Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

bileciki do kontroli

bileciki do kontroli

Pisałem kilka tygodni temu o mojej pogoni za autobusem linii 195 - w czasach, kiedy obowiązywały jeszcze kartki na mięso, w telewizji były dwa programy, w tym jeden od 15.00, a rekord Polski na 5000 m miał mniej niż 15 lat. Dzisiaj zapraszam do ścigania ze mną kolejnego autobusu, tym razem linii 709 - gdzieś około roku 2001.

Będąc cwaniakiem warszawiakiem z dziada pradziada zostałem zmuszony przez trenera mego Marka Jakubowskiego, który prosił o anonimowość, do stawiania się na treningi biegowe w Piasecznie. Rys geograficzny jest tu potrzebny. Piaseczno leży pod Warszawą, są tam lasy i stadion, który podówczas był żużlowy, a trener Marek właśnie tam miał swój matecznik. Raz na jakiś czas jeździłem więc na treningi, by nie ograniczać naszych kontaktów do kartki z rozpiską, tym bardziej, że z początku hieroglify coacha były dla mnie co najmniej tajemnicze.

Ale nie o tym. Podróż do Piaseczna odbywała się autobusem linii 709, który pokonując granice aglomeracji stolycy wjeżdżał ze strefy miejskiej w podmiejską. Ze spokojnej krainy, gdzie obowiązywał mój bilet miesięczny, w dziki kraj, w którym do podróży dopłacać trzeba było jakąś horrendalną sumę, chyba ze 2 złote. Wtedy moje studenckie zasoby były liche, ciągle zbierałem na jakiś obóz albo buty, a stołowałem się u rodziców - każdy wydatek ponad stan rujnował moje dwucyfrowe konto.

Trasa 709 ze względu na przełamujące się strefy płatności, była szczególnie chętnie oblegana przez kontrolerów biletów. Jadąc na trening nie ryzykowałem - wysiadałem na przystanku granicznym i z plecakiem truchtałem sobie w ramach rozgrzewki, 20 minut na stadion w Piasecznie. Z powrotem, dużo bardziej styrany jakimś ciągłym czy zabawą biegową (piekielna, piekielna nazwa), liczyłem na fart.

Raz w podróży powrotnej udało mi się zlokalizować kanarów" na czas i wysiąść przed upokarzającą kontrolą. Drugim razem byłem jednak zbyt zmęczony, przytłoczony plecakiem z mokrymi ciuchami i straciłem czujność. I to niedaleko przed granicą „zakazanej" strefy! Za dwa przystanki byłbym bezpieczny! Szczęście było tak blisko, może dlatego me rozczarowanie tak dojmujące...

- Proszę bilety do kontroli -  wszyscy znamy ten mrożący krew w żyłach ton i to określenie, w którym zarówno „proszę", jak i „kontrola" składają się w 100% z ironii. Pozostali pasażerowie w moim 709 mieli bilety i jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, jednoczyli się ze mną w milczącym bólu. Kontrolerów było dwóch, obydwaj silni, bezwzględni i profesjonalni. Zauważyłem jednak, że zbyt pewni siebie. Oddałem mój nieważny miesięczny ze zdjęciem i adresem jednemu z nich, a w głowie błyskawicznie wykluł mi się plan.

Zacząłem tłumaczyć, grając na czas i angażując nie tylko kontrolerów, ale całą społeczność autobusu, że mam miesięczny, ale tu jest napisane, że to również obejmuje Piaseczno, a nie, rzeczywiście, ale może jednak mam inny bilet, a nie, jednak nie mam... aż autobus zatrzymał się na ostatnim przystanku zakazanej strefy, a ja w asyście osiłków z blachami wyszedłem z pojazdu. Z pozoru nerwowo, nie wypadając z roli, której nie nagrodzi niestety żadna Akademia, wyrwałem jednemu z nich mój miesięczny i jeszcze raz mętnie zacząłem tłumaczenie, że chyba jednak na nim jest napisane, że obowiązuje w dwóch strefach. Ściągnąłem przy tym paski plecaka i zapiąłem bluzę od dresu.

- No i co, piszemy? - też znamy ten kordialny ton, po którym zazwyczaj pada propozycja łapówki. Jednak mnie nie było stać na żadne wynagrodzenie, a żyłka sportowa wzięła górę nad strachem.

- To ja spier...lam! - powiedziałem z pasją, marząc, bym kiedyś mógł o tej replice opowiedzieć potomnym.

I długa. Chodnikiem do bezpiecznej strefy. Wzdłuż ulicy, którą jechałem linią 709.

Za mną cisza. Wówczas miałem chyba jeszcze włókna szybkokurczliwe, poza tym element zaskoczenia okazał się decydujący. Kontrolerzy, co dopiero po jakichś 30 sekundach biegu skonstatowałem (założę się, że to było ze 250 metrów!), stali jak wryci - w miejscu, gdzie ustawione były moje wirtualne bloki startowe.

Dziś kupuję już grzecznie bilety i staram się nie być po latach zanadto dumny z tej ucieczki. Bardziej cieszy mnie, że na następnym przystanku dogoniłem, ku wyraźnej satysfakcji autobusowej społeczności, to samo 709.

 

 

____________________

Kuba Wiśniewski jest redaktorem naczelnym bieganie.pl. Na razie brak mu czasu na wypisanie pełnej listy swoich osiągnięć. Swoje frustracje i niespełnione ambicje prezentuje między innymi na Instagramie.