Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

te durne strefy

te durne strefy

Sezon wiosennych startów trwa w najlepsze. Jest w czym wybierać, pakiety rozchodzą się niczym świeże bułki. Warto jednak pamiętać o kilku rzeczach, zanim się na starcie stanie.

Sprawdzić (sprawdzać regularnie) stan zdrowia i organizmu, by uniknąć sytuacji przykrych, nie mówiąc o tragicznych. Być mądrym i nie robić tak jak ja 10 lat temu: „Cho, pobiegniemy maraton”, biegając wcześniej jedynie dyszki po parku. Przygotować się do biegu, nawet jeśli nie biegnie się na rekord, bo nie jest powiedziane, że trzeba na rekord, można tylko po to, by uczestniczyć w wydarzeniu. Wiedzieć też i pamiętać, że jest coś takiego, jak pisane i niepisane savoir vivre startowe. Dotyczy to, rzecz jasna, nie tylko biegów ulicznych, obowiązuje też w terenie, może trochę inne, ale za każdym razem warto mieć je w głowie.

Jest na przykład taka sprawa, którą porusza się na forach, portalach biegowych i stronach zawodów właściwie każdorazowo – strefy startowe.

Otóż strefy startowe są po coś.

W biegach ulicznych czas liczony do wyniku to czas netto - od momentu przekroczenia linii startu do momentu zdeptania mety. Chyba, że jest się elitą i startuje z pierwszego rzędu. Wtedy netto = brutto, od wystrzału startera. W każdym innym przypadku, czy zacznie się 10 sek. czy 11 min. po wystrzale, czas zawodnika będzie liczył się tak samo i nie ma znaczenia, jak blisko startu się jest. Ludzie wciąż zdają się tego nie wiedzieć albo ignorować, i np. mimo, że mają na 10 km życiówkę powyżej godziny, ustawiają się w pierwszej fali, która leci na złamanie 30 min.

Bo szybciej będzie. Bo na starcie strasznie marznę. Bo babcia czeka z klopsem na mecie. Bo z kolegą się umówiłem. Bo prestiżowo się czuję lecąc zaraz za elitą – nie szkodzi, że jedynie przez pierwsze 10 sek., bo potem to już tylko pył z ich startówek, a za chwilę zgniecie mnie fala biegaczy z kolejnej strefy, bo przecież mnie dogonią. I stratują, palanty. Jakby nie widzieli!

Otóż widzą. Ale stratować mogą i wcale nie z premedytacją.

Podczas biegów ulicznych mamy często pacemakerów, czyli zające, przekładając na polski. Z balonikiem. Wokół balonika ci, których zając prowadzi na dany czas. Z balonika. Taka wataha biegnie zwartą grupą. W grupie siła i moc. W grupie łatwiej - raz jedni od wiatru, a raz kolejni. Mają wspólny cel i do osiągnięcia tegoż dążą. I gdy nagle na drodze watahy pędzącej powiedzmy 18 km/h pojawia się biegacz truchtający po 5.50/km… to wataha go zmiecie. Bo może nie zdążyć się rozdzielić. I co z tego, że krzyczy ten z balonikiem „Środek wolny!”, kiedy truchtacz nie do końca czai, o co chodzi. Albo jest ich dwóch i nie raczą się rozstąpić. Albo rozpierzchają się każdy w inną stronę i wtedy to bankowo kolizja. Pomijam już, kiedy dodatkowo truchtacz ma w uszach słuchawki.

Nie mam nic do truchtaczy. Sama często jestem truchtaczem. Dla szybkobiegaczy zawsze jestem. Ale ustawiam się w strefie odpowiednio truchtającej. A jak mi zimno na starcie, to zakładam starą koszulkę wujka Zenka i ją zdejmuję sekundy przed i wieszam na płocie. Coraz częstszym zwyczajem jest, że te ubrania przekazywane są potem na cele dobroczynne.

Kiedy przed maratonem zapisujesz się na poniżej 3:30 a na starcie wiesz, że dyspozycja tego dnia nie pozwoli ci biec na taki czas, stań dalej, żeby ci, którzy będą biegli szybciej, mieli szansę swobodnie zawijać asfalt.

Oczywiście, możemy się dobrze ustawić, a w trakcie biegu przytrafi się coś i będziemy musieli zwolnić. Ale wtedy też nie idźmy środkiem jak cielak. I miejmy oczy i uszy otwarte, bo może być „Lewa wolna!” a to nadjeżdżał będzie wózek z dzidziutkiem pchany przez szybciejbiegacza. Taki rozpędzony wózek nie ma dużych szans wymanewrować lub wyhamować.

A jeżeli ktoś ma już faktycznie dobry powód, żeby startować nie ze swojej strefy, to niech biegnie bokiem i nie zakłada słuchawek, żeby wiedzieć kto i co nabiega z tyłu, bo naprawdę może być to tajfun i nieść z sobą niebezpieczeństwo.

Bieganie w biegach ulicznych generalnie niesie z sobą wiele niebezpieczeństw.  Niebezpiecznie jest niecierpliwić się i irytować w kolejce do toi-toi, bo może żyłka nerwowa pęknąć. Niebezpiecznie nie zdążyć do toi-toi i sikać w krzakach, szczególnie, gdy jest się dziewczyną, bo trzeba przyjąć głupią pozycję i wielu pokazać pupę. Niebezpiecznie jeść w trakcie, bo można zadławić się kawałkiem banana, kostką cukru lub czekolady. Niebezpiecznie nie umieć na dużej prędkości trafiać wodą z kubeczka w twarz, ale też niebezpiecznie jest trafić, szczególnie w usta, bo można się zakrztusić, a nawet utopić. Niebezpiecznie zbaczać z trasy i przybijać piątki z kibicami, bo można się potknąć, wpaść na krawężnik albo na kogoś.

Wszystkie te niebezpieczeństwa niwelować można dużo trenując. Dużo trenować można też mózg i stosować się do paru pisanych i niepisanych zasad, w imię własnego i innych bezpieczeństwa, a także szacunku do drugiego biegacza.

 


_____________________
Marta Kijańska–Bednarz; mówi o sobie „literatka”. Ur. w Warszawie w 1978 r., studiowała w Warszawie i Krakowie (ochrona środowiska, dziennikarstwo i pisarstwo). Mieszka w stolicy, chociaż wolałaby w górach. Ma na swoim koncie 4 tomiki poezji oraz 2 powieści: „(nie)winna” i „Jutro właśnie nadeszło”. Była felietonistką miesięcznika literackiego „Bluszcz”, portalu NaTemat.pl. i magazynu „Kingrunner Ultra”, pisuje do polskabiega.pl. Bieganie jest jej największą pasją (9 maratonów, 9 biegów górskich na dystansie ultra, w tym 3 powyżej 100 km).  Jej profile społecznościowe: Instagram i FB.

Fot. Gintare Grine, Trail Running Factory Mont Blanc camp