Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

ja to chyba jednak byłem sprinterem

ja to chyba jednak byłem sprinterem

Nikt, kto choć trochę zna się na rzeczy, nie ma wątpliwości, czym jest sprint. W sensie olimpijskich konkurencji lekkoatletycznych oczywiście, bo z samą definicją tego słowa to nawet ja bym miał problem. A i jak zakwalifikować rozgrywane czasami 500 m też nie każdy by wiedział. Ale reasumując – czterystumetrowiec to jeszcze sprinter, ośmiusetmetrowiec już nie. I nigdy nie mogłem się nadziwić, jaki ta minuta dodatkowego wysiłku ma kolosalny wpływ na trening.

Zawsze się śmiałem z chłopaków z krótszych dystansów, że właściwie to nie można ich nazywać biegaczami (choć bieganiem niewątpliwie się parają). Bo biegacz 90% treningu powinien spędzać na bieganiu, a oni 90% treningu siedzą, stoją lub leżą. No, może 80 %, W żaden sposób tutaj do jakiejkolwiek formy lenistwa się nie odwołuję. Ot, tak to wygląda i pewnie wyglądać musi.

Ale dobra. Ja biegam te swoje sto dwadzieścia kilometrów w tygodniu - w przeciwieństwie do ich dwudziestu czy tam trzydziestu. Ale co się dzieje, gdy stajemy na starcie ? W zasadzie to samo. Słyszymy strzał startera, rozpędzamy się... Świzdu, pi*du i jesteśmy na mecie. Ani trochę samotności długodystansowca z tymi jego wszystkimi przemyśleniami. Ani trochę walki ze swoimi słabościami. Najzwyklejsze w świecie zap***dalanie.

Wszyscy wiemy, że bieganie generalnie boli. Ale sprintera (i mimo wszystko ośmiusetmetrowca) boli inaczej. Zdecydowanie bardziej po niż w trakcie. Trzeba sobie po biegu znaleźć jakiś kącik, by te kilka, kilkanaście czy czasem nawet kilkadziesiąt minut w pozycji embrionalnej spędzić. I dopiero wtedy cierpieniem się podelektować. W trakcie biegu na takie pierdoły po prostu nie ma czasu.

Co innego taki półtorak. Podobnie jak osiemsetka, do biegów średnich zaliczany. O dłuższych biegach się nie wypowiadam, bo w zasadzie nie próbowałem. Wystarczająco ekstremalne były dla mnie zawsze te niespełna cztery okrążenia stadionu. Ten się pcha, tamten się pcha (na osiemset też się pchają ale nie tak!) - a pierwsze koło w minutę boli dziesięć razy bardziej niż takie same koło w 52 sekundy podczas osiemsetki. I te myśli... Może nie jakieś tam samobójcze od razu. Bardziej takie typu „O ja pi***olę, jak boli” czy „O ja pi***olę, jaki to kawał jeszcze został”. Na jednym półtoraku narozmyśliwał się człowiek bardziej niż na dziesięciu osiemsetkach. No i nacierpiał też.

Dlatego też bardziej niż wszystkim lekkoatletom kibicuję Marcinowi Lewandowskiemu, który po tylu latach w osiemsetce pomiędzy tymi dwoma światami postanowił się przemieścić. I strasznie go podziwiam, że mu się to świetnie udaje. Bo to nie wystarczy zmienić po prostu trening. Głowę trzeba wymienić. Choć wydaje mi się, że akurat Marcin, w przeciwieństwie do mnie, nie jest takim wolicjonalnym sprinterem i łeb do biegania ma nie od parady!

 

 

___________________

Paweł Czapiewski: rekordzista Polski w biegu na 800m (1:43.22). Brązowy medalista mistrzostw świata (2001) i halowy mistrz Europy (2002). W peletonie amatorskim ukończył pięć maratonów, najszybszy w 2:59:32.