Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

o kreskach, co mają mnie gdzieś

o kreskach, co mają mnie gdzieś

Staram się niekiedy zmieniać temat. Czasem udaję, że wiem, o co chodzi. Częściej odpuszczam i poddaję się - lekko zażenowany własną niewiedzą i tym, że ominęła mnie ewolucja.

Taki jestem, gdy dyskusja schodzi na zegarki biegowe. Mam w domu kilka, ale biegam teraz z jednym. Mimo że ma ponad 8 lat, to i tak nie ogarniam połowy jego funkcji. Nie rozumiem, do czego mogłyby mi służyć.

Podziwiam ludzi, którzy potrafią analizować swój bieg. W końcu o to też chodzi w treningu – analizować, żeby biegać szybciej mniejszym nakładem sił. Ale nie rozumiem biegaczy, którzy analizę powierzają sztucznej inteligencji. A zegarkowych ekspertów jest coraz więcej. Potrafią nie tylko zapisać każdy kilometr trasy i każde uderzenie serca, ale i ocenić standardowe odchylenie od pionu, kadencję nanieść na wykres oscylacji pionowej, prześledzić zależność między zmianą nachylenia terenu, ciśnieniem tętniczym oraz stanem regeneracji po ostatnich sesjach.

A ja nie umim.

Może dlatego, że postęp technologiczny dokonywał się kiedyś wolniej. Gdy zaczynałem biegać jako nastolatek na przełomie lat 80. i 90. moim najbardziej zaawansowanym narzędziem treningowym był zegarek, wyposażony w sekundnik. I w pewnym sensie na tym się zatrzymałem.

Pamiętam, że tata dał mi też pierwszy GPS „zdiełano w CCCP”. To znaczy z satelitą się nie łączył, ale mierzył dystans z dokładnością 10%. A konkretnie z dokładnością do 1 kroku. Bo jego hardware i software ograniczał się do takiego licznika (przyczepianego do gumy od spodni) i zawiasika. Na każdym kroku GPS obijał się o udo, a na liczniku przeskakiwały kolejne cyferki. W domu wystarczyło wynik przemnożyć przez domniemaną długość kroku i ta daaam, miałem dokładny dystans.

Krokomierz szybko się popsuł, a ja wróciłem do taśmy mierniczej oraz linijki i map sztabowych, dzięki którym razem z tatą wiedzieliśmy, że nasza crossowa pętla w Lesie Kabackim ma 2600 metrów. W tym okresie dokonał się za to postęp technologiczny na polu pomiaru czasu. Na rynek weszły pierwsze zegarki „z lapami”... jaki to był szał! Jak czyjś sprzęt łapał więcej niż 50 międzyczasów, to nie trzeba było spisywać wyników od razu po treningu, by zwolnić pamięć zegarka. I to wystarczało w zupełności.

Tak sobie to czasem tłumaczę, gdy dochodzi do mnie, że nie rozumiem większości funkcji współczesnych zegarków. Sam, przyznaję, korzystam z GPS (o tym na koniec). Kilkanaście razy w roku używam też paska pulsometru, ale jestem z takiej starej szkoły, która mówi, że co najwyżej II zakresy biega się na tętno, ale już rozbiegania robi się na samopoczucie, a na treningu tempowym, a tym bardziej na zawodach, grzeje się na konkretny wynik. W końcu nikt jeszcze nie daje nagród za najlepiej zmierzony czy najniższy puls imprezy.

Zauważyłem, że zbytnie słuchanie technologii oddziela mnie murem od słyszenia mojego organizmu. A ja lubię wiedzieć, co tam w płucach rzęzi i gdzie tam dzisiaj strzyka. I chyba nie tylko mi technologia zaburza prawidłowy osąd. I nie tylko mnie to wkurza – ale również samych amatorów techniki.

Na kilku organizowanych przeze mnie biegach uczestnicy dorabiali za metą kilkadziesiąt metrów do brakującego według ich zegarków dystansu. O ile mogłem to jakoś wziąć na klatę na zawodach w parku, to nie potrafiłem zrozumieć, gdy impreza odbywała się na bieżni. GPS zwodzi też mnie – wszak mój rekordowy 1 km zapisany w historii zegarka to 2 minuty i 9 sekund. Noah Ngeny mógłby mi kolce nosić.

Wystraszyły mnie też dodatkowe funkcje, które oceniają (na podstawie czego tak naprawdę – nie wiem), stan mojej formy. Kiedyś ukończyłem jeden z 8-godzinnych marszobiegów w Bieszczadach i zassałem dane do testowanego cudu techniki. Po dogłębnej analizie i 2 godzinach umierania w pozycji półstojąc-półleżąc na ekranie mojego zegarka pojawił się radosny komunikat: „Czas się ruszyć!”.

Dzisiejsze zegarki biegowe podnoszą ciśnienie, zanim się ich użyje. Zgodzi się z tym każdy, kto nieco dłużej łapał sygnał przed treningiem. Niektórzy reagują dość nerwowo i nie mogą znieść oczekiwania na połączenie z siecią. Znam jeden spektakularny przypadek (czołowego polskiego maratończyka proszącego o anonimowość), kiedy nieposłuszny zegarek ostatecznie wylądował w wodach jeziora Sankt Moritz (dane GPS mogę podać osobom z podstawowym kursem nurkowania na priv).

Oczywiście chciałbym napisać, że jestem zupełnie ponad to. I zmienić temat. Ale smutna prawda jest taka, że pod moim domem na warszawskim Mokotowie jest takie jedyne miejsce na Ziemi, które złośliwie omijają satelity. Klęczę w tightach ku uciesze lokalnych Młodych i Mariuszów, zawiązuję po raz kolejny buty, wiatr zaczyna hulać mi po spoconym grzbiecie – a sygnału GPS brak. Na moim zegarku migają sobie trzy kreski, a trzy pozostałe do szczęścia mają mój trening gdzieś.

 

____________________

Kuba Wiśniewski jest redaktorem naczelnym bieganie.pl. Na razie brak mu czasu na wypisanie pełnej listy swoich osiągnięć.