Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

życiówka

życiówka

Najbardziej znienawidzony dźwięk. Budzik o piątej rano. Prześladowca odwieczny, zabieracz dobrego nastroju i dostawca niezadowolenia. Chciałbym spać do dziewiątej albo chociaż do ósmej. Mój tata otwiera dzień o świcie i dla odmiany ósma to już dla niego prawie południe. Do ósmej zdążył odwiedzić piekarnię, rozwiązać dwie krzyżówki panoramiczne, zjeść śniadanie, rozpalić w piecu, przeczytać gazetę i wyprowadzić psy na spacer. Ja wstaję z bólem wszystkiego i pytam za jakie grzechy? Już wiem. Dziś biegnę maraton w Nowym Jorku.

O Jezu. Zapomniałem. Wszystkie pokoje hotelowe wyglądają tak samo i przez chwilę myślałem, że jestem w trasie z kolegami z kabaretu. Siadam na łóżku, układam włosy i myśli. Na podłodze leżą przygotowane wcześniej rzeczy. Wygląda to jak sprzęt Rambo przed kolejną ważną misją w dżungli. Poukładane obok siebie żele, batony, plastry, wazelina, buty, skarpety, ortalion, koszulka z numerem i cała reszta. Prysznic i uzbrajam się, oklejam, smaruję, sznuruję, zapinam. Maluję jeszcze barwy wojenne i oglądam się w lustrze windy. O szóstej jestem w umówionym miejscu z ekipą i jemy na rogu amerykańskie śniadanie - tona placków z syropem klonowym. Mam w sobie moc i strach przed tym, co nastąpi już za kilka godzin.

Metro, potem prom, selfie, w tle Statua Wolności i jeszcze poranna mgła, która dodaje sznytu filmowego. Wysiadka i kolejka biegaczy do strefy startu. Stoję wreszcie tam, gdzie trzeba. Wokół mnie 50 tysięcy ludzi w butach do biegania. Ktoś śpiewa, przelatuje helikopter, odliczanie i wystrzał armatni. Start.

Nie wiem czy to dobrze, ale już mam wyrzut endorfin, a przecież to dopiero początek. Po 5 minutach przebiegamy przez most. Słuchać tylko kroki, jakby intro do kosmicznych numerów Fatboy Slima. „Right Here, Right Now” i wbiegamy do miasta. Przyspieszam nieznacznie i przesuwam się do przodu, bez żadnego wysiłku. Pierwsze 10 km mija niepostrzeżenie. Popijam wodę z dzióbka, wciskam w siebie pastę dla kosmonautów, mijam kolorowych kibiców i oglądam Nowy Jork.

Widok biegaczy jest naprawdę motywujący. Patrzę na nich zawsze tak samo, z podziwem i lekkim wzruszeniem, że robią to, co robią i robią to przede wszystkim dla siebie. Znowu wyprzedzam i przypominam sobie złote myśli uzbierane na przestrzeni kliku lat, które składają się w jeden transparent - „Nie podpalać się, bo 30 kilometr odcedzi stawkę i oddzieli biegaczy od szuraczy”. Już nawet nie wiem, czy gdzieś to usłyszałem, czy sam to sobie wymyśliłem. Chcę zwolnić, ale się nie udaje. Na podbiegu wydłużam nieznacznie krok i przesuwam się do przodu. Pewnie za chwilę za to zapłacę, ale teraz jest dobrze.

Na 25 kilometrze przypominają mi się wszystkie kontuzje świata i modlę się cicho, żeby coś nie wystrzeliło znienacka. Z drugiej strony to świetne alibi - „mogłem wygrać, ale naderwałem sobie Achillesa”. Na 30 kilometrze nadal wszystko działa. Zmieniam muzykę w iphonie i podkręcam delikatnie tempo. Po raz pierwszy w życiu myślę o swojej życiówce. Zawsze słuchałem z lekkim uśmieszkiem, jak ktoś wymieniał się z kimś rekordami, mówiąc o tym jak o zdobyciu złota na olimpiadzie albo najwyższego szczytu w Himalajach.

Ja nigdy nie będę na olimpiadzie i raz byłem na Śnieżce, a teraz sam biegnę po złoto. No nie wygram przecież, ale zrobić maraton w okolicach 3 godzin, to jak wystąpić u Wojewódzkiego zamiast Wojewódzkiego. Co ja dzisiaj jadłem? To te placki z syropem? Niemożliwe, wyprzedzam biegacza z Kenii! Może kontuzjowany albo odebrał właśnie telefon z domu, że coś nie tak i zwolnił, żeby przemyśleć temat. 10 kilometrów do mety. To już nie są żarty. Dyszkę biega prawie każdy i następnego dnia rano nie ma się po tym zakwasów. To tylko 10 tysięcy kroków. Uzupełniam kalorie, nie zatrzymuję się na siku, przybijam piątki na Manhattanie, zostawiam za sobą kolejnych pokonanych przez dystans biegaczy i wbijam się w zieleń Central Parku. Jeszcze jedna prosta, dwa zakręty, podbieg, pętla i gdzieś tam musi być meta.

Jest! Widzę z daleka uniesione ręce maratończyków i jak wpadają sobie w ramiona z medalami na szyi. Zaraz też tam będę. Sprawdzam swój czas. Zegar pokazuje 2:30!!! Niemożliwe! Jeszcze 50 metrów, ale jak to 2:30? Ja przecież nie biegam tak szybko i co to za dźwięk?

Najbardziej znienawidzony o 5 rano. Poznaję go. Zrobiłem w nocy życiówkę w Nowym Jorku, a maraton dopiero 3 listopada.

 

 

____________________

Robert Motyka: Komik, aktor, radiowiec, weterynarz i biegacz od zawsze. Od 2004 roku ściśle związany z estradą. Współzałożyciel kabaretu Paranienormalni. Współtwórca scenariuszy spektakli oraz testów skeczów. Jako członek grupy Paranienormalni regularnie prowadził największe festiwale muzyczne oraz rozrywkowe w Polsce. Dużo i szybko mówi. Napędzany pozytywną energią ukończył maraton w Poznaniu, Nowym Jorku i Londynie. Pasjonat sportu. Triathlonista.Wiecznie w podróży. Szczęśliwy ojciec i mąż.

Fot. Aleksandra Szmigiel, Running Creatives