Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

najlepszy menadżer w mieście

najlepszy menadżer w mieście

Kiedyś byłem dziennikarzem, zawodnikiem wyczynowym, konserwatorem powierzchni płaskich (czytaj: pilnowałem stadionu), przewodnikiem i zarazem eksponatem w muzeum, wychowawcą kolonijnym, instruktorem żeglarstwa, sprzedażowcem, pijarowcem, no i właśnie: menadżerem. Takim sportowym. Polegało to na tym, że jak szukałem biegów na przeszkodach, a w Polsce rozgrywa się ich mało, bo wiadomo, zawsze to problem rów napełnić i quorum zwołać – to szukałem ich zagramanicą. Do tego potrzebna była znajomość podstawowa języka angielskiego oraz pewna doza bezczelności, mylonej przez niektórych z pewnością siebie.

W każdym razie stawałem się przedstawicielem nie tylko swoim, ale również kolegów biegaczy, którzy byli jak ja – za słabi na managerów posiadających swoją platynową managerską odznakę z komarem w herbie albo tajemne managerskie referencje – a za mocni, by ścigać się w kraju z własnym cieniem. Więc ja hurtem załatwiałem start sobie i zdesperowanym kolegom średniodystansowcom („Hello Mr. Stefanodos, I am a top Polish steeple chaser and I am looking for a good race for me and my friends, also top Polish middle distance runners. Your meeting seems to be a perfect for us. All we need is…").

Żeby była jasność, robiłem to trochę z pobudek sportowych, mniej z finansowych, jednak przede wszystkim sprawiało mi perwersyjną satysfakcję – zagraniczną przygodę zorganizować, by na własne życzenie sobie za tą granicą wypruwać flaki w walce o literki PB. Potem na międzynarodowych zawodach klasy drugiej w Belgii albo Francji zgarnialiśmy przeciętne nagrody, walczyliśmy zajadle o zwrot kosztów podróży i generalnie liczyliśmy na dobre biegi, które na miejscu z reguły okazywały się imprezami porównywalnymi do Mityngu O Złote Kierpce Swarzędzowic Górnych. Ale co się nazwiedzaliśmy, to nasze.

No i pewnego razu, gdy sezon startowy zbliżał się kulejąc do przesilenia, załatwiłem znienacka mityng jak się patrzy. Zagraniczny, a jak! W Novym Meście. Tym razem miałem wystartować na 1500 m, a że organizator dawał pokaźny zwrot za koszty podróży per capita, to dobrałem sobie za kompanów dwóch warszawskich kolegów z lepszymi życiówkami, licząc, że odwdzięczą mi się dobrym wspólnym biegiem. Sprawdziłem na mapie, że do czeskiego Novego Mesta jest rzut beretem i zaprzągłem w ruch moje umiejętności logistyczne.

Sezon w kraju kończył się finałem prestiżowego (więc ma się rozumieć pozbawionego jakichkolwiek nagród) cyklu Grand Prix PZLA. Wypadło na Zieloną Górę. Tam ja targałem 3000 m z przeszkodami i wstyd przyznać, czekałem na ostatnie 100 m, by się zanadto nie przemęczyć. Moi klubowi koledzy – proszący o anonimowość Marcin Fudalej i Michał Bernardelli – czaili się za to na 1500 m, jako przygrywka do tego, co miało ich czekać na obczyźnie.

Z Zielonej Góry było blisko akustycznie i geograficznie do Jeleniej Góry, z niej do znanej nam Szklarskiej Poręby, gdzie mieliśmy tani i miły nocleg. Dotarliśmy tam komunikacją publiczną ze studencką zniżką, a ze stolicy dojechał do nas kierowca – znajomy znajomego, który miał akurat urlop i za ludzką opłatą zgodził się przewieźć nas swoim sprawnym Uno przez granicę, a potem przetransportować nasze zmęczone zwłoki z powrotem do kraju. Udało się wszystko nieźle zgrać. My dobrze nastawieni i w miarę wypoczęci, szofer zwarty i gotowy, Fiat po przeglądzie, prognozy pogody dla Czech optymistyczne. Wreszcie organizator międzynarodowego mityngu podekscytowany, że gwiazdy z Polski go zaszczycą. Wyprawa była więc dopięta na ostatni guzik, jak koszula Kim Dzong Una.

Jako że GPS-y debiutowały właśnie na rynku, rano przed wyjazdem znajomy kierowca wstukał z dumą miejsce docelowe w nawigację naszego środka transportu. Wyskoczyły mu 4 miejscowości. Sprawdziłem w komputerze maila, dla pewności, o które Nove Mesto chodzi.

Okazało się, że mityng nie jest w Novym Meście w Czechach, tylko w Novym Meście w Słowenii. Różnica akustyczna niewielka, a jednak dosyć istotna semantycznie.

Nie, no co Wy?! Pewnie, że pojechaliśmy. No jasne, że byłem trzeci, za moimi miłymi kolegami. Ale podkreślę, że nie tylko ja padłem ofiarą pomyłki. Gdy na drugim okrążeniu wyścigu spiker czytał podekscytowany nazwiska prowadzących zawodników, usłyszałem: „Fudalej from Poland, Wiśniewski from Poland, Bernardelli Italiano." Załatwiłem, a co?! To były naprawdę zawody o międzynarodowej randze.

 

 

____________________

Kuba Wiśniewski jest redaktorem naczelnym bieganie.pl. Na razie brak mu czasu na wypisanie pełnej listy swoich osiągnięć. Swoje frustracje i niespełnione ambicje prezentuje między innymi na Instagramie.