Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

uzależnienie

uzależnienie

Cześć, mam na imię Robert. Mam 45 lat i jestem biegaczoholikiem.

Biegam regularnie od 10 lat i nie mogę tego rzucić.

Wszystko zaczęło się dość niewinnie dawno temu. Pamiętam, że to był zwyczajny poranek. Wstałem, zjadłem śniadanie i jak zwykle wyszedłem do pracy. Czekał mnie długi dzień za biurkiem, przed monitorem, z przerwą na lunch w zakładowej stołówce i spotkaniem w gabinecie szefa z racji nowych obowiązków. Byłem trochę spóźniony i tak po prostu podbiegłem do autobusu. Nie było łatwo, bo ciało stawiało opór, nieprzyzwyczajone do takich ekstremalnych niespodzianek. Pamiętam do dziś ten rozmazany obraz mijanych przechodniów, kiedy trucht, zamienił się w delikatny kłus, a potem, na widok zamykanych drzwi autobusu, w galop. Zdążyłem. Biegłem krótko, ale ta pierwsza setka odmieniła moje życie.

Przyspieszone bicie serca, zadyszka, długi, ciemny tunel z niewielkim światełkiem na końcu - to wszystko szybko minęło. Z autobusu wysiadałem już odmieniony. Pojawił się dobry nastrój i większa pewność siebie. Tego dnia w pracy zaskakiwałem wszystkich optymizmem i byłem duszą towarzystwa.

Niedługo po tym zdarzeniu zacząłem wymykać się z domu, pod byle pretekstem, żeby chociaż przez chwilę trochę pobiegać i znów to poczuć. Najczęściej lądowałem w parku, gdzie spotykałem podobnych do mnie - tak samo ubranych, z tą samą potrzebą, tym samym hobby. Szybko okazało się, że setka to za mało. Zwiększałem więc dystans, lecąc w nieznane z radością oddawałem się każdemu następnemu krokowi. Setka szybko zamieniła się w kolejną, potem następną i jeszcze jedną. Upajałem się prędkością, dystansem i gdy po pewnym czasie zdecydowałem się na swoją pierwszą połówkę - wiedziałem, że wpadłem w sidła prawdziwego nałogu.

Chciałem więcej, częściej i szybciej. Zdarzało się nawet, że wstawałem przed wschodem słońca, żeby tylko pobiegać.

Stałem się smakoszem nowych doznań. Dzień bez dawki endorfin, to dzień stracony. Niestety okazało się, że moje hobby ma także zgubny wpływ na życie zawodowe i prywatne. Częste treningi i starty w zawodach zmieniły moje życie w jeden, niekończący się maraton. Zacząłem zawalać terminy,  kolejne zlecenia. Planu w pracy nie musiałem wykonać, za to plan treningu wykonywałem z nawiązką. Jeszcze gorzej układało się w domu, gdzie coraz częściej byłem tylko gościem. Zazwyczaj po bieganiu wracałem spocony, śmierdzący, często pokryty błotem, nie do poznania, leżałem na podłodze ciężko dysząc. Prosiłem żonę o szklankę wody.

Najgorsze były jednak cugi biegowe. Nowe towarzystwo podobnych do mnie, zachęcało mnie do ciągłego sprawdzania swoich możliwości. Przesuwałem granicę w nieskończoność, poprawiając życiówki, aż w końcu przyszedł kryzys. Organizm zaczął się buntować. Pojawiły się niewinne skurcze, potem naciągnięcia, aż wreszcie naderwania. Regularne wizyty u  specjalistów, skierowania na rehabilitacje - wcale mnie nie zniechęcały. Wręcz przeciwnie. Po krótkich przestojach, znów łapałem cug.

Byłem bliski samounicestwienia. Dotarło do mnie, że potrzebuję natychmiastowej pomocy. Kołem ratunkowym okazał się mój kolega Wojtek. Wojtek nie uprawia biegania. Wojtek jest triathlonistą. 

 

____________________

Robert Motyka: Komik, aktor, radiowiec, weterynarz i biegacz od zawsze. Od 2004 roku ściśle związany z estradą. Współzałożyciel kabaretu Paranienormalni. Współtwórca scenariuszy spektakli oraz testów skeczów. Jako członek grupy Paranienormalni regularnie prowadził największe festiwale muzyczne oraz rozrywkowe w Polsce. Dużo i szybko mówi. Napędzany pozytywną energią ukończył maraton w Poznaniu, Nowym Jorku i Londynie. Pasjonat sportu. Triathlonista.Wiecznie w podróży. Szczęśliwy ojciec i mąż.

Fot. Aleksandra Szmigiel, Running Creatives