Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

nie musisz

nie musisz

Szukamy setek wymówek, żeby nie iść. Szukamy motywacji i „popychu”, żeby iść. Niektórzy wyjeżdżają nawet na obozy biegowe i chodzą na organizowane treningi, nie dlatego, że sprawia im to frajdę, ale wyłącznie po to, by znaleźć chęć na bieganie i się do niego ZMUSIĆ. Często tego „kopa” starcza na dwa miesiące, a potem znów bieganie jest „be”.

Skoro szukamy wymówek, to po jaką cholerę w ogóle to robimy?

Internet zalewają co dzień mniej lub bardziej umęczone twarze przed, w trakcie i po treningu. Sama często publikuję twarz umęczoną - nie ma to jak zajechane treningiem selfie; liczba lajków rośnie w tempie geometrycznym.
Pod ogromną ilością tych zdjęć widnieje coś typu „jak straaaaasznie mi się nie chciało” i „musiałem się zmusić”.
Ludzie! Szukacie wymówek, to nie idźcie, jak rany boga, życie jest generalnie beznadziejnie krótkie i do bani, żeby jeszcze robić w wolnym czasie coś, co nie uszczęśliwia i do czego trzeba się zmusić.
Jest tyle innych rzeczy do zrobienia. Ciastko można zjeść, książkę przeczytać, iść do kina. Po co katować się bieganiem, skoro nie ma się na to ochoty? Dla zdrowia? Są dziesiątki innych aktywności dla zdrowia, kondycji i sylwetki. Argument za zmuszeniem się i ruszeniem tyłka jest taki, że jest to, oczywiście, pożyteczne, więc nawet jak się zmusi i robi się to z niechęcią, teoretycznie nie jest to stracony czas.
Ale z bieganiem to na dwoje babka wróżyła - mój ortopeda na przykład, który NIGDY nie powiedział, żebym przestała i generalnie jest probiegowy, mówi, że za 10 lat nie będzie w stanie przerobić fali, która pojawi się u niego z biegowego boomu, który nastąpił kilka lat temu. A cztery litery można naprawdę ruszyć na wiele innych zdrowych sposobów.

Dla mnie tacy prawdziwi biegacze, nazwę ich biegaczami z powołania, to twardzi ludzie, wiedzą po co biegają, a jak im się nie chce, to po prostu nie idą, nie szukając wymówek albo idą, bo mają cel i wiedzą po co to robią, ale nie jęczą. Tak czy inaczej, pragnienie, aby pobiegać, staje się dla nich niemal fizjologiczną potrzebą i nie mają powodu się do tego zmuszać. Wierzę w mądrość własnego organizmu, że sam podpowiada, co dla niego dobre. A jak ktoś ma w huk lenia, to niech nie idzie i robi co innego. A nie robi sobie spinę, że musi biegać, bo „wszyscy biegają”; męczennik.
I potem: „szukałem miliona wymówek, żeby nie iść”, „tak mi się nie chciało”, „i znów trzeba odwalić robotę”.
NIC NIE TRZEBA.

Byłam na obozie biegowym, gdzie gościem był bardzo znany polski maratończyk. Powiedział, że wcale nie lubi biegać. Dla wszystkich słuchających i wpatrzonych w jego wycieniowaną sylwetkę marzeń, było to szokiem. Jak to nie lubi!? No nie lubi, żeby nie powiedzieć nie cierpi. Ale jest akurat w tym świetny. Więc to robi. Jest ZAWODOWYM biegaczem i to jego PRACA.
Tysiące ludzi chodzi do zawodowej pracy; to chyba jednak pleonazm, czyli masło maślane, cofać do tyłu i fakt autentyczny, bo nie może być zawodowa praca. Profesorze Miodku? Ale może jednak może, bo gdy podniosę nogę do góry to też jest praca i nie zawodowa. Tak więc KONTYNUUJĄC DALEJ (to już specjalnie), idą ludzie do pracy zawodowej, bo muszą; rachunki same się nie zapłacą, się nie zarobi samo, gdy się leży i pachnie albo nogę podnosi właśnie. Muszą, ale nie lubią. Dla sprawdzenia googluję: „czy Polacy lubią” i pierwsze co wyskakuje: „Rosjan”, ciekawe, ale drugie już w temacie – „swoją pracę”. Raport CBOS – ponad ¾ aktywnych zawodowo jest zadowolonych. Ale wg. instytutu Gallupa 68% nie. Google niczego mi więc nie wyjaśnił.
Tak czy siak, praca to praca. Czasem niełatwo zmienić, nie można albo jest się w tym świetnym, więc się robi. Trzeba robić. Się musi.
Ale bieganie, dla większości jednak, to nie praca. Nie jesteśmy PRO, jesteśmy amatorami, więc NICZEGO SIĘ NIE MUSI. Po co robić na siłę, gdy się nie chce i trzeba szukać mocnego kopa, żeby się zmusić?

Jesteśmy tu tylko raz. Drugiego nie będzie. Codzienność generalnie jest zwykła i szara, życie to nie bajka i nawet „Niewolnica Isaura” miała tylko sto odcinków (w Polsce 30), a Leoncio - piękny, bogaty i dobry, okazał się wrednym skurczybykiem. Nikt nie da nam drugiej szansy na fajne przeżycie życia. Dzisiaj nie wydarzy się dwa razy. A jest na co dzień i tak bardzo dużo rzeczy, które MUSIMY. Po co jeszcze W WOLNYM CZASIE tracić czas na robienie czegoś, do czego trzeba się zmusić i czego się nie lubi. Żeby zaimponować? Zebrać lajki i serduszka? Bo modne?

A może to jest takie sprzężenie zwrotne – straszliwie się nie chce, trzeba wydać sobie rozkaz, iść „odwalić robotę” - wszystko to na dużej niechęci, ale potem!
Ta SATYSFAKCJA POTEM!
Warta jest każdego zmuszenia.

Jak to więc z nami jest?

To może nie jest łatwy i przyjemny tekst, ale taki powinien pozostać. Zakończenie mogłoby być bardziej refleksyjne, bo to krótkie pytanie jest mało empatyczne w stronę czytelnika i stąd trochę tu dużo agresji, a stosunkowo mało zastanowienia „jak to więc z nami jest”, ale właśnie taki kij. Kij od Kijanki. W amatorskie mrowisko. Biegowe.

 


_____________________
Marta Kijańska–Bednarz; mówi o sobie „literatka”. Ur. w Warszawie w 1978 r., studiowała w Warszawie i Krakowie (ochrona środowiska, dziennikarstwo i pisarstwo). Mieszka w stolicy, chociaż wolałaby w górach. Ma na swoim koncie 4 tomiki poezji oraz 2 powieści: „(nie)winna” i „Jutro właśnie nadeszło”. Była felietonistką miesięcznika literackiego „Bluszcz”, portalu NaTemat.pl. i magazynu „Kingrunner Ultra”, pisuje do polskabiega.pl. Bieganie jest jej największą pasją (9 maratonów, 9 biegów górskich na dystansie ultra, w tym 3 powyżej 100 km).  Jej profile społecznościowe: Instagram i FB.

Fot. Gintare Grine, Trail Running Factory Mont Blanc camp