Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

zapytaj pierwszy

zapytaj pierwszy

Ostatnio z dumą pokazywałem koledze z redakcji (Krzysztof Brągiel, prosił o anonimowość) warszawskie kultowe ścieżki biegowe. Biegliśmy sobie prawie okrągłe 13 km o 9 rano przy 30 stopniach Celsjusza po rozgrzanym asfalcie miasta. Udawaliśmy, że się nie męczymy i graliśmy - z początku potajemnie - w grę: „Zapytaj pierwszy” (polega w skrócie na zmuszeniu przeciwnika do udzielenia w trakcie treningu rozbudowanej odpowiedzi, najlepiej podczas pokonywania jakiejś nierówności terenu).

Zanim schłodziła nas rzeczna bryza Wisły zaliczyliśmy legendarną Agrykolę. Wytłumaczyłem, gdzie jest słynny podbieg („O, tu, to wzniesienie”), stadion („Tutaj wszyscy trenują”), wreszcie Kanałek. Zdradziłem, że Kanałek to taka pętla w kształcie psiej kości o długości 1168 metrów, na przedłużeniu Zamku Ujazdowskiego Od niepamiętnych czasów służy do wykonywania przez uliczników i ulicznice treningów specjalnych. Jest odmierzona na wszystkie strony oraz oznaczona oficjalnymi i pirackimi cyframi kilometrów (od 1 do 22).

Potem pokazałem młodszemu koledze ścieżkę po praskiej stronie Wisły i poinformowałem o miękkiej nawierzchni, jakiej doświadczały jego stopy. Dodałem dwie autentyczne anegdotki o moich porażkach na warszawskich biegach. Czekałem na niego grzecznie przy zbieganiu ze schodów i cierpliwie objaśniałem, jak nie zginąć klucząc pomiędzy samochodami. Uwieczniłem nawet jego podobiznę na telefonie instruując go, jak ustawiać się do zdjęć, gdy się chce zostać naprawdę dobrym blogerem. Stał więc malowniczo na tle rzeki, w oddali majaczył Most Świętokrzyski, z drugiej strony Pałac Kultury haczył rozpalone niebo cienką jak niniejszy felieton iglicą. Po wodzie płynęły z wolna śmieci i pogróżki z poprzedniej stolicy Polski.

Wracaliśmy na Mokotów lewym brzegiem, odnowionym deptakiem nad wodą, pośród wczorajszej młodzieży. Opowiedziałem koledze o stołecznych melanżach, wybranych wydarzeniach Powstania Warszawskiego i dzielnych berlingowcach. W parku Morskie Oko pies pił wodę w tęczowych refleksach fontanny.

Na Krzysiu nie zrobiły te wszystkie cuda żadnego wrażenia. Wspomniał za to przez zęby, że ma alergię, że jest upał już o tej porze, że światła nam ciągle nie pasują. Narzekał, że miało być tylko 12 km, że musi wdrapywać się na Most Poniatowskiego, a pozując do zdjęcia wystawiał swój gorszy profil (zdjęcie mogę wysłać jako dowód na priv). Sapał złośliwie przy pokonywaniu pięknej alejki w Łazienkach i zadawał półgębkiem pozornie zaangażowane pytania. Nawet zwykłą wronę patrzącą na nas z zaciekawieniem ochrzcił krótko mianem warszawskiego sępa. Generalnie milczał  z wyrzutem, a nie w zachwycie. Na koniec nie chciał pić mokotowskiej wody z kranu, a na śniadanie zamiast jajek na twardo zażądał jajecznicy.

Konkluzja naprędce pisanego dziś felietonu jest taka: Schowaj patriotyzm lokalny do kieszeni, kiedy idziesz na trening z zaproszonym ścigaczem. Nie chwal się miękkimi ścieżkami, gdy masz do czynienia z olsztynianinem. I nie graj w „Zapytaj pierwszy” z profesjonalistami.
 

 

____________________

Kuba Wiśniewski jest redaktorem naczelnym bieganie.pl. Na razie brak mu czasu na wypisanie pełnej listy swoich osiągnięć. Swoje frustracje i niespełnione ambicje prezentuje między innymi na Instagramie.