Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
wściekłość matki

wściekłość matki

Felieton Beaty Sadowskiej nr 5

Kochasz swoje dzieci miłością, o której przed macierzyństwem nie miałaś pojęcia. Uwielbiasz ich śmiech, śmieszne powiedzonka, dasz się pokroić za ich małe łapy wokół twojej szyi i słowa: „Mamo, kocham cię".

A jednak są chwile, kiedy marzysz o tym, żeby wokół było cicho. Żeby nikt do ciebie nie gadał. Nie ciągnął za nogawkę. Chwile bez „Mamo, siku" i bez „A on mi zabrał Spidermana". Chwile, kiedy nie dzwoni telefon. Chwile, kiedy nie masz przestrzeni nawet dla najbliższej przyjaciółki i dajesz sobie na to zgodę. Nie daj Boże chcą coś wtedy z pracy i właśnie przypomniałaś sobie, że nie zapłaciłaś raty kredytu i rachunku za gaz. SMS: „Oddzwoń". Nie zaczęłaś gotować obiadu. Ba, śniadania nawet nie zjadłaś, a przecież miałaś iść na pocztę. „Mammmmmooooo!"

Czujesz, że znikasz. Ty i twoja przestrzeń. Kurczysz się jak staruszka. Każdy bierze po kawałku, a ty? Nie ma cię. Ciebie i twoich potrzeb. Zero. Nul. Chce ci się płakać z bezsilności. Jednocześnie narasta złość. Jeden telefon i wybuchniesz. Nieważne, kto to będzie i w jakiej sprawie zadzwoni. Rozklejasz się.

Znacie to?

Każda mama małych bąbli chyba zna. Ja tak. I to bardzo dobrze.

Miałam tak ostatnio. Znam ten stan i czuję, kiedy zbliżam się do cienkiej czerwonej linii. „Paweł, muszę pobyć sama", mówię i ryczę zaraz jak jedenastolatka na „Uwolnić orkę 2“. No właśnie: U-W-O-L-N-I-Ć. Paweł zabiera dzieci na cały dzień. Ja, jeszcze w szale, wylizuję całą chatę. Myję podłogi, odkurzam, porządkuję. Proste czynności. Zamknięta całość. Z punktu A do punktu B. Bez niespodzianek. Trochę lepiej. U mnie, bo w mieszkaniu – duuuużo lepiej. Siadam, gapię się przez okno. Piję kawę. I już wiem, że za chwilę wyciągnę buty do biegania.

I wiem, że – jak zawsze w takich stanach – uratują moją skołataną łepetynę i zapewnią równy oddech zamiast sapania buldożka francuskiego. Na fali - znikającej już na szczęście wściekłości - biegnę szybciej niż zwykle. Nie czuję zmęczenia. Czuję, jak powietrze filtruje mi myśli. Wdech, wydech. Wdech, wydech. Z każdym krokiem jest mi lepiej. Spokojniej. Raźniej. Uśmiecham się do pękających pąków zieloności. Nikt do mnie nie gada. Nikt nic ode mnie nie chce. Jestem sama ze sobą. Najlepiej. Zdrowy egoizm, który sprawia, że będę potem lepszą mamą. Przegrzane styki zaczynają się studzić. A ja zaczynam się męczyć. Uwielbiam ten stan. Wyolbrzymione problemy zmieniają swoje rozmiary do znacznie mniejszych. Wyrazy, które trudno nazwać cenzuralnymi, jakoś łagodnieją. Rysy twarz też już nie są kanciaste. Czy zawsze działa? Tak! W połączeniu z naturą (bo nie znoszę biegać na elektrycznej bieżni) pomaga zawsze.

Nie, nie jestem rozhisteryzowaną wariatką z sinusoidalnymi stanami psychicznymi. Jestem matką dwóch chłopców z turbo doładowaniem. Pracującą matką dwóch chłopców. Matką, której czasami plączą się sznurówki. Która w pracy musi dobrze wyglądać, a wstawała w nocy do synków i pod oczami nosi wory. Matką, która musi wyszarpać swoją przestrzeń, żeby nie zwariować. I usłyszeć własne myśli. Po co? Żeby nie warczeć. I być lepszym człowiekiem. Po prostu.

Ta przestrzeń to dla mnie sport. Bieganie jest najłatwiejsze, bo nie muszę gdzieś dojeżdżać (basen), ani pakować sprzętu (rower). Sznuruję buty i... już za progiem wiem, że to była dobra decyzja. Gdzieś zaśpiewa ptak, gdzieś trzaśnie gałązka pod stopami, przebiegnie wiewiórka. Tak, w naturze najszybciej wracam do pionu. Psychicznego też.

I to wcale nie muszą być góry. Ostatnio w Warszawie poszłam na warsztaty HOW TO TRAIL RUN (zobaczcie link, może będą w Waszym mieście) i naprawdę świetnie się bawiłam. Oraz zdrowo zmęczyłam. Kocham to. Wracam spokojniejsza. I lepsza. Znacie to, mamy?

 

 

 

_____________________
Beata Sadowska – dziennikarka i biegaczka amatorka. Jako dziecko trenowała lekkoatletykę na Legii, co skutecznie zniechęciło ją do biegania na 15 lat. Wróciła nie dla medali, ale dla spokoju w głowie. Stanęła na mecie 15 maratonów i kilku triathlonów. Najbardziej kocha biegi górskie. Autorka książki „I jak tu nie biegać!“. Mama dwóch synków z turbodoładowaniem i dziewczyna przewodnika wysokogórskiego. Znajdziecie ją m.in. na beatasadowska.com i na Instagramie.