Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

opowieść wigilijna 3/3

opowieść wigilijna 3/3

Zima 1998

Pani z radia chce wiedzieć, a może nie chce, tylko udaje, ma w każdym razie notes pełen kartek zapisanych i patrzy na nie długo. Potem nagle wzrok ma mnie podnosi i wyostrza, jakby mnie łączyła w jednej chwili z tym czymś, o czym na tych kartkach jest napisane. Powtarza, że szalenie jej miło, szalenie jej miło, że zgodziłem się znaleźć czas dla naszych słuchaczy w te święta. To taki rodzinny czas, pewnie wolałby Pan – czyli ja – spędzać go z bliskimi.

Z grzeczności się uśmiecham, ale z nikim tego ani innego czasu nie spędzam. Kto był bliski siłą urodzenia, umarł. Kto chciał być bliski siłą przypadku, odszedł wiele razy – ten sam, a jednak zawsze z inną twarzą. Rzeczywiście, wolałbym być teraz gdzie indziej, na przykład leżeć albo szykować się na drugi trening, ale dzisiaj zrobię go pewnie po tym nagraniu, jakoś przed północą. Pani włącza mikrofon, wcześniej mówi mi, że to na żywo.

Przedstawia mnie, potem trochę bardziej siebie i streszcza to, co już o sobie słyszałem setki razy w różnych językach. Że wicemistrz olimpijski, że mistrz świata na stadionie i dwa razy w biegach na przełaj, że rekordzista Polski na 4 dystansach, że ambasador polskiego sportu na świecie, że twarz i nogi polskich biegów. To z nogami myśli, że jest takie jej tylko, wymyślone i dowcipne - ale słyszałem już wcześniej.

Standardowe pytania o Atlantę i czy spodziewałem się, że Kebenei zaatakuje tuż przed metą. Moja standardowa odpowiedź, że straciłem czujność, że w sporcie liczy się szczęście, którego mi zabrakło, że tego dnia był szybszy. Pani kiwa głową z zapałem i współczuciem. Ale wiem, że nie był. To ja byłem za wolny na 11 kołach, a potem poczułem suchość w gardle, ciemno przede mną mimo reflektorów i nie wiem właściwie, gdzie jestem - bo zamiast biec do przodu znowu uciekałem bez opamiętania, jak kilka razy wcześniej.

Ona mówi coś w stylu, że czy od zawsze z tym trenerem, że z nim zaczynałem i ryzykowałem. Ja na to, że układa nam się dobrze współpraca, że wiele mu zawdzięczam, że bez niego nie byłoby mnie jako sportowca. Omijam, że kiedyś mnie karmił, załatwił pracę, poświadczył, gdzie trzeba, omijam, że razem się uczyliśmy, gdzie przesunąć granicę. Czego jeszcze nie mówię, to tego, że tylko bieganie ma dla mnie sens, tylko tu jestem cokolwiek wart, więc ja niczego nie ryzykuję.

„Ale dlaczego Pan zniknął w 94 roku? Nagle, chciał Pan, by świat o Panu zapomniał?” – udaje ciekawość. Byłem w Afryce, tam trenowałem w spokoju - odpowiadam jakoś tak gładko i nie kłamię. Rok spania, gdzie się da, biegania jak tamci, wydawania przysłanych przez trenera pieniędzy i tych, które przez 2 lata odkładałem - jedząc co popadnie, wynajmując pokój pod Jelenią, pracując w tartaku po 10 godzin dziennie, trenując tuż po piątej i znowu po robocie.

„Od ponad dwóch lat nie przegrał Pan biegu. Czy utrzyma Pan passę do mistrzostw w Sewilli? Jak Pan to robi?”. Ja jej na to, że to już się stało, już wygrałem. Ona się śmieje niepewnie, myśląc chyba, że na koniec rzuciłem pewny siebie żart.

Żegnamy się, ona życzy mi Wesołych Świąt, a ja jej wesołych świąt. Nie mogę się doczekać aż wyjdę na powietrze. Nie lubię Warszawy, ruchu, świateł w twarz, hałasu, ale lubię wyciszający wszystko śnieg i mróz, który wbija mi się w policzki, zatyka mnie i drapie w gardło, gdy biegnę. Która to godzina? Przybliżam się do stojącej przy wejściu przekrzywionej choinki z czerwonymi lampkami. 20:18 widzę na zegarku i wiem, że zdążę dzisiaj jeszcze zrobić konkretną robotę. I zasnąć szybko bez patrzenia szeroko otwartymi oczami w dziuplę zamkniętych drzwi.


 

____________________

Kuba Wiśniewski jest redaktorem naczelnym bieganie.pl. Na razie brak mu czasu na wypisanie pełnej listy swoich osiągnięć. Swoje frustracje i niespełnione ambicje prezentuje między innymi na Instagramie.