Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

gadam bez pośrednictwa mózgu

gadam bez pośrednictwa mózgu

Nastawiając dzisiaj pranie przypomniało mi się, że często pełnię rolę spikera na zawodach. Spokojnie, trywialny początek trywialnego felietonu powinien znaleźć swój uzasadniony finał... No więc jestem często komentatorem.

Kiedyś wydawało mi się, że moja pomoc jest nieoceniona: należy powtarzać litanię rekordów świata, Polski i powiatu, a historia rynku, przy którym przebiega siódmy kilometr trasy czy też anegdotki z życia lokalnego bohatera - są dla słuchaczy fascynujące. Potem musiałem nieco ograniczyć swoje ambitne zapędy.

Prowadząc aktualnie spikerkę skupiam się, by odpowiadać na dwa kluczowe przed zawodami pytania: 1. „Gdzie są toalety?” 2. „Za ile start?” Po biegu natomiast powtarzam od 30 do 120 razy informację: „Nie zatrzymujemy się za linią mety, przechodzimy dalej, czekają tam na Was medale-banany-woda” (co drugi raz dodaję na początku lub końcu kordialne: „Kochani”).

Często, przyznam się, powielam powyższe komunikaty bez uczestnictwa mózgu. Staram się więc dla higieny własnej i odbiorców przemycać jakieś, przynajmniej dla mnie, szalenie dowcipne komentarze typu: „Witamy na mecie Maćka z brodą – ha, ha, biegł tak długo, aż mu taka długa urosła!”, „Szanowne Panie, czekaliśmy na Was, wyglądacie dużo lepiej, niż na starcie, młodniejecie z każdym krokiem” czy „Powitajmy oklaskami najwolniejszych, przepraszam, chciałem powiedzieć najbardziej wytrzymałych biegaczy”.

Pracę w drugiej części każdej imprezy urozmaica mi też odpieranie ataków wyrywających mi mikrofon uczestników, którzy chcą wykrzyczeć swoją radość lub deklaracje polityczne. Muszę też, pomiędzy Komunikatami Wagi Państwowej (w skrócie KWP), przekazywać doraźne ogłoszenia o zgubionych kluczykach, znalezionych kluczykach (cholera, miałem je w kieszeni, bo mi ktoś wcisnął), osamotnionym dziecku lub rodzicu, o tym, że pan Marian z drukiem delegacji proszony jest do biura zawodów.

Może wszystko to brzmi jak pańszczyzna, ale ja lubię to robić, bo wydaje mi się wówczas, że na chwilę jestem w centrum uwagi. Przede wszystkim jednak szczerze cieszę się na każdego biegacza na mecie. Uwielbiam być blisko tych emocji, widzieć ulgę, radość, nawet szczery zawód. Każdy, kto ukończy w zdrowiu bieg, jest dla mnie jak zawieszany na szyi medal. Może nie od razu bohater, ale ktoś, kto efektownie wybiegł ze swojej strefy komfortu.

Odczytuję nieraz imiona z numerów startowych lub rozpoznaję twarze. Jest z tym problem – wszyscy wyczytani myślą, że znam każdego osobiście i śledzę jego/jej karierę. Najczęściej jednak numerów nie widzę. W ferworze walki, mimo rozpaczliwej jazdy wózkiem widłowym po magazynie pamięci, nie udaje mi się załadować informacji i połączyć twarzy/sylwetki z żadnym sensownym imieniem. Niektórzy na szczęście mi wybaczają, inni się niestety obrażają, że: „No przecież to ja, w zeszłym roku miałem strój kalafiora na sobie, a ty ze mną rozmawiałeś na starcie!”

Wczoraj po wykrzyczeniu kilku nazwisk oraz nadaniu większości KWP stałem za bramą mety jednego z największych polskich maratonów. Rozmawiałem z elitą, z tymi tuż za, z tymi jeszcze bardziej za i z tymi na końcu, przepraszam, z tymi najbardziej wytrzymałymi. Byłem z mikrofonem oraz kamerą świadkiem ustanawiania chyba tysiąca życiówek, jednych oświadczyn oraz łez w oczach pana 100kg+. Wielu uczestników padało mi w objęcia. Wielu ja, zapominając o swojej roli i tym, że lubię być samodzielnie w centrum - ściskałem i przytulałem. Może dlatego atmosfera, a dokładniej zapach imprezy, jest dziś ze mną, gdy nastawiam wczorajsze pranie.

 

 

____________________

Kuba Wiśniewski jest redaktorem naczelnym bieganie.pl. Na razie brak mu czasu na wypisanie pełnej listy swoich osiągnięć.