Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

endorfiny w letargu

endorfiny w letargu

Wczoraj zmusiłem ciało do nocnego biegania i przebiegłem w różowym ortalionie ulicami Warszawy 17 kilometrów. Bieganie na koniec dnia nie należy do przyjemnych, ale skoro nie udało mi się dźwignąć o poranku, musiałem zmusić się wieczorem. Pobiegłem, w przekonaniu, że robię coś niezwykłego, bo przecież jest już ciemno i ludzie kładą się właśnie spać.

Po drodze okazało się, że nikt nie śpi i na trasie jest spory ruch. Podobnie jak w moich kiszkach. Całodzienny balast zamienił moje marzenia o porcji endorfin w symfonię rozpaczy pod batutą zgagi. Po wszystkim byłem zniechęcony i tylko te 1376 kalorii, które spaliłem, dodało mi otuchy. W wannie zastanawiałem się, po co tak naprawdę biegam? Dla kalorii?

Czy ja tak naprawdę lubię biegać? Czasami lubię, czasami nie. Przychodzą często takie dni, że muszę się zmuszać do treningów. Budzę się rano i nic się nie składa, żeby sznurować buty i lecieć dyszkę w imię formy, wyglądu, dobrego samopoczucia, szpanu, dotlenienia, czy terapii endorfinowej. Z tymi endorfinami też jest problem. Kiedyś strzelały bez zapowiedzi i wszystko po drodze nagle zmieniało swój kolor, a  życie nabierało głębszego sensu. Wyobrażałem sobie wtedy, że jestem bohaterem amerykańskiego filmu, albo robię coś spektakularnego dla ratowania ludzkości i oczy całego świata patrzą właśnie na mnie.

Teraz tych endorfin jak na lekarstwo. Może się wyczerpały, a może coś robię źle. Z drugiej strony, co można robić źle w bieganiu? Wystarczy przecież przebierać nogami i już się biegnie. Może źle przebieram? Niektórzy przebierają dobrze i robią maraton poniżej dwóch godzin. Co prawda w warunkach cieplarnianych, w butach, które same latają i w towarzystwie najlepszych pacemakerów na świecie. Potem mają jeszcze siłę żeby po wszystkim przybijać piątki z kibicami. Ja robię trening z przebierania, następnie dwa dni zbieram się do kupy.

Wrzuciłem sobie ten kamyczek do ogródka rozmyślań. Niech poleży, potem go odszukam. Znalazłem inny. Siłownia. Przestałem chodzić dwa lata temu i sama myśl o powrocie mnie męczy. A przecież to także część treningu każdego biegacza. Posiadanie karnetu z możliwością korzystania z żelastwa o każdej porze dnia i nocy daje nieograniczone możliwości. Można ćwiczyć o 6 rano albo o 2 w nocy. W sali tortur jest 100 tys. rożnych maszyn do sprawiania sobie bólu i niepotrzebny jest nawet trener personalny, bo na każdej jest instrukcja obsługi z ilustracją jak robić, żeby było dobrze i żeby szybko rosło. Mój trener, młody, poukładany chłopak z rozwianą grzywą, płaskim brzuchem i potężnymi łydkami, powtarzał mi od pierwszego treningu, że na siłowni nic nie robi się szybko. Szybko to można zrobić klatę na wakacje albo złapać kontuzję. Liczy się cierpliwość.

Cierpliwie zatem czekam na przełamanie impasu i powrót radości z treningów, bo nic w życiu nie jest constans. Nadchodzą różne dni, te gorsze również. Cierpliwość w dążeniu do celu i... konsekwencja w pokonywaniu kryzysów - tego się trzymajmy.

 

____________________

Robert Motyka: Komik, aktor, radiowiec, weterynarz i biegacz od zawsze. Od 2004 roku ściśle związany z estradą. Współzałożyciel kabaretu Paranienormalni. Współtwórca scenariuszy spektakli oraz testów skeczów. Jako członek grupy Paranienormalni regularnie prowadził największe festiwale muzyczne oraz rozrywkowe w Polsce. Dużo i szybko mówi. Napędzany pozytywną energią ukończył maraton w Poznaniu, Nowym Jorku i Londynie. Pasjonat sportu. Triathlonista.Wiecznie w podróży. Szczęśliwy ojciec i mąż.

Fot. Aleksandra Szmigiel, Running Creatives