Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

Benfica dawaj

Benfica dawaj

Dziś tekst z serii opowieści dziwnej treści, których przez karierę trochę mi się nazbierało.

Lekkoatletom zdarzają się gościnne występy w innych ligach (a przynajmniej się zdarzały). Najpopularniejsza była liga czeska, ktoś chyba w hiszpańskiej się udzielał. Ja trafiłem w 2006 roku do portugalskiej. Liga lekkoatletyczna to wszędzie wydarzenie maksymalnie dwudniowe, więc nie było to jakieś wielkie obciążenie.

To był rok, w którym Benfica postanowiła wstać z kolan po latach upokorzeń ze strony znienawidzonego Sportingu, więc paru gastarbaiterów nas było. Z występem jednak pewien problem regulaminowy się wiązał. Otóż żeby w lidze jakiś klub reprezentować, trzeba było mieć na koncie co najmniej trzy starty w jego barwach. Jako że rzecz stanęła w grudniu, to do lutego było to praktycznie niewykonalne. Jose, koordynator mojego startu, sposób dość dziwaczny jednak wymyślił.

19 grudnia lecę więc do Portugalii (spróbujcie w Polsce jakieś zawody tego dnia znaleźć). Jose czeka na mnie na lotnisku i jedziemy kilka godzin do Algarve. Nazajutrz o 9 rano stawiam się na zawodach… w skoku wzwyż. Do tego niby otwartych dla wszystkich, ale byłem tam chyba jedynym zawodnikiem z ukończoną podstawówką. Powstał też problem regulaminowy. Wysokości dla seniorów od 140 cm się zaczynają, więc dobre dwie godziny musiałem czekać na swoją kolej. Pamiętam, że tuż przede mną 135 cm w trzeciej próbie taka mała dziewczynka przy aplauzie całej hali zaliczyła. No więc wtedy wchodzę ja. Nie powiem, że cały w bieli, bo zielono-czerwone wstawki strój Benfiki miał. Metr czterdzieści to tylko na papierze niepozornie wygląda. Ale przeskoczyć poprzeczkę na wysokości mostka zawieszoną to nie w kij dmuchał. Szczególnie, jak robisz to pierwszy raz od jakichś 15 lat. No i wziąłem i strąciłem, a w zasadzie to w nią wpadłem. Zakląłem pod nosem, bo nie uśmiechało mi się kolejne pół godziny czekania. Ale przyszedł Jose i kazał się ubierać. Nie ma czasu, powiedział, jedziemy dalej. No tak. Zerówa w skoku wzwyż, to przecież też wynik. Najlepszym się zdarza.

Dymamy więc z powrotem do Lizbony, a właściwie pod Lizbonę do jakiejś wioseczki z halą lekkoatletyczną. Teraz w dal będę skakał. Tu było łatwiej, bo udało się załatwić, że jako pierwszy zacznę. Hycnąłem więc 3,10 ku wielkiemu zdumieniu rywali (na rozgrzewce to jak nic po 7 i pół metra niektórzy latali) i swój udział w zawodach bardzo szybko zakończyłem. A przy okazji oficjalny rekord życiowy (do dziś aktualny) odnotowałem.

Na ostatni start już w samej Lizbonie zdążyłem na styk. Nawet chyba było dogadane, że w razie czego opóźnienie wygenerują. W Portugalii nic wielkiego. Swój pierwszy finał mistrzostw świata w Lizbonie właśnie pięć lat wcześniej zaliczyłem. Wystartowaliśmy wtedy z 40-minutowym opóźnieniem.

Tak więc na trzecich tego dnia zawodach wystartowałem w bliższej mi konkurencji czyli na półtoraka. W jakieś cztery kilkanaście przetruchtałem i pełnoprawnym zawodnikiem Benfiki Lizbona zostałem (to był chyba jedyny raz poza MŚ w Edmonton, kiedy całą stronę w Przeglądzie Sportowym dostałem).

Co prawda w piłkę grać zamiaru nie miałem, ale dla dziennikarzy był to temat dość gorący. Wtedy Dudek chyba się tam sposobił i podobno dużo klików na Onecie nazbierał artykuł o tytule „Polak w Benfice”. A w komentarzach jedna wielka jazda na serwis, że ludzi w błąd wprowadzają.

Ale i na meczu też byłem. Ale z jakimiś ogórkami grali więc nic nie pamiętam. No może to, że pan z orłem (maskotką Benfiki) specjalnie do mnie przyszedł, żeby sobie zdjęcie zrobić. Trochę kibice obok byli zdziwieni, co to za leszcz, co to się do niego nasz orzeł fatyguje. No i Estadio da Luz. To była moja druga wizyta na stadionie piłkarskim (w 2002 byłem na Wiśle Kraków) więc pewnego kulturowego szoku, dziś już na szczęście nieaktualnego, doznałem.

Na koniec tego szalonego weekendu jeszcze dyszkę w Lizbonie pobiegłem. I żałuję, że nie pamiętam ile wtedy pobiegłem (leciałem na fula więc coś koło 32 minut pewnie wyszło), bo obok skoku w dal, była to moja (i nadal jest) oficjalna życiówka na dychę. Chyba muszę potrenować żeby nową ustanowić i się tego dylematu pozbawić...

 

 

____________________

Paweł Czapiewski: rekordzista Polski w biegu na 800m (1:43.22). Brązowy medalista mistrzostw świata (2001) i halowy mistrz Europy (2002). W peletonie amatorskim ukończył pięć maratonów, najszybszy w 2:59:32.