Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

„Najlepsze osiem kilometrów w moim życiu” - rozmowa z Marcinem Świercem po spektakularnym sukcesie w TDS 2018

„Najlepsze osiem kilometrów w moim życiu”  - rozmowa z Marcinem Świercem po spektakularnym sukcesie w TDS 2018
Z Marcinem spotkałem się w piątek rano w jego kwaterze w Chamonix. Wypoczęty i uśmiechnięty, poczęstował mnie swoim ulubionym deserem z mango i chia, usiedliśmy na kanapie i porozmawialiśmy o tym, co się wydarzyło w środę.


Kuba: Jak tam Marcin, wyspałeś się?

Marcin: Tak, wreszcie się wyspałem, bo poprzedniej nocy (po biegu) nie mogłem spać...

K: Dosłownie przed chwilą dostałem maila od organizatorów z podsumowaniem wydarzeń TDS. Podkreślają, że na metę wbiegłeś w niesamowitej wrzawie oddanych kibiców. Polska grupa jest jedną z liczniejszych na festiwalu UTMB, ale chyba przy tym bardzo zgraną i... głośną?

M: Tak! To się dało odczuć na każdym punkcie. Polacy byli wszędzie, gdzie tylko mogli dotrzeć. Spotkałem grupę z flagą na przełęczy Św. Bernarda, nawet w miejscach, gdzie trudno dojechać. Czułem się jak u siebie w domu i to ogromnie motywowało. Wiedziałem, że na kolejnym punkcie czekają następni kibice i to w miarę upływu czasu i dystansu coraz liczniejsi. Byli Ania i Marcin z teamu Buff, no i najważniejsza osoba – Basia, która była moim supportem i dbała, żebym miał energię do ścigania. A w Les Houches... Tam było chyba więcej Polaków niż Francuzów!

K: Wczoraj na dekoracji również był wielki hałas, kiedy wchodziłeś na podium...

M: To było piękne, dla takich chwil warto trenować.

K: Porozmawiajmy chwilę o przebiegu rywalizacji. Czy miałeś ustaloną taktykę na bieg?

M: Postanowiłem, że pierwsze 30km będę się rozgrzewał i dbał o jedzenie i picie, bo w euforii mógłbym o tym zapomnieć. Przyjmowałem kalorie z zegarkiem w ręku, na punktach dbałem o zapasy wody... Wiedziałem, że stawka jest ogromnie mocna, byli między innymi moi rywale z ubiegłego roku, Hayden [Hawks] i Ludovic Pommeret, więc postanowiłem na początku dać chłopakom poszaleć. Wiedziałem, że to będzie ciężki bieg, że czeka nas 14 godzin wysiłku. Po setnym kilometrze dotarło do mnie, że kurczę, „ja tu jeszcze nie byłem” i to również było bardzo motywujące, że taktyka się sprawdziła, że miałem energię na cały bieg i zachowałem siły na koniec.


Marcin przed startem, foto: Jan Nyka fotografia

K: Czy w ogóle korzystałeś z punktów żywieniowych przygotowanych przez organizatorów, czy odżywiałeś się we własnym zakresie?

M: Jadłem owoce i uzupełniałem wodę. Miałem ze sobą elektrolity – Zero od High 5  - w tabletkach i wrzucałem je sobie do flasków. Na punktach, gdzie dozwolony był support Basia miała dla mnie przygotowane jedzenie – kaszę i zmiksowane owoce.

K: A na trasie między punktami? Żele?

M: Tak, żele.

K: W miarę upływu czasu z ok. 20-30 miejsca zacząłeś się przesuwać do przodu?

M: Tak, na przełęczy Św. Bernarda byłem już szósty, na płaskim odcinku wyprzedziłem Haydena i do Bourg St Maurice [ok. 50km] wbiegałem piąty. Czołówka była jednak bardzo blisko siebie, trzeba było napierać i robić swoje. Wreszcie zostało nas kilku, przed Les Contamines Pablo Vila i Dylan Bowman pogubili trasę, ale szybko się odnaleźli. W ferworze walki można wiele błędów narobić...

K: Tak, u nas też zdarza się zgubić zawodnikom z czołówki... A to chyba jest jednak obowiązkiem zawodnika, żeby mieć kontrolę nad tym, co się dzieje.

M: Tak, potrzeba trochę skupienia. Były takie momenty, że trzeba było poczekać moment na taśmę, ale ogólnie rzecz biorąc trasa była fajnie oznaczona.

K: W międzyczasach sytuacja wyglądała stabilnie, to znaczy uformowała się kilkuosobowa  czołówka, która przez kilkadziesiąt kilometrów się tasowała, ale pewnie i tak sporo się działo. Jak się czułeś? Miałeś kryzysy?

M: Po setnym kilometrze tuż za punktem doszedłem Bowmana i go wyprzedziłem – szurał nosem po ziemi...

K: Na filmiku z tego punktu widać, że rusza na trasę bardzo wolno, bez siły.

M: No tak, ale przed podejściem na Col de Tricot [ostatnie wzniesienie] wyprzedził mnie. Ja przeżywałem gorszy moment, ale znałem trasę z rekonesansu, wmusiłem w siebie żel i czekałem, aż przyjdzie energia. W połowie podejścia odrodziłem się, popracowałem mocno z kijami i na przełęcz weszliśmy razem. Przybiliśmy sobie piątkę i pogratulowaliśmy, że jesteśmy na ostatniej górze!


Start TDS 2018, foto: Jan Nyka fotografia

K: Przed wami był tylko Dmitri?

M: Tak, on szybko ruszył na zbieg. Zostawiłem z tyłu Dylana, któremu chyba buty się ślizgały...

K: A Ty w czym biegłeś?

M: W Columbia Montrail Caldorado. Na afalcie Bowman się do mnie zbliżył, ja z kolei widziałem Mitjajewa, jak znika za zakrętem.

K: I dobiegamy do Les Houches, czyli ostatniego punktu przed metą. Osiem kilometrów, lekko pofałdowany teren, ale dla czołówki zdecydowanie biegowy. Masz ponad 110 kilometrów w nogach.

M: Wbiegłem na punkt, zmieniłem czołówkę, bo mi szwankowała. Zdjąłem plecak na chwilę, wolontariusz pomógł mi nalać coli... I w tym momencie wpadł Bowman i bez zatrzymywania się przebiegł przez punkt!

K: I z jakimi myślami ruszyłeś na tę „ostatnią prostą”?

M: Pomyślałem sobie, że to będzie najlepsze osiem kilometrów w moim życiu. Teraz albo nigdy.

K: To w ogóle jest niesamowite, że trwa wyścig na 120 kilometrów, zmagania zabierają kilkanaście godzin, a wszystko decyduje się przez ostatnie pół godziny!

M: Tak... Chyba miałem dużo szczęścia tego dnia, ale z drugiej strony szczęście podobno sprzyja lepszym. Powoli dogoniłem Bowmana, i wtedy „zrobiłem rytma”. Żeby nie przetrzymał [śmiech]. No i później stwierdziłem, że „no to teraz dzida!” Pojawili się pierwsi kibice i mówią, że tracę tylko 20 sekund do Dmitri. Byłem w szoku, mówię: „niemożliwe”, ale jednak! Minąłem go, biegł z muzyką na uszach. Jak go mijałem, miał błędny wzrok...

K: Czyli nie miał szans, żeby odeprzeć atak?

M: Myślę, że nie. Leciałem jak TGV. Na ostatnim odcinku każdy kilometr biegłem o pół minuty szybciej niż on. Byłem teraz pierwszy, więc końcówkę pobiegłem „na Kamila Leśniaka”, czyli dając z siebie wszystko. Zaczęło się miasto, wiedziałem, że Dylan się odrodził, musiałem to dociągnąć. Ostatni fragment to już wielka radość.

K: Wszyscy są pod wrażeniem tej końcówki i eksplozji radości na mecie. W komentarzach słychać wielki podziw, ale kto miałby znaleźć ten „dodatkowy bieg”, jak nie – nomen omen – zwycięzca, najlepszy zawodnik na trasie?

M: Mówię Ci, to wszystko ci kibice. Byli niesamowici.


Za metą, foto: Jan Nyka fotografia

K: Pamiętam twoją radość sprzed roku i naszą rozmowę po sukcesie na CCC. Przez ten rok wiele się zmieniło w twoim życiu. Jak teraz widzisz siebie?

M: Na pewno teraz jestem spokojniejszy, może staram się mniej przejmować? Mam wokół siebie wspaniałych ludzi. Wspaniałą robotę wykonał Radek Kasprzak z Buff, którzy zmontował świetną ekipę, mogę współpracować z Columbią, dzięki której mam wielki komfort, jeżeli chodzi o sprzęt. Lepiej się śpi chyba...

K: Nie chcę Tobie zadawać pytań o przyszłość, wolę żebyśmy skupili się na tej radości i ją dobrze przeżyli.

M: Dzięki, a potem przyjdzie „Czas na ultra”, bo i taki jest tytuł mojej książki, która ukaże się jesienią. Zebrałem w niej doświadczenie 16 lat biegania, które doprowadziło mnie do tego miejsca, w którym teraz jestem. Mam nadzieję, że książka zainteresuje i zainspiruje czytelników, da im wiele frajdy z biegania.

K: Bardzo dziękuję za rozmowę i czekamy na książkę.

M: Ja również dziękuję, przede wszystkim kibicom za wspaniałe wsparcie.