Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

biegacz powypadkowy

biegacz powypadkowy

Przestałem biegać. Tyję. Powoli, ale jednak systematycznie. Popadam przez to w lekką frustrację z mieszanką czegoś na kształt przelotnej depresji z przerzutami. Raz mi jest dobrze, bo nie muszę trenować, a raz źle, bo nie mogę tego robić. Jak żyć bez biegania, kiedy biega się od zawsze?

Wieczorem zamiast się wyciszyć, wchłaniam godzinami zawartość Netflixa. Naukowcy twierdzą, że to zguba dla zdrowia psychicznego, bo od niebieskiego światła można zwariować. Do tego lampka wina, potem jeszcze jedna i po chwili zaprzyjaźniam się z lodówką, bo ma takie ciekawe wnętrze. Zaglądam tam raz po raz, jakbym nie wiedział co jest w środku. Zatem jeszcze jeden plasterek boczku, ostatni kabanosik, mały gryz topionego sera i koniec. Za chwilę powtórka z rozrywki i do zestawu dołączają 2 gotowane jajka i jogurt truskawkowy. Wpada jeszcze bułka z koleżanką i dwa ruskie pierogi. Dwa to przecież nie grzech. I tak siedzę, oglądam, popijam, podjadam i podbijam myśl, że od jutra koniec! Zabieram się za siebie, wracam do biegania, rozciągania, pływania i znów będę fajny.

Rano budzik tarabani, otwieram oko i rejestruję środek nocy - 6:45! Drzemka. Tylko 5 minut, zresztą bieganie nie ucieknie. O dziewiątej bez przekonania zapinam ortalion i wychodzę na dwór podreptać. Ruszam. Jest ciężko. Nawet moje nieśmiertelne czerwone słuchawki - wierne towarzyszki doli i niedoli biegowej - zniknęły. A może po prostu pomyślały - nie będziemy się na mieście pokazywać z tym grubasem. Pocieszam się, bo koleżanka z pracy powiedziała, że nie jestem gruby, tylko odrobinę przytyłem!!! Jak to się stało? Przecież zawsze byłem jak Brad Pitt z domieszką Quczaja. 

Kilka miesięcy wcześniej jechałem na plan zdjęciowy serialu komediowego, do którego wspólnie z kolegami z mojego kabaretu napisaliśmy scenariusz. Radość podwójna, bo  reżyser fachowiec, ekipa jak od Tarantino i możemy zagrać to z pierwszą ligą polskich aktorów. Gram w filmie. To znaczy aktorzy grają, ja tylko jestem w kostiumie i staram się dotrzymać im kroku. Zupełnie jak w bieganiu. Jest więc euforia, spełnienie, przygoda, adrenalina, ciekawość, dreszczyk, bo wszystko jest nowe, wchodzę w nieznane i nie wiadomo gdzie mnie to zaprowadzi. No więc jadę rano na plan. Gęba mi się nie zamyka, bo w busie jedzie jeszcze Mateusz Damięcki, którego właśnie poznałem i Katarzyna Kwiatkowska. Gramy dzisiaj wspólne sceny, więc z siłą okrętu wojennego przełamuję pierwsze lody, bo przecież nie wiadomo kiedy znów się zobaczymy, a pogadać trzeba.

Piękny poranek, świeci słońce, przyroda rozkwita, ciśnienie dopisuje i nic nie zwiastuje nadchodzącej tragedii. Tragedii, która za chwilę odmieni moje jestestwo i być może nawet pośle mnie na biegową emeryturę, na której dopadną mnie te wszystkie moje depresje. Siedzę na tylnej kanapie, bez zapiętych pasów bezpieczeństwa. Niedopuszczalne, ale z tych emocji, zapomniałem po prostu.  Podjeżdżamy na parking i kierowca w roztargnieniu, a może był to jego pierwszy raz kiedy jechał autem z automatyczną skrzynią biegów, nagle przerzuca wajchę z pozycji „D” na „P”. Auto natychmiast się zatrzymuje, a ja lecę do przodu jak szmaciana lalka, robię fikołka i uderzam głową w oparcie fotela przede mną. Słyszę jeszcze dziwny dźwięk, jaki zwykle pojawia się, kiedy w warzywniczym zginam mocno por, żeby sprawdzić czy aby świeży. I padam na podłogę w tym busie, a moja pierwsza myśl  - złamałem sobie szyję. Otwieram oczy, twarze nade mną i jakieś głosy. Kierowca w rozpaczy, ja w półprzytomności, aktorzy w bezruchu, mój kapelusz zmięty, a okulary złamane. Kręgosłup na szczęście nie, bo po chwili wstaję i o własnych siłach idę do garderoby.

Tego samego dnia w mojej pierwszej w życiu scenie kaskaderskiej podczas której parodiuję Bruce'a Lee, zrywam sobie więzadła gdzieś przy mięśniu pośladkowym i jest katastrofa. Rezonans, usg i rehabilitacja. Szyja odmawia współpracy, a pośladek nie życzy sobie nawet siadania na miękkiej poduszce. Bieganie, schylanie, szuranie - odpada. Jestem uziemiony. Mijają miesiące. Wchodzę na wagę i nawet bez patrzenia wiem, że zepsuta. Zapinam ortalion i wybiegam z domu. Powolutku, trochę powłóczę nogą, zadyszka od startu zniechęca, ale zaczynam od nowa. I biegnę. I myślę sobie znowu - jakie to szczęście, że mogę to robić. Biegam już dwa miesiące, doceniam każdy krok, bo nie przychodzi mi łatwo. 

 

____________________

Robert Motyka: Komik, aktor, radiowiec, weterynarz i biegacz od zawsze. Od 2004 roku ściśle związany z estradą. Współzałożyciel kabaretu Paranienormalni. Współtwórca scenariuszy spektakli oraz testów skeczów. Jako członek grupy Paranienormalni regularnie prowadził największe festiwale muzyczne oraz rozrywkowe w Polsce. Dużo i szybko mówi. Napędzany pozytywną energią ukończył maraton w Poznaniu, Nowym Jorku i Londynie. Pasjonat sportu. Triathlonista.Wiecznie w podróży. Szczęśliwy ojciec i mąż.

Fot. Aleksandra Szmigiel, Running Creatives