Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
Od operacji kręgosłupa do Biegu Ultra Granią Tatr! Poznajcie niezłomną Agatę Wieruszewską
Często podziwiamy mistrzów podnoszących się po porażkach, patrzymy jak znów wspinają się na szczyt. Poznajcie historię osoby, która na tatrzańskie szczyty wdrapywała się startując ze szpitalnego łóżka z plecakiem fatalnych diagnoz lekarskich na plecach. Poznajcie historię osoby, która wstała po potężnym upadku, otrzepała się i… POBIEGŁA DALEJ!

Jak się zaczęło Twoje bieganie i Twoje chodzenie po górach? Czy jesteś bardziej góralką, czy bardziej biegaczką? Dlaczego góry są dla Ciebie tak ważne?

Tatrami zafascynowałam się 8 lat temu, kiedy to wybrałam się w nie z ojcem na kilkudniową wycieczkę z jego zakładu pracy. Robiliśmy wtedy typowo wycieczkowe, bardzo łatwe trasy - Morskie Oko, Dolina Chochołowska, Kalatówki, Jaszczurówka. Ale w pewnym momencie wiedziałam, że jak tylko wycieczka się skończy, to ja tu wrócę. I wróciłam. Za tydzień, za dwa, za trzy… W tym roku, w kolejnym i w kolejnych latach… Przeszłam wszystkie znakowane trasy dostępne dla turystów - raz, drugi, trzeci… Któregoś dnia podczas wędrówki Orlą Percią dostrzegłam wspinających się na Zamarłej Turni taterników. Serce zabiło mi wtedy mocniej i poczułam, że to jest ten kierunek, by być jeszcze bliżej ukochanych Tatr i jeszcze lepiej je poznać. Dalej wszystko potoczyło się zgodnie z nim - ścianka wspinaczkowa, kurs skałkowy, kurs taternicki letni, samodzielne wspinaczki latem, po jakimś czasie zimą.

Tatry, Tatry i Tatry – nic innego mnie nie interesowało. Wszelkie wyjazdy gdzie indziej traktowałam, jako stratę cennego czasu, który przecież mogłam spędzić w Tatrach.

Zanim zaczęłam chodzić i wspinać się w Tatrach zimą, najtrudniejszym dla mnie czasem był okres pomiędzy październikiem i kwietniem. Nie miałam świadomości, że zimą może być, co najmniej równie ciekawie, że wtedy również można w Tatrach chodzić i się wspinać. Wpadałam, więc wtedy w swego rodzaju apatię, żeby nie powiedzieć depresję. Na listopadowej imprezie urodzinowej koleżanki poznałam Anetę. Ja jej opowiadałam o górach, a ona mi o… bieganiu. Opowiadała, że biega – ostatnio przebiegła Maraton Warszawski, wybiera się w Beskidy na bieg ponad 40 km. Złapałam się wtedy za głowę – jak można tyle przebiec i przeżyć? I to w górach? Z gór istniały dla mnie tylko Tatry, reszta to tzw. inne góry. Ale wyobraziłam sobie, że to bieganie w Beskidach musi być pod górę i w dół. Wydawało mi się to niewykonalne. Ponad 40 km. To Aneta jakieś 3 miesiące później, w odpowiedzi na moje marudzenie nt. braku Tatr w organizmie, zaproponowała wspólne bieganie. Z nią zrobiłam swoje pierwsze 10 km biegu. To był jakiś luty 2012 r. W ogóle się nie zmęczyłam. Umówiłyśmy się jeszcze parę razy. W marcu tego samego roku wystartowałam w Półmaratonie Warszawskim (z czasem 1:47), po dwóch tygodniach w maratonie w Dębnie (z czasem 3:47) i zaraz po nim w Krakowie (3:45). I tak zleciało do lata w ukochanych Tatrach. Bieganie stało się dla mnie bardzo ważne, ale nigdy ważniejsze od Tatr. Na dzień przed byłam w stanie zrezygnować z udziału w zawodach biegowych ze względu na dobre prognozy w Tatrach.



Od biegu do biegu i wylądowałaś na Rzeźniku a potem na Biegu Ultra Granią Tatr. Skąd taki pomysł?

Rok później Aneta zaproponowała wspólny udział w Rzeźniku. Mój pierwszy ultra. Biegło nam się razem tak dobrze, że postanowiłyśmy Rzeźnika zawsze robić razem. W 2014 pobiegłyśmy razem po raz drugi i poprawiłyśmy czas o ponad godzinę. Ta druga wspólna edycja była dla nas kwintesencją wszystkiego, co najlepsze w bieganiu w górach - warunki były świetne, pogoda dopisywała, humory i forma też, żadnych kryzysów, żadnego stresu, że nie zdążymy na czas.

Gdy w 2013 roku usłyszałam o koncepcji Biegu Ultra Granią Tatr wiedziałam, że to jest impreza dla mnie. Połączenie miłości mojego życia, czyli Tatr z tym, co lubię robić, czyli bieganiem. Największym stresem były zapisy – wówczas według zasady kto pierwszy ten lepszy. Już w pierwszej minucie padł serwer.  Ale udało się.  Niestety wskutek typowej dla mnie przesady w obciążeniach (tydzień po Rzeźniku wystartowałam w półmaratonie i to nie „na lenia” – walczyłam o podium w klasyfikacji open kobiet) padło mi pasmo biodrowo-piszczelowe. Trzy miesiące do BUGT, zamiast na bieganiu, spędziłam w gabinecie fizjoterapeuty. Ale nadal niemal, co weekend jeździłam w Tatry – tym razem na spacery z kijkami lub wspinanie. Startowałam z myślą, że to niemożliwe, żebym to ukończyła. Tym bardziej, że biegacze – autorytety, po rozeznaniu na trasie tego biegu zapowiadali, że przy takich limitach czasowych ten bieg ukończą tylko najlepiej wytrenowani zawodnicy. Szacowali, że będzie to 10% zapisanych. Od początku biegłam oszczędnie w obawie przez odezwaniem się pasma. Mimo tego na pierwszym punkcie na Ornaku, którego bałam się najbardziej, miałam aż 1,5 godziny zapasu czasu w stosunku do limitu, dalej szło równie dobrze. Ostatni odcinek od Wodogrzmotów Mickiewicza do Kuźnic zrobiłam na totalnego lenia – piknikowanie, fotografowanie, rozmowy telefoniczne, a mimo tego bieg ukończyłam z czasem 15 godz. 50 min. przy 17 godzinnym limicie. Od Ornaku do końca miałam poczucie dużego zapasu sił i czasu, dobry humor, podziwiałam ukochane Tatry, rozmawiałam z turystami i wolontariuszami – tak było w I edycji… 

I nagle niezwykle aktywna dziewczyna trafia na stół operacyjny. Jak to się stało, że musiałaś przejść tak poważną operację kręgosłupa? Lekarska diagnoza brzmiała chyba jak wyrok? Co wtedy czułaś…

Już podczas pierwszych zawodów zauważyłam, że bieganie idzie mi jakoś dobrze. Mimo braku treningów podczas zawodów mam czasy, o które ludzie walczą miesiącami lub latami. Myślę, że to dzięki tym kilometrom z ciężkim plecakiem na wysokościach. Rozwija to wydolność i siłę potrzebną w bieganiu, zwłaszcza długodystansowym i w górach. Taternictwo wymaga szybkich i sprawnych podejść pod drogi i zejść z plecakiem pełnym sprzętu. Przemieszczanie się od schroniska do schroniska wymaga przenoszenia  na plecach dodatkowo wszystkich ubrań, butów, puszek z jedzeniem. Taki mój plecak potrafił ważyć i 40 kg. I taki plecak właśnie „załatwił” mi kręgosłup.

Nie od razu była to operacyjna przepuklina. Na początku dolegliwości pojawiały się raz w roku, raz na pół roku. Ale szybko zorientowałam się, że ustępują samoistnie po kilku dniach. Zaczęłam je bagatelizować. Dalej dźwigałam ten swój plecak w góry i dalej biegałam, nie robiąc jednocześnie niczego na rzecz kręgosłupa. W czasie jednego z „ataków” biegłam w trzydniowym biegu Beskidy Run Adventure. Tak mi się udawało… aż do grudnia 2014 r., kiedy to z wynikiem rezonansu stawiłam się u neurochirurga. Ogromna przepuklina w odcinku L5-S1, dodatkowo dwie niewiele mniejsze na wyższych poziomach. „Gdzie pani tak sobie załatwiła kręgosłup, taka młoda dziewczyna” – powiedział. „Operacja jest konieczna, a do czasu jej przeprowadzenia trzeba uważać na każdy krok. Każdy niewłaściwy krok może spowodować, że skończy pani z bezwładną stopą i w pieluszce…”. Było oczywiste, że do czasu operacji nie pobiegam ani nie będę się wspinać. Zapytałam, zatem o aktywność sportową po operacji. „Teraz to już tylko szachy” – odpowiedział. „Wspinanie w Tatrach? Bieganie? Wykluczone. Musi sobie pani znaleźć inne zajęcia”. Opinię tę, może w łagodniejszych słowach, ale potwierdziło dwóch innych neurochirurgów.

Nie muszę chyba dodawać, że po wyjściu z gabinetu czułam się, jakby zawalił mi się świat. Na drugi dzień rano stawiłam się w gabinecie mojej fizjoterapeutki – Beaty Pecarz z rykiem, że ja nie chcę takiego życia. Opowiedziałam jej wtedy słowo w słowo, co powiedział doktor. Pamiętam, że odpowiedziała: „No, zobaczymy”.


Miałaś jednak przy tym nieszczęściu sporo szczęścia. Operacja niczym w prywatnej klinice w Nowym Jorku, czyż nie?

Priorytetem dla mnie stało się jak najszybsze dostanie się na operację. Chciałam, chociaż nie musieć uważać na każdy krok pod groźbą bezwładnej stopy i pieluszki. Niestety, czas oczekiwania na operację w warszawskich szpitalach wynosi od paru miesięcy do dwóch lat. Traf chciał, że w tym samym czasie na neurochirurgii leżał mój tata – też miał operowany kręgosłup. Uważając oczywiście na każdy krok poszłam go odwiedzić. Podczas obchodu zapytałam młodego lekarza, czy nie chciałby zerknąć na mój rezonans i jak to jest u nich z terminami operacji. Potwierdził, że się kwalifikuję, że trzeba czekać kilka miesięcy, ale sprawdzi jeszcze grafik i zaraz przyjdzie do sali i mi odpowie dokładnie. Po kilku minutach wszedł i pyta: - chce pani być operowana jutro? – Chcę – odpowiedziałam. A mój ojciec prawie zemdlał.

Co było dalej? Kręgosłup nie był końcem problemów. Leżałaś w szpitalu i pomyślałaś, nie poddam się? Nie będę grać resztę życia w szachy? 

Na drugi dzień rano stawiłam się w szpitalu na operację. Wczesnym popołudniem już byłam po. To był 4 grudnia 2014 r. Cieszyłam się, że tak szybko poszło i mam to już za sobą. Nie wiedziałam, że to dopiero początek długiej drogi przez liczne komplikacje. Ból nogi po operacji nie ustępował, więc w szpitalu zrobiono mi drugi rezonans. Nie wiem, co tam wyszło, ale postanowili o reoperacji, która odbyła się 9 grudnia. Po trzech dniach wyszłam do domu, ale pojawił się dziwny skurcz w łydce. Nie mogłam obciążyć nogi. Gdy zjawiłam się ponownie w tym szpitalu, lekarz operujący zasugerował USG Doppler. Mimo, że wykonałam je tego samego dnia, to jednak za późno. Badanie potwierdziło dużą zakrzepicę żył głębokich, ale pojawiły się już u mnie problemy z oddychaniem. Karetka pogotowia zabrała mnie do szpitala na kardiologię, gdzie zdiagnozowano u mnie zator płucny i gdzie z uwagi na kolejne komplikacje spędziłam prawie miesiąc… Kardiologię opuściłam w drugiej połowie stycznia, chudsza o 11 kg, bez żadnych marzeń, planów, ani nawet myśli o Tatrach i bieganiu. Wystarczająco dużo razy usłyszałam, że pomijając nawet kręgosłup, to moje płuca po zatorze długo będą dochodzić do siebie. Wystarczająco dużo kosztowało mnie wejście po schodach na drugie piętro w szpitalu. Ale na tej kardiologii dowiedziałam się też, jak wspaniałych mam przyjaciół i znajomych.

Jak przebiegał proces rehabilitacji i skąd decyzja, żeby znów pobiec granią naszych polskich Tatr?

Kolejne tygodnie spędziłam głównie na leżeniu w domu i bardzo powolnych spacerach na rehabilitację. Bardzo mi wtedy pomagała Aneta, od której zaczęło się moje bieganie. Byłam sztywna – moje fizjoterapeutki Beata i Magda Zakrzewska długo nie mogły wyzbyć się u mnie tej sztywności. Ale taka sztywna pokonywałam spacerem po 11 km z domu na rehabilitację i z powrotem. Początkowo zajmowało mi to 2,5 godz. w jedną stronę, nic nie mogłam przyspieszyć, bo płuca odmawiały współpracy i noga bolała cały czas. Potem 2 godziny. Potem niecałe 2. Ćwiczyłam trzy razy w tygodniu z Magdą i drugie tyle sama. Potem basen. Dodatkowo rehabilitacja z NFZ w szpitalu u koleżanki Kasi, też z basenem. Potem kolejna z NFZ na dokładkę, podczas której młody masażysta poinformował mnie, że  bieganie i wspinanie to w moim przypadku pieśń przeszłości. Odpowiedziałam mu wtedy, że jest za gruby, by mi coś wyrokować w tej sprawie. Więcej tam nie poszłam. Mój dzień był wypełniony ćwiczeniami kręgosłupa, najpierw najprostszymi, potem coraz bardziej wymagającymi. W międzyczasie dostałam maila od organizatorów BUGT, że oto zapraszają 15 sierpnia na start. – Co za abstrakcja – pomyślałam, ale wszystkich formalności związanych z udziałem dopełniłam.

W którym momencie wiedziałaś, że niemożliwe stanie się możliwe?

Długo nie pytałam o bieganie. Zbyt dosadną dostałam w tej sprawie kiedyś odpowiedź. Ale któregoś dnia powiedziałam Beacie o mailu nt. BUGT. Uśmiechnęła się tylko, a podczas drugiego spotkania zaproponowała wprowadzenie u mnie treningu sportowego, z uwzględnieniem oczywiście rehabilitacji. Najpierw proste treningi, by sprawdzić, co powie kręgosłup. Potem wprowadzanie dodatkowych elementów, np. skipów. Kręgosłup na wszystko odpowiadał – ok.  Pod koniec marca wróciłam do pracy, gdzie miałam bardzo uważać na przerwy w siedzeniu. Wtedy też pojawił się pomysł, żebym spróbowała pobiegać. Wystartowałam na 10 km w biegu towarzyszącym Orlen Warsaw Maraton. Czułam ograniczenia płucne, ale dystans ukończyłam w 49 min. Parę dni oczekiwania na reakcję kręgosłupa – znowu powiedział ok. Cały czas bolała mnie „pozakrzepowa” noga, ale ból ten nie zależał od mojej aktywności czy jej braku. Wtedy też zaczęliśmy rozmawiać o Biegu Marduły. Zaczęłam jeździć w Tatry na weekendy, na wędrówki, tyle, że z lekkim plecakiem. Potem na łatwe wspinanie. Moje bagaże z dużej części brała na siebie Aneta lub inni towarzysze wspinania.  Tylko z bieganiem było mi jakoś nie po drodze. Nie dlatego, że nie mogłam – chyba przez te miesiące wypadłam z biegowej dyscypliny. Po powrocie do pracy nie zmniejszyłam ilości rehabilitacji, do tego trening sportowy – trochę, więc też nie miałam już na to czasu i sił. Mimo tego ukończyłam Bieg Marduły z czasem niewiele ponad 5 godz. Bardzo dobrze to poszło. Tylko na początku przy podbiegu na Nosal na chwilę zaniemogły płuca. Za szybko ruszyłam, bo ustawiłam się z przodu i próbowałam nadążyć za czołówką. Gdy uspokoiłam tempo, uspokoiły się też płuca. Po ukończeniu Marduły (i dwóch biegów towarzyszących – Bieg Sokoła na 15 km i Bieg Zamojskiego na 10 km) wszyscy wiedzieliśmy, że jak nic nowego się nie wydarzy, to wystartuję w BUGT.


Jak przygotowywałaś się do Biegu Ultra Granią Tatr w końcowej fazie?

Moje przygotowania do BUGT były podobne, jak do Marduły. Nadal priorytetem była rehabilitacja, ale w ramach treningu sportowego wprowadziliśmy bieganie po schodach. Nadal prawie, co tydzień jeździłam w Tatry na spacery lub łatwe wspinanie. Nadal biegałam tylko trochę... Gdy oglądałam na FB zapisy z treningów kolegów przygotowujących się do BUGT, walczących z trasą BUGT tydzień w tydzień, a do tego w podwarszawskiej Falenicy, ich interwały, przebieżki, zakresy, progresy… To nie wiedziałam, co myśleć o sobie. Ale pamiętałam, że I edycję BUGT ukończyłam na luzie, a też 3 miesiące przed nie biegałam przez kontuzję pasma biodrowo-piszczelowego. No, ale biegałam wcześniej, nie miałam dwóch operacji kręgosłupa i zatoru płucnego… 15 sierpnia nadszedł szybciej, niż się spodziewałam. Na dwa tygodnie przed, byłam w Tatrach z tatą i kumpelą Anią – wspinaliśmy się na Zamarłej Turni, potem dołączyła Aneta i byliśmy na Zadnim Mnichu. Na tydzień przed zaprzestałam treningów sportowych i rehabilitacji, ale byłam jeszcze w Tatrach i wspinałam się na Żabiej Lalce i Mnichu. 

Co czułaś na starcie i jak przebiegała Twoja walka z dystansem?

Na starcie BUGT byłam raczej dobrej myśli. Udział w Mardule dał mi obraz moich obecnych możliwości. Na pierwszym punkcie kontrolnym na Ornaku miałam identyczny czas, jak przed dwoma laty. Tyle, że jego osiągnięcie jakby więcej mnie kosztowało. Czułam ograniczenia płuc na podejściach. Później z każdym kolejnym kilometrem było coraz trudniej. Na Ciemniaku pojawił się ból kolana, który towarzyszył mi już do końca biegu. Pojawił się pomysł zrezygnowania z dalszego biegu ze względu na to kolano, ale szybko został zastąpiony myślą, że spróbuję dalej – jeśli przez to kolano nie zmieszczę się w limicie, to dopiero wtedy będę wiedziała na pewno, że nie dałam rady. Nie ma wyrokowania na zapas. Murowaniec osiągnęłam w czasie niewiele dłuższym, niż przed dwoma laty, ale później kolano nie pozwoliło mi już na szybkie zbiegi. Na podejściach ograniczały płuca, podczas zbiegania kolano.  Mimo tego i tak na zejściu z Krzyżnego wyprzedziłam wielu zawodników – to bardzo trudny do biegania teren, cały w osuwających się piargach, ludzie zwyczajnie się bali tam rozpędzać, a ja dzięki wędrówkom górskim również poza szlakami i wspinaniu mam, jako takie obycie z piargami. W Dolinie Pięciu Stawów Polskich czekała na mnie Aneta, która towarzyszyła mi do końca biegu. Ostatni odcinek to taka trochę droga przez mękę. Jakże inaczej tam się czułam, niż podczas I edycji. Wtedy spokojna i zadowolona, rzec można zrelaksowana, tu kanapeczka, tam zdjęcia i pogawędka, teraz zestresowana, że nie zdążę, umęczona, licząca każdy kilometr. Rozmowy z Anetą trochę odciągały uwagę od bolącego kolana. Dystans w drugiej edycji został wydłużony o ok. 2 km. Metę osiągnęłam w czasie 16:35, czyli w czasie o 45 min. dłuższym, niż przed dwoma laty. Uwzględniając to wydłużenie oraz moje przejścia zdrowotne nie jest to dużo, ale druga edycja BUGT kosztowała mnie znacznie więcej, niż pierwsza i fizycznie, i psychicznie. Ale ukończyłam w limicie, który wynosił 17 godz. i 15 min. Jestem szczęśliwa.

Nie dałaś się złamać. Możesz świadomie rzecz, że nie ma rzeczy niemożliwych, że jesteś… niezłomna. To imponujące. Coś mi mówi, że nie spoczniesz na laurach i ruszysz dalej. Gdzie?

Ten medal ma dla mnie największą wartość ze wszystkich dotychczas uzyskanych. Symbolizuje powrót do życia, w którym wcale nie będę tylko grać  w szachy. Zresztą, neurochirurg, który wydał na mnie taki wyrok chyba nie pomyślał, że gra w szachy odbywa się zwykle w pozycji siedzącej, a ta jest bardzo niezdrowa dla kręgosłupa. W marcu dostałam od przyjaciółki kartkę z takim oto napisem: „Jeżeli ktoś Ci mówi: „nie dasz rady - odwróć głowę i powiedz - no to patrz!” Dziś patrzę na nią i oczy robią się mokre i się uśmiecham. Po biegu zostałam w Tatrach, ale szybko się okazało, że kolano domaga się odpoczynku nawet od chodzenia. Więc odpoczywam z widokiem na ukochane Tatry. Od września wrócę na rehabilitację, a od października do treningów sportowych. Na pewno też włączę treningi biegowe. Bo chodzenie po górach jest wystarczające do górskiego biegania, tylko do pewnego momentu. A ja mam plan na kolejny Bieg Marduły, który wymaga wdrożenia czegoś więcej. Może, jak będę stopniowo zwiększać obciążenia biegowe w treningach, to na kolejnych zawodach kolano zachowa się już inaczej.