Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

(za)wrócić

(za)wrócić

Miało być o kontuzji, bo jeszcze nie było, można o tym bez końca, a nawet dłużej, kontuzje i urazy wymagają przynajmniej dwóch felietonów, jeśli nie całego cyklu. Na to na pewno Naczelny się nie zgodzi i może to lepiej, bo co za dużo, to też niedobrze. Chociaż można.
Jednak po wydarzeniach w Tatrach oraz dlatego, że jest środek sezonu biegów górskich, festiwal goni festiwal, a zaraz zacznie się ten największy na świecie, będzie o górach.

Wynocha w góry, tam, gdzie twoje miejsce! - przywitał mnie kiedyś na stadionie trener. W ciągu 2 lat naszego trenowania, przebiegłam 9 biegów ultra, a on, zwierzę asfaltu, nie znalazł się ani odrobinę bliżej zrozumienia ultrasów, jak mi raz napisał podsumowując moje 23-godzinne górskie zmagania. Czasem chcę być ulicznicą. Czuję zew tartanu, kocham masakrujące treningi, które przeczołgują mnie tak, że mam po nich ochotę sama się wypatroszyć. Wolę też niekiedy zmiażdżyć się na czterysetkach czy dwukilometrówkach, niż iść na trzygodzinne wybieganie do lasu. Ale to jednak góry i biegi ultra są moją prawdziwą miłością.

Wydawało mi się kiedyś, że na coś trzeba się zdecydować, że nie można mieć wszystkiego. Życie to sztuka wyborów. Nieustająco. Trzeba wybrać, a potem nauczyć się żyć z konsekwencjami. Nie można jednocześnie, w tym samym czasie, trenować do szybkich asfaltów i ultra w górach. JEDNOCZEŚNIE spodnie ALBO sukienka, tango LUB walc, szpilki ALBO trampki, szampan LUB piwo, mąż ALBO kochanek.

Ale przecież można zjeść ciastko. Z lodami!?

Jestem amatorskim biegaczem średniakiem (słowo przeciętny kłóci się z moją walką o poczucie własnej wartości), czasem ścigam się więc na asfalcie, a czasem w górach, które kocham ponad wszystko. I o ile na tym pierwszym, zarówno podczas startów, jak i podczas treningów, można skupić się wyłącznie na biegnięciu, o tyle w drugim przypadku, równie mocno trzeba się skupić na tym, GDZIE się biegnie i gdzie się jest. Bo góry.

Słyszysz spadające kamienie. Lawiny kamieni. Boisz się? Trochę się boisz, strach wpisany jest w człowieka, tak samo jak zachwyt. Tak samo też można go stłamsić lub wyzwolić. Ale w górach strach jest dobry. Pokorniejesz. Tu nie można być nonszalanckim i wyniosłym. To one są wyniosłe i nonszalanckie. To one rządzą i ten strach, a przede wszystkim pokora i świadomość, powinny kierować tutaj ludźmi. Może mniej na zawodach, kiedy dodatkowo czuwają organizatorzy i często wprowadzają zmiany trasy już w trakcie, przesuwają zawody, czy nawet odwołują, ze względu na warunki pogodowe - ale absolutnie i bezwzględnie, gdy wychodzi się w góry samemu; pobiegać, potrenować, pochodzić.

Nie w każdą pogodę! Nie w każdą pogodę wychodzi się w góry nawet na spacer. Góry są chimeryczne, a pogoda zmienia się z minuty na minutę. Dziesiątki razy zdarzyło mi się zbiegać, bo kumulowały się chmury, włosy stawały dęba i nadchodziła burza, podczas gdy ludzie dosłownie tabunami szli w przeciwnym kierunku. W plastikowych pelerynkach. Mówisz takim, żeby zawracali, ale ignorancja w górach jest chyba na wyższym poziomie. Czy ze względu na wysokość nad poziomem morza!? Tymczasem pelerynka nie ochroni przed piorunem, a żaden człowiek nie okazał się jeszcze mieć potęgi Zeusa ani Jowisza.

Góry są kapryśne. Pogoda w nich jest kapryśna. Oczywiście, tragedie się zdarzają; jak wszędzie. Jak w życiu. Ale można starać się im zapobiegać. W górach BARDZIEJ niż gdziekolwiek trzeba włączyć myślenie, świadomość, przezorność. Trzy razy się zastanowić, zanim podejmie się jakąś decyzję.

Stoją tu miliony lat, przepotężne. Kim przy nich jesteśmy? Jak mali, jak niepozorni. Nie zostawimy żadnego śladu na tych skałach; są i pozostaną niewzruszone. W przeciwieństwie do nas, wzruszonych i oszołomionych. Stłamszonych trochę ich potęgą. Tacy powinniśmy być. Ale jednocześnie, stojąc na szczycie, czy na wysuniętej grani, można poczuć się panem świata. Taki paradoks. Strach i władza jednocześnie. Tak właśnie jest w górach. Za to trzeba je kochać. Za to trzeba też być wobec nich pokornym i czuć przed nimi respekt. Trzeba też czuć respekt przed siłami natury, których, niezależnie od tego, jak bardzo staramy się zapanować nad światem, nie jesteśmy w stanie poskromić. Ale można o nich myśleć. Myśleć, myśleć, myśleć i jeszcze raz myśleć.

Nie oceniam, nie wiem, jak było, nie było mnie tam. Cztery ofiary śmiertelne to tragedia, jak zawsze, kiedy giną ludzie. Nie wiem, czy dało się temu zapobiec. Ale jestem przekonana, że wśród około 150 poszkodowanych z powodu burzy w Tatrach, jest kilku takich, których zgubiło właśnie NIEMYŚLENIE. Może NIEWIEDZA? Często myślimy, że robimy dobrze, jesteśmy na przykład prowadzeni przez przewodników, więc luz. Ale w górach trzeba myśleć BARDZIEJ. Oczywiście, są też sytuacje, na które nie da się przygotować, ale nigdy nie będzie u mnie zrozumienia dla takiej postawy, kiedy zapowiadają burzę, może nawet już ją widać, a ten i tak pcha się wyżej i wyżej, bo mam pelerynkę, to się przeczeka.

Gdy się w góry wychodzi, warto też z nich wrócić.
Wzruszonym i oszołomionym. Zakochanym bardziej. 

 

 

_____________________
Marta Kijańska–Bednarz; mówi o sobie „literatka”. Ur. w Warszawie w 1978 r., studiowała w Warszawie i Krakowie (ochrona środowiska, dziennikarstwo i pisarstwo). Mieszka w stolicy, chociaż wolałaby w górach. Ma na swoim koncie 4 tomiki poezji oraz 2 powieści: „(nie)winna” i „Jutro właśnie nadeszło”. Była felietonistką miesięcznika literackiego „Bluszcz”, portalu NaTemat.pl. i magazynu „Kingrunner Ultra”, pisuje do polskabiega.pl. Bieganie jest jej największą pasją (9 maratonów, 9 biegów górskich na dystansie ultra, w tym 3 powyżej 100 km).  Jej profile społecznościowe: Instagram i FB.

Fot. Gintare Grine, Trail Running Factory Mont Blanc camp