Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
ja to chyba jednak byłem sprinterem

ja to chyba jednak byłem sprinterem

Felieton Pawła Czapiewskiego nr 13

Nikt, kto choć trochę zna się na rzeczy, nie ma wątpliwości, czym jest sprint. W sensie olimpijskich konkurencji lekkoatletycznych oczywiście, bo z samą definicją tego słowa to nawet ja bym miał problem. A i jak zakwalifikować rozgrywane czasami 500 m też nie każdy by wiedział. Ale reasumując – czterystumetrowiec to jeszcze sprinter, ośmiusetmetrowiec już nie. I nigdy nie mogłem się nadziwić, jaki ta minuta dodatkowego wysiłku ma kolosalny wpływ na trening.

Zawsze się śmiałem z chłopaków z krótszych dystansów, że właściwie to nie można ich nazywać biegaczami (choć bieganiem niewątpliwie się parają). Bo biegacz 90% treningu powinien spędzać na bieganiu, a oni 90% treningu siedzą, stoją lub leżą. No, może 80 %, W żaden sposób tutaj do jakiejkolwiek formy lenistwa się nie odwołuję. Ot, tak to wygląda i pewnie wyglądać musi.

Ale dobra. Ja biegam te swoje sto dwadzieścia kilometrów w tygodniu - w przeciwieństwie do ich dwudziestu czy tam trzydziestu. Ale co się dzieje, gdy stajemy na starcie ? W zasadzie to samo. Słyszymy strzał startera, rozpędzamy się... Świzdu, pi*du i jesteśmy na mecie. Ani trochę samotności długodystansowca z tymi jego wszystkimi przemyśleniami. Ani trochę walki ze swoimi słabościami. Najzwyklejsze w świecie zap***dalanie.

Wszyscy wiemy, że bieganie generalnie boli. Ale sprintera (i mimo wszystko ośmiusetmetrowca) boli inaczej. Zdecydowanie bardziej po niż w trakcie. Trzeba sobie po biegu znaleźć jakiś kącik, by te kilka, kilkanaście czy czasem nawet kilkadziesiąt minut w pozycji embrionalnej spędzić. I dopiero wtedy cierpieniem się podelektować. W trakcie biegu na takie pierdoły po prostu nie ma czasu.

Co innego taki półtorak. Podobnie jak osiemsetka, do biegów średnich zaliczany. O dłuższych biegach się nie wypowiadam, bo w zasadzie nie próbowałem. Wystarczająco ekstremalne były dla mnie zawsze te niespełna cztery okrążenia stadionu. Ten się pcha, tamten się pcha (na osiemset też się pchają ale nie tak!) - a pierwsze koło w minutę boli dziesięć razy bardziej niż takie same koło w 52 sekundy podczas osiemsetki. I te myśli... Może nie jakieś tam samobójcze od razu. Bardziej takie typu „O ja pi***olę, jak boli” czy „O ja pi***olę, jaki to kawał jeszcze został”. Na jednym półtoraku narozmyśliwał się człowiek bardziej niż na dziesięciu osiemsetkach. No i nacierpiał też.

Dlatego też bardziej niż wszystkim lekkoatletom kibicuję Marcinowi Lewandowskiemu, który po tylu latach w osiemsetce pomiędzy tymi dwoma światami postanowił się przemieścić. I strasznie go podziwiam, że mu się to świetnie udaje. Bo to nie wystarczy zmienić po prostu trening. Głowę trzeba wymienić. Choć wydaje mi się, że akurat Marcin, w przeciwieństwie do mnie, nie jest takim wolicjonalnym sprinterem i łeb do biegania ma nie od parady!

 

 

___________________

Paweł Czapiewski: rekordzista Polski w biegu na 800m (1:43.22). Brązowy medalista mistrzostw świata (2001) i halowy mistrz Europy (2002). W peletonie amatorskim ukończył pięć maratonów, najszybszy w 2:59:32.