Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

sny o niewygrywaniu

sny o niewygrywaniu

Pośród powracających do mnie snów są te o zawodach. Nie, nie o tym, że wbiegam na metę jako zwycięzca. Do tego nie dość, że nie doprowadzało zbyt często życie, to na dodatek nie dopuszcza nawet podświadomość.

Wewnątrz snu o zawodach przewijają się i odtwarzają równie wyraźnie, co męcząco trzy pokrewne scenariusze. W pierwszym spóźniam się na bieg. Czuję, że jestem dobrze przygotowany, rozsadza mnie energia, a jednak - zapomniany numer startowy, przespany budzik czy też zbyt długie wiązanie sznurówek - powodują, że nie docieram na czas na start. Kiedyś nie dopuścił do tego przejeżdżający pociąg o setkach wagonów. Innym razem zamiast ruszyć do boju musiałem załatwić się w pozłacanej toalecie, na widoku innych właśnie się załatwiających (spokojnie, skutki nie wylały się poza przestrzeń snu).

Drugą wariację można określić mianem „Rozpaczy niebyłego zwycięzcy”. Biegnę na luzie finał igrzysk albo NYC Maraton. Prowadzę i nie czuję zmęczenia, zaglądam drwiąco w oczy Farahowi czy innemu Czapiewskiemu. Każdy krok zbliża mnie do celu, swoje zmęczenie trzymam w ryzach, a każdy oddech biorę lekko – przyznacie, książkowa wizualizacja. Jednak nagle się gubię. Na stadionie naraz znajduję się w jakichś podziemiach, mylę kółka lub/i coś wyrzuca mnie na zewnętrzne tory. Na ulicy niespodziewanie Nowy Jork zmienia się w Puławy, pilot zwodzi mnie na manowce, staję bezradnie w ślepej uliczce (nota bene dwa razy tak się zdarzyło faktycznie). Za każdym razem męka jest dotkliwa, tym bardziej, że widzę wyprzedzającą mnie czołówkę i nic, mimo nadmiaru chęci i sił, nie jestem w stanie zrobić.

W trzeciej wersji koszmar polega, dość sztampowo, na ucieczce na miękkich nogach. Biegnę i odsadzam bezosobową konkurencję. Nagle przewaga zaczyna topnieć. Czuję, że zwalniam. Mam jednak siłę - głowa i tułów chcą do przodu, tyle że nogi zostają w tyle. Podpieram się dłońmi o ziemię, cięgle tracę równowagę, zaraz już idę dosłownie na czworakach, a za paznokciami pojawia się brud i krew. Im szybciej staram się wydostać z niewidocznych więzów, tym poruszam się (od pasa w dół) wolniej.

W żadnym z tych snów nie uciekam przed potworami, w żadnym scenariuszu nie wygrywam. Ani wampiriada, ani „Dziękuję Akademii”. Wybudzając się jednak z każdego z nich odczuwam gigantyczną ulgę i katarktycznie oczyszczony wspominam go sobie z uśmiechem na treningach za dnia.

Dotarło do mnie, że moim największym koszmarem nie jest utopia kontroli, ale przede wszystkim niemożność sprawdzenia, co jest za metą. Niespróbowanie do końca. Połowiczne przedstawienie obliczone na wyjście widowni, a nie oklaski. Sny o niewygrywaniu prześladują mnie – tak jak innych o spadaniu, bo ja już spadłem, a rzadko wzlatywałem. Dlatego, gdy mam siły… dopóki mam siły i pomimo ich braku - będę próbował na jawie. Może i noce będą łaskawsze.

 

 

____________________

Kuba Wiśniewski jest redaktorem naczelnym bieganie.pl. Na razie brak mu czasu na wypisanie pełnej listy swoich osiągnięć. Swoje frustracje i niespełnione ambicje prezentuje między innymi na Instagramie.