Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

oddech na szczycie

oddech na szczycie

Tydzień temu miało być o górach, ale tak się rozpisałam o kobiecym maratonie w San Francisco, że zabrakło miejsca. To dziś zacznę od gór, żeby znowu nie wyszło po płaskim. Hmm, ale od czego to wszystko się zaczęło?

Góry kocham od zawsze, czyli od szczenięcych lat, kiedy mój brat zabierał mnie w Tatry z plecakiem ze stelażem. Dinozaury wiedzą, co to takiego: wielka metalowa rura na zewnątrz plecaka. Między rurę a dno plecaka można było wepchnąć śpiwór (też wielki). Włóczyliśmy się z Wojtkiem od schroniska do schroniska, a ja z dumą zbierałam pieczątki. I – razem z deszczem, który wsiąkał w rzeczy w plecaku - nasiąkałam miłością do wysokości.

W góry jeździłam na kolonie, a w dorosłym życiu znalazłam sobie chłopaka, który – dla gór właśnie – rzucił posadę radcy prawnego. Z tym chłopakiem, który zdążył zostać ojcem naszych dwóch synków – przynajmniej sześć miesięcy w roku spędzam... no, zgadnijcie gdzie: w górach. Od czterech lat dzielimy czas między Warszawę a Chamonix. I to właśnie tu poczułam miętę do biegów górskich.

Nie, nie od razu. Pierwszy trening pod domem i myślałam, że umrę. Oczywiście buty miałam do biegania po płaskim, więc jeździłam w nich jak na lodowisku, zwłaszcza, że to był kwiecień i wszystko wilgotne, a czasem zaśnieżone. Poza tym ja, rodowita warszawianka, gubię się nawet w podziemiach Dworca Centralnego, więc co będzie, jak zabłądzę w górach podczas biegania? Czaiłam się, cykałam, aż w końcu spróbowałam zapuścić się dalej. I przepadłam.

Bakcyl zakiełkował i zaczął puszczać coraz mocniejsze korzenie. Potem Paweł (ten od synków i przewodnictwa: zerknijcie na www.guidescompany.com) powiedział mi o UTMB. Za cholerę nie wiedziałam, co to, ale szybko się dowiedziałam, zwłaszcza, że postanowił wystartować. Ultra-Trail du Mont-Blanc – klasyk biegów górskich. Około 2300 pozytywnych szaleńców pokonuje trasę około 170 km. Niektóre wierzchołki na wysokości ponad 2500 m n.p.m., w sumie 10 tys. m przewyższeń.

Chyba nie do końca zdawałam sobie sprawę, co to oznacza w praktyce, ale przez blisko dwie doby kibicowałam na trasie razem z synkami. I chyba właśnie wtedy, obserwując z bliska te emocje, zmęczenie, dumę, radość, wycieńczenie, pomyślałam: też chcę. Tam nie ma ściemy i prężenia muskułów. Jest prawda o mnie versus siły natury. Brzmi górnolotnie? Górno – na pewno! Padał deszcz, śnieg, paliło słońce. Było cholernie zimno i cholernie gorąco. Nie było snu, było dramatyczne zmęczenie i natura, która – przynajmniej oczami kibica – zachwycała.

A że green is new black i eko-świrem jestem, postanowiłam spróbować. Nie, nie dla mnie 170 km, zacznę spokojnie. Dzwoni Rafał Tyszkiewicz z Columbii: A może Łemkowyna?" Czuję się, jak przed pierwszym startem na 5 km, ale mówię tak i zapisuję się na 30 km. Ależ to była radość! Nic mi nie przeszkadzało, nawet błoto! Bałam się tylko, że zapomnę czegoś spakować do plecaka. Meta i już wiem, że przepadłam: Co teraz?

MMC – najkrótszy bieg w ramach festiwalu biegowego w Chamonix. 40 km ze Szwajcarii do Francji. 40 km szczęścia. Pożyczam plecak, kije i pewnie coś jeszcze. Na starcie uśmiecham się od ucha do ucha, bo... po prostu chcę tu być. Nie mam zegarka, mam mnóstwo chęci, żeby spróbować. Kiedy jestem na szczytach, uśmiecham się jak wariatka i recytuję: dziękuję, dziękuję, dziękuję. Natura obezwładnia. Jest tak pięknie, że serce rośnie. Co tam zmęczenie, obtarta pięta i strach, że nie zmieszczę się w limicie (może zainwestuję w ten zegarek?). Biegnę i czuję, co to wolność. Biegnę i wiem, że trudno mi  będzie wrócić na asfalt. Biegnę i wiem, że na mecie czeka Paweł z dziećmi i naszą przyjaciółką (a w domu prosecco!). Biegnę i chcę znowu, znowu i znowu!

PS. W tym roku też startuję!

 

 

_____________________
Beata Sadowska – dziennikarka i biegaczka amatorka. Jako dziecko trenowała lekkoatletykę na Legii, co skutecznie zniechęciło ją do biegania na 15 lat. Wróciła nie dla medali, ale dla spokoju w głowie. Stanęła na mecie 15 maratonów i kilku triathlonów. Najbardziej kocha biegi górskie. Autorka książki „I jak tu nie biegać!“. Mama dwóch synków z turbodoładowaniem i dziewczyna przewodnika wysokogórskiego. Znajdziecie ją m.in. na beatasadowska.com i na Instagramie.