie biegać! – wrzeszczał mój dwuletni synek Kosma, kiedy biegłam MMC, czyli 40-kilometrowy górski maraton ze Szwajcarii do Francji. Tak się śmiałam, że od razu dostałam skrzydeł. To było jego kibicowanie. Już się stęsknił, mama miała być obok. Nie za chwilę. Na-tych-miast! Starszy smyk, Tytus, pobiegł kawałek obok mnie: - Dawaj, mamaaaaa, dawaj!

Nie wiem, czy to zmęczenie (kiedy emocje fruwają jak rozszalałe motyle), czy wzruszenie (mama/syn). Pewnie jedno i drugie - ale oczy mi się zaszkliły. Moje skarby!

Wiadomo, że biega głowa. I to jak! Płata figle, kusi, żeby zejść z trasy albo napędza jak niezły silnik. Takim zdrowym dopalaczem są kibice. Nakręcają, dodają energii i ratują w chwilach kryzysu.

Kibicowanie doceniłam dwa razy: najpierw, kiedy pierwszy raz, jako support, towarzyszyłam  mojemu Pawłowi w maratonie. Nie miałam jeszcze wtedy pojęcia, co oznacza królewski dystans. Coś tam słyszałam, ale – wiadomo - to trzeba zobaczyć z bliska. Z facetem, przyjaciółką, mężem, chłopakiem, koleżanką, tatą, kolegą z pracy. Stałam w kilku miejscach na trasie i wrzeszczałam jak opętana. Miałam jakieś izotoniki, żele, wodę. Przejęta bardziej niż startujący. Żeby zdążyć. Nie przegapić. Pomóc.

– Dawaaaaaaaaj!!!!!! – zdzierałam gardło jak opętana. – Dasz radę! Ten uśmiech w odpowiedzi. Bezcenny. Zero słów, ale wiadomo wszystko: Dzięki, że jesteś.

Potem doświadczyłam tego samego z drugiej strony: kiedy sama biegłam pierwszy maraton. Na trasie przyjaciele, ostatnie 8 km biegłam w ich towarzystwie. Byli, trwali, pocieszali, dopingowali. To było z osiemnaście lat temu, a dla mnie jak wczoraj. Pamiętam każde słowo, każdy gest, każdą propozycję picia. Każde: - Saaaaaadzia, dajesz!!!!!!!

Kiedy zaczęłam wyjeżdżać na maratony, zobaczyłam, ile mamy jeszcze do zrobienia. Doświadczyłam, jak bardzo świat cieszy się z biegowych imprez, jak celebruje, jak docenia, że bieg jest u nich. Pierwszy raz podczas maratonu w Zermatt. Biegłyśmy go razem z Izą Smołokowską. Ja pierwszą połówkę, ona drugą (duety dozwolone). Kiedy mijałam kolejne szwajcarskie wioski, serce rosło. Przed domami stoliki ze wszystkimi dobrami. Na drodze sąsiedzi, rodziny, przyjaciele. Kibicowali wszystkim, ale kiedy przebiegał ktoś im bliski, to było szaleństwo, euforia, transparenty, zdjęcia, trąbki. – Boże, jakie to fajne! – pomyślałam. I sama grzałam się w świetle tych oklasków i okrzyków.

Apogeum był Nowy Jork – dwa miliony kibiców na trasie. D-W-A M-I-L-I-O-N-Y! I rywalizacja pomiędzy poszczególnymi dzielnicami, która lepiej kibicuje. Kibice niosą. Dosłownie. Nie masz siły, pękasz i lecisz dalej, bo nie masz wyjścia. – Pięknie wyglądasz, zaraz koniec! – słyszysz i uśmiechasz się mimo twarzy, która przypomina dorodnego buraka. Amerykanie są mistrzami dopingowania. Koślawo wymawiają Twoje imię wydrukowane na numerze startowym i cieszą się, że zrozumiałaś, że chodzi o ciebie. A kiedy nie uda ci się ze zmęczenia chwycić żelków, które trzymają w dłoni, gonią cię jak opętani, bo przecież to ich wina, a nie twoja.

Warszawa: ,am miesięcznego synka w chuście. Wiadomo, nie biegnę, ale kibicuję. Paweł: - Błagam cię, stań dalej od głośników, bo Kosma ogłuchnie. Wrzeszczę jak opętana. To gorsze od głośników, ale nie jestem w stanie się opanować. Kibicuję znajomym i nieznajomym. Wieczorem dostaję wiadomości na FB i Instagram: "Pani Beato, dziękuję, to do mnie pani tak krzyczała, pomogło. Nie miałam siły podziękować, przepraszam".

Znam jeszcze kilka osób, które kibicują od zawsze i nie mają obciachu w zdzieraniu gardeł: Cośka (Monika Coś) i Ola Mądzik. Zawsze gotowe. Zawsze znajdą czas. Zawsze mają odgazowaną colę. Zawsze uśmiechnięte i przejęte, jakby same biegły. Kochane na maxa! Na mnie jeszcze czasami przechodnie patrzą jak na świra, który drze się w środku miasta. Ja pękam ze śmiechu, kiedy słyszę dziewczyny. Takie same wariaki jak ja. Uwielbiam!

Jeśli Wy jeszcze czasem się wstydzicie, spróbujcie raz zedrzeć gardło, zobaczycie, jakie to fajne!

 

 

_____________________
Beata Sadowska – dziennikarka i biegaczka amatorka. Jako dziecko trenowała lekkoatletykę na Legii, co skutecznie zniechęciło ją do biegania na 15 lat. Wróciła nie dla medali, ale dla spokoju w głowie. Stanęła na mecie 15 maratonów i kilku triathlonów. Najbardziej kocha biegi górskie. Autorka książki „I jak tu nie biegać!“. Mama dwóch synków z turbodoładowaniem i dziewczyna przewodnika wysokogórskiego. Znajdziecie ją m.in. na beatasadowska.com i na Instagramie.