Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

opowieść wigilijna 2/3

opowieść wigilijna 2/3

Jesień-Zima 1988

Ten chłopak próbuje go spychać łokciem na drzewo. Śnieg pada wielkimi, wolnymi płatami, tylko pod nogami czarno na szerokość trasy. Buty trzymają się korzeniami tej czerni pod nim. A ten chłopak kilka razy kopie ostrymi, zabłoconymi kolcami mu po nogach. Krew spływa brązowym potokiem po piszczelach. Trener przed zawodami mówi, żeby się, jak są takie sytuacje, nie przejmować, tu nikt go nie zna, nie wiedzą, skąd on jest. Żeby nie oddawać. I nie oddaje, mimo że z boku się drą, ktoś pluje, nawet naciska na cienką taśmę i próbuje go dosięgnąć pięścią, a ten spocony chłopak w niebieskiej koszulce ma coś jak udawaną nienawiść w oczach. Widzi na długiej prostej w parku jego twarz z boku, ale jest tam więcej strachu niż siły. Sam nie czuje zmęczenia ani złości.

Kilka miesięcy temu ją ma chyba w sobie, kiedy patrzy, jak Makos z jego piętra męczy psa. Dom wychowawczy, nigdy nie rozumie tej nazwy dobrze. To my tu się chcemy z wami porozumieć, z tobą też, mimo że nie chcesz z nikim rozmawiać – mówi dyrektor Zawilska patrząc w okno, gdy jest u niej w gabinecie pierwszy raz. Wychowywanie dobrze idzie, bo prace społeczne są kilka razy w tygodniu, a lekcje zawsze we wtorek i piątek. I jakby nie wychowanie, toby nie mógł przestać Makosa okładać pięściami, kiedy na nim później siedzi i widzi z zaciekawieniem, jak jego jedna strona twarzy się zapada, a potem mięknie. I dociera do niego, że to już koniec, że Makos już zapamiętuje, że wystarczy  - razem z bólem kłykci, które stają się sinoczerwone.

Pani dyrektorka Zawilska krzyczy, że tego nie zgłasza, bo nie ma gdzie zgłosić, że się nimi tam, na zewnątrz nikt nie interesuje, mimo że tyle zmian na dobre ma być w państwie, że on musi sam się zainteresować, kim ma być. I rzeczywiście, milicja nie przyjeżdża, tylko trener do dyrektorki idzie i siedzi u niej 2 godziny, bo duża wskazówka dwa razy naokoło wędruje, a dłonie przestają boleć właściwie. Trener zaczyna swoje wychowanie od wymyślania coraz dalszych tras, ćwiczeń z nabierania powietrza jak najdłużej się da i powtarzania kółek na żużlowym stadionie za poprawczakiem. Wąsate wskazówki zaczynają nie nadążać wreszcie. Jeśli to jest kara, to chce być karany, bo kiedy biegnie, nikt do niego nie mówi, może rozmazywać wszystko wokół, i zaciskać zęby, i krzyczeć do środka - potem jest na coraz dłuższe chwile dużo lepiej, niż przedtem.

Tak jest i w Poniatowie, gdzie przyjeżdżają z trenerem na zawody makroregionalne. Szarfy wiszą pod brunatnym, zwijającym się zaraz w dół niebem. Nie czuje złości na tego chłopaka, widzi, że tamten tylko jak ryba w tej niebieskiej koszulce skacze próbując utrzymać się na powietrzu i to go nawet śmieszy trochę. Gdy dobiega do mety trener klepie go po ramieniu, garść śniegu daje do picia, daje też bluzę i mówi, że wygrał, żeby to zapamiętał, żeby to przywoływał, że się nadał, że to było warto. Warto było, warto było – nie rozumie do końca, ale tamto przedtem zaczyna być bardziej miękkie niż twarde i z jakiegoś powodu robi mu spokój, mimo że serce bije dalej w uszach.

Tamci trenerzy z chłopakiem w niebieskiej koszulce przychodzą zaraz i krzyczą, że oszukał, że tam skrócił trasę, że popychał. Pokazują na stopery i na cyfry na nich czarne, i że to niemożliwe, w Poniatowie na górkach nikt, nikt powtarzają, tak nie biegał nigdy przedtem. On jest obok tego, ale nagle widzi, że ręce bezwolnie mu się otwierają i zamykają, i nie chce już w nocy iść do łazienki i wbijać sobie noża ze stołówki w nogę. Krzyczeć do środka.

Mówi głośno, że może to zrobić jeszcze raz i tak samo szybko. Cisza zapada, płatki stukają ciężko o płachtę namiotu przy mecie. Najmniej zdziwiony jest chyba trener, który szybko bluzę mu zdejmuje, powtarza, żeby równo siły rozłożyć, ale że wie, że on da radę. Dasz radę Marek, słyszysz Marek? – kto to mówi?

Staje na starcie i wkłada sobie brązową koszulkę w spodenki. Śniegiem wyciera jeszcze twarz, by świat nabrał ostrości. Czeka, aż oni powiedzą start, a na nogach brunatne rzeki już zasychają.

 

 

____________________

Kuba Wiśniewski jest redaktorem naczelnym bieganie.pl. Na razie brak mu czasu na wypisanie pełnej listy swoich osiągnięć. Swoje frustracje i niespełnione ambicje prezentuje między innymi na Instagramie.