Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
biegniepowieść - upadek drugi z trzech

Po drugie kształt.

Pod pachą uwiera szelka, łyka by się napiło wody, się chce nerwowo wysikać jeszcze raz, chociaż już się sikało po krzakach i stopach Gawrycha niechcący. I stoimy przez zbyt długie zaraz. Oczywiście olewczo z boku, ale tak z przodu trochę bardziej tłumu światełek o tej trzeciej jak górnicza pobudka godzinie. I zegarek jakby stanął, czy on naładowany wystarczająco, i się cyferka nie zmienia na tę porę startu Hardmana.

Mnie tam noga boli – mówiłem Gawrychowi tydzień wcześniej. A mnie głowa – odpowiadał czule kłamiąc chyba, choć jemu prawda wpisana przecież w geny, ale tak chyba powiedział, by raźniej w tym przewidywanym cierpieniu mi było. Ja już z tego wszystkiego nie wiedziałem, czy mnie boli, czy nie, na pewno opuchlizna nadawała kostce kształt, tak jak i pozostałym staraniom za pięć dwunasta robionym.

Kształt to obleczony w bombki pozór świąt, że się robi coś tak, no, jak należy! Słowami i chęciami operowałem jak chirurg plastyczny. Ależ tak, tak, trzeba robić ewryfing co w mojej mocy i jak u Camusa, 2+2 ma być cztery. No, ale tak w środku, to się człowiek niby starał, że się stara – i gestem potwierdzał, że na stówkę, na pięść zaciśniętą do zdjęcia na fejsbukach, na takie ramię zgięte przyjaciół w destrukcji z bajeczki o sąsiadach.

Autozniszczenie zresztą nieuchronnym się stawało, gdy ortopeda Borysem zwany o Hardmanie zapomnieć polecił, a potem podrzucił link do ortezy i garść porad o garści ketonalu na każdą godzinę wysiłku. Ja miałem w bólu doświadczenia nobliwe i się go po bieżni jak chory gołąb latając nie wstydziłem, nawet gdy belkę na Wielkiej Pardubickiej szyją przesunąłem. Więc do legendy miejskiej o Hardmanie, gardząc nim i piszcząc z niecierpliwości na przemian - swoją dołożyłem cegiełkę.

Pejn is temporary, hajda za Kmicicem.

Ale już przemowa orga o wieloletniej tradycji, pani burmistrz zaspana na tej psiej wachcie jęczy do mikrofonu, że szlaki i lasy są dla was, czyli dla nas, a komiksowa chmurka z zaproszeniem do zostawienia dudków zawisa jej nad głową. I wreszcie strzał z muszkietu zabytkowego podobno. Uuu! lewackiej braci się po lasach Walterowskich niesie. Obok nas się przeciska do przodu i depcze startowe buty moje, a trejlowe traktory Gawrycha para jakaś z zapasami węgli chyba w plecakach i tłuszczu na pewno wokół kręgosłupa. A inni przed nami zdjęcie robią z lampą i sprawdzają, czy wyszły. A na horyzoncie nikną światełka tych, co jako ogary w las poszli.

I idziemy, jak źli. Nadciąga totalny kataklizm, aż do pierwszej zadyszki. Już mijamy liderów, wciągając oddechy na luzie-tak-se-akurat-biegliśmy-no-hej-hej i w zarośla się kierujemy wzdłuż taśm. Których zaraz brakuje albo się wzięły i ze zwierzętami w popłochu przed tłumem zawinęły.

Mapy nie wyciągamy, bo to obciach o niej pomyśleć nawet. Robi się ciemniej niż tam, gdzie murzyn mówi dobranoc. Rośliny nadają kształty nocy, a noc w zamian kształtuje las na podobieństwo pajęczych liści i dżungli z bajań Conrada. I się gubimy w tej gęstwie bezgłośnie klnąc – ja w duchu, Gawrych w trzewiach. Hardman na dzień dobry bokiem ucieka.

A przedsądy w koło zaklęte obleczone mruczą w trakcie lektury, że kolejny upadek to tylko kwestia czasu.

 

 

____________________

Kuba Wiśniewski jest redaktorem naczelnym bieganie.pl. Na razie brak mu czasu na wypisanie pełnej listy swoich osiągnięć. Swoje frustracje i niespełnione ambicje prezentuje między innymi na Instagramie.