Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
Paweł Ochal i Grzegorz Stefanko - przed wyjazdem do Monte Gordo
A455_524_1.jpg


Adam Klein: Był Pan kiedyś zawodnikiem?


Grzegorz Stefanko: Tak, byłem zawodnikiem. Swoją karierę rozpocząłem w Zespole Szkół Zawodowych w Toruniu, wcześniej byłem kolarzem, ale to krótko. Po sprawdzianie z WF-u, gdzie pobiegłem chyba 11.05 na 100m i skoczyłem w dal przeszło 6m, zainteresował się mną trener Polakowski z klubu SKS z Torunia - to jest ten sam trener, który trenował Mariana Gęsickiego, Leszka Balcerowicza. Tak mnie namówił, że zostawiłem kolarstwo i przeszedłem do lekkiej atletyki. Zacząłem od sprintu, ale później na zawodach ligowych sprinterów było sporo, a brakowało jakiegoś biegacza na średnich dystansach. Trener zapytał, kto pobiegnie na 1500m, odpowiedziałem, że ja mogę spróbować. W Bydgoszczy wygrałem te 1500m bez żadnych specjalnych treningów pod kątem biegów średnich. Po tej wygranej trener powiedział: „nie, Ty nie będziesz sprinterem, będziesz średniodystansowcem". I tak w tych biegach średnich zostałem do wojska. W wojsku jakaś kontuzja się przypętała, głównie achillesy, później miałem niewydolność nerek i musiałem jako zawodnik zakończyć karierę.

Zaproponowano mi pracę szkoleniowca grup młodzieżowych w Zawiszy. Dosyć wcześnie, bo już w wieku 23 lat, zostałem szkoleniowcem. Pracowałem aż tam do upadku klubu. Potem zaczęły powstawać różne nowe klubiki, ale ja i moi zawodnicy nie mogliśmy się z niektórymi członkami dogadać. W 2006 r. założyłem własny klub na bazie gimnazjum, gdzie jednym z głównych celów jest wychowywanie trudnej młodzieży. To jest bardzo trudna, naprawdę trudna młodzież z rodzin patologicznych i wielodzietnych. W ubiegłym roku na obozie zimowym gospodyni pensjonatu, w którym mieszkaliśmy, myślała na początku, że nie wytrzyma do końca obozu, a później chwaliła, aż płakała jak wyjeżdżaliśmy, bo tak się chłopcy zmienili.


AK: To też są trenujący zawodnicy?


GS. Tak, tak, chociaż ciężko było ich namówić, bo prawie każdy z nich coś tam wąchał albo coś palił. Tu ważnym elementem jest to, że sport to nie tylko wyczyn, ale przede wszystkim wychowanie, jakiś reżim. Na przykład, gdy o 7 jest pobudka, to wszyscy wstają o 7, jak jest śniadanie, to wszyscy jedzą śniadanie, kultura jedzenia itd. Tego trzeba ich nauczyć. No i w tym roku już wydzwaniają, czy będzie jakieś zgrupowanie. Naprawdę dużo młodzieży zaczęło się garnąć, chcą czynnie brać udział w tych zajęciach.


AK: Gdzie Pan uczył się treningu, jest Pan głównie trenerem długodystansowców?


GS. Moja kariera trenerska w lekkiej atletyce to, powiem Panu nieskromnie, różnorodna sprawa, miałem nawet medalistkę w rzucie młotem. Taka Ania Koźlakowska na Memoriale Kusocińskiego zdobyła medal, a później przekazałem ją do trenera od rzutów, bo to nie sposób się wszystkimi zajmować. Trenowała też u mnie sprinterka, która miała medal na ME na 100m, taka Ewa Klawecka, co prawda w sztafecie, ale też taka niezła zawodniczka z niej była. Poza tym mam także medalistów na 100m i na 10000 m.

Paweł Ochal: Jeśli mogę coś dorzucić, to trener ma na swoim koncie także medalistów MP na 100m, 200m, na 400m i w sztafecie.

AK: Czy jest taka część trenerki, którą lubi pan najbardziej, w której czuje się najlepiej?


GS. Najbardziej lubi się to, jak się ma zawodnika na jakimś poziomie, z którym się czuje i stawia się cele i ten zawodnik widzi ten cel i tak się do tego razem zmierza, i to wszystko się zaczyna układać. Jak z Ewą jakiś cel sobie postawiliśmy, ona dopiero rozpoczynała karierę i trzeba się było pokazać do sztafety, to zaczęliśmy robić treningi na siłę i szybkość. Jak wygrała w hali 60 metrów w 7.60, a druga miała prawie 8sek - no to była przepaść. Serce się cieszyło. Jak z jednym zawodnikiem robi się taki monolit, gdzie się czuje tego zawodnika i to, co on robi, jak oddycha, to wtedy wszystko zaczyna wychodzić. Dobrze jest na każdym treningu być i obserwować. Bo sam trening to na karteczce możemy sobie wszystko rozpisać, gdzieś coś poczytamy, ale najważniejsze jest czucie treningu, czucie zawodnika, czego ten zawodnik potrzebuje. Bo jeden potrzebuje krótszego treningu, drugi dłuższego.


Monolit zawodniczo-trenerski: Paweł Ochal i Grzegorz Stefanko na ostatnich kilometrach Maratonu Warszawskiego 2007, foto: bieganie.pl
A455_524_2.jpg


AK: W tym momencie oprócz Pawła jakich ma Pan zawodników?

GS. Jest taki dobrze zapowiadający się Błażej Brzeziński, 87 rocznik. Uważam, że w niedalekiej przyszłości może wskoczyć do czołówki biegaczy w Polsce. Dużo się o nim nie mówi, ale jest to chłopak z dużym potencjałem. Jest jeszcze grupa młodych zawodników z naboru z gimnazjum, ale na razie to trudno coś mówić.


AK: Teraz najbardziej Pan się koncentruje na Pawle i na Błażeju?


GS: Tak, zdecydowanie tak.


AK. Rozumiem, że Błażej jeszcze długich dystansów nie biega?


GS. Biega trójkę, ma pierwszą klasę, biega 5km, dychę, pobiegł już półmaraton. Generalnie w niedalekiej przyszłości będzie biegał półmaraton na MP. I tak jak z Pawłem, nie będziemy się zastanawiali i czekali z maratonem do tego optymalnego wieku. Niektórzy mówią, że w Polsce najlepiej jak zawodnik przejdzie wszystkie szczeble, niech biega 3km, 5km, 10km, a dopiero później maraton gdzieś w wieku 26, 27 lat. A ja uważam, że przy naszych warunkach i naszej niemocy na bieżni, to maraton trzeba biegać jak najszybciej, bo w maratonie można naprawdę dużo zwojować. A każda trasa jest inna, klimat też inny, stąd ja osobiście uważam, że dużo niespodzianek może być na igrzyskach w Pekinie, bo tam trzeba się przygotować naprawdę super i tam wcale nie muszą brylować zawodnicy z Etiopii czy z Kenii. W Chinach jest zupełnie inny klimat, jest duża wilgotność. Azjaci mogą nieźle pobiegać. Uważam również, że jak tutaj Europejczycy podejdą do tego bardziej naukowo i przygotują się do tych warunków klimatycznych, to też mogą zawalczyć.


AK: Cały czas chciałbym się dowiedzieć, gdzie się Pan uczył treningów, jak wyglądała Pana droga edukacyjna?


GS: Przede wszystkim własne doświadczenie. Człowiek sam biegał i w Zawiszy, i na obozach. Miało się do czynienia z różnymi kolegami, różnymi zawodnikami, a to się szło na trening z maratończykami np. z Wiesiem Perszke i z Górnym, Misiewiczem i Marczakiem. Generalnie własne doświadczenie. Skończyłem AWF we Wrocławiu, to też coś daje. Uważam, że zrobiłem dobrą drogę, bo skończyłem studia zaocznie, a więc miałem jakieś doświadczenie praktyczne, a później teoretyczne i to naprawdę dużo daje.

AK: Czy wie Pan, co spowodowało że Paweł przesunął się z poziomu biegacza biegającego maraton w 2:15 na 2:12? Czy jest jakiś sekret? Czy trenował jakoś inaczej?


GS: Przygotowania do Osaki były dosyć intensywne, no ale rzeczywiście robiliśmy pewne treningi, które były inne niż przedtem.


AK: To znaczy jakie?


Paweł: No nie wiem trenerze czy powinniśmy mówić jakie, bo jeszcze wszyscy zaczną tego masowo próbować, stosować i będą do nas pretensje (śmiech)?


GS: Nie, dlaczego? Możemy powiedzieć. Organizm trzeba bodźcować różnymi środkami. I szukałem czegoś takiego, co miało by sens, czego Paweł nie robił. Spróbowaliśmy takiej kombinacji 10km ciągłego w II zakresie, 10 razy po 1 km po 3min/km i potem znowu 10km ciągłego. Chciałem, żeby Paweł był gotów na rwanie tempa a potem kontynuowanie wyścigu.


Paweł: To ja się teraz dowiaduję, że trener to wymyślił ? (śmiech) To wtedy się pytałem - trenerze, ale skąd trener wie, że tak trzeba a trener - czytałem.


GS: (śmiech)


AK: Uważacie, że to był taki najmocniejszy element tych przygotowań?


GS: Cały trening był mocny, ale to według mnie miało kluczowe znaczenie. Potem Paweł był gotowy do tego, żeby nie odpuszczać. Przecież w Warszawie, na 28 km kiedy ten Hombo chciał się zerwać i przyspieszył, Paweł miał chwilę zawahania, co robić. Ale ja wiedziałem, że jest na to gotowy i krzyknąłem: "Idź!". No i poszedł i wygrał.


AK: Jak teraz wygląda wasz trening do Tokio?


GS: Nic nie zmieniamy. Teraz w Portugalii będzie najważniejszy okres, czasem po trzy treningi dziennie, do 250 km tygodniowo. Pierwszy trening, lekkie rozbieganie, będziemy biegali jeszcze przed śniadaniem, do 10-12 km, drugi główny - około 10:00, i trzeci pod wieczór - 16 - 17. Siłowy, siła biegowa, przebieżki.


AK: Będziemy biegali? Pan też biega z Pawłem? Jakie jest to tempo tych lekkich rozbiegań?


GS: Tak gdzieś po 4:40.


AK: No to całkiem żwawo, Pan oprócz tego sam trenuje czy biega tylko z Pawłem?


GS: Tylko z Pawłem.


AK: Dlaczego jedziecie akurat do Monte Gordo w Portugalii?


Stadion w Monte Gordo
montegordo_stadium.jpgGS: Zależało nam na tym, żeby mieć gwarantowaną pogodę do treningu, poza tym słyszeliśmy wiele dobrego o tamtejszych doskonałych warunkach, jest dobry stadion, siłownia.


AK: Kto płaci za wasz wyjazd do Portugalii?

GS: PZLA.



AK: O?! Co się stało?





GS: No, Paweł jest objęty jednak szkoleniem PZLA. Kiedy byłem na spotkaniu trenerów z Zarządem, to już chciałem się kłócić o to, że przecież zrobił minimum. Jeszcze na chwilę przed Warszawą na starcie był przedstawiciel PZLA, rozmawiałem z nim i się pytam jakie jest to minimum? A on mi wyjmuje tabelę i pokazuje: "- Zobacz, 2:12:30" Więc jak pobiegł 2:12:20, byłem spokojny. Gdybym wiedział, że to ma być 2:12:00, to na tych ostatnich dziesięciu kilometrach bym go przycisnął o te 2 sekundy na kilometrze, były rezerwy, przecież jechałem obok i widziałem, ale byłem spokojny, że w tym tempie minimum jest. No i na tym spotkaniu chciałem się kłócić, ale mi kolega mówi: Grzesiek, spokojnie, zobacz - jest w regulaminie, że jeśli zawodnik pobiegł o 0,25% gorzej niż minimum, to jest objęty szkoleniem. A te 20 sekund to jest akurat 0,25%. No więc jedziemy na koszt PZLA. Dostaliśmy mnóstwo odżywek. Jedynie z przelotem były problemy. Przecież do Portugalii się leci ze 3 godziny a my z trzema przesiadkami przez Mediolan lecimy, prawie cały dzień.

Maraton Warszawski 2007, 28 kilometr, Hombo atakuje, z prawej na rowerze Grzegorz Stefanko, foto: bieganie.pl

A455_524_3.jpg



AK: A dlaczego start akurat w Tokio ?


Paweł: Już nie mogłem biegać w Dębnie, miałem dosyć, ile razy można biegać w tym samym miejscu.


GS: Chciałem żeby Paweł pobiegł gdzieś w podobnych warunkach klimatycznych i czasowych, na podobnej długości geograficznej, jak to będzie w Pekinie, zobaczymy jak się jego organizm zaadoptuje.


AK: Będą jeszcze jakieś testy, starty?


Paweł: Tak, biegnę półmaraton w Hiszpanii, w Almerii. Szukaliśmy jakiegoś półmaratonu, który byłby stosunkowo niedaleko od Monte Gordo, tak, żeby było w miarę łatwo dojechać


AK: Będziesz to biegł na maksa?


Paweł: Nie, to ma być taki bieg sprawdzający, mam pobiec tak na 1:06, zobaczymy na ile się zakwaszę.


AK: Teraz jest Japonia, potem Pekin, ale dalej w przód pan już nie wybiega myślą?


GS: Wybiegam, przecież mamy w 2009 r. Mistrzostwa Świata w Berlinie, to już bardzo blisko. To jest szansa. Byłoby grzechem, gdybyśmy nie wysłali drużyny maratońskiej, tym bardziej, że jest kilku młodych zawodników, których się wspomoże jednym starszym, czy samych młodych wyśle i drużyna jest jak znalazł. W kobietach to samo.


Paweł. A w drużynie wiadomo - dużo łatwiej. To jest tak, że biegnie nas trzech czy czterech i jednemu się nie chce, ale zobaczy, że trzem się chce, no to lecimy wszyscy i jest super, i on wtedy zapomina i nie zostaje. I wejść w szóstkę na takiej imprezie, nie jest ciężko, bo to grupa, bo to siła. No, a już jak się wejdzie w szóstkę czy weźmie się medal na takiej imprezie, to jest się już medalistą MŚ czy Europy i to jest już się inaczej na świecie traktowanym. Oni, w PZLA tego jakoś nie mogą zrozumieć, może się tego boją?


GS. W PZLA sztafetami - tymi krótkimi, to się naprawdę tak podniecają, że aż przykro patrzeć, a zapominają, że na mistrzostwach Europy czy świata też jest drużyna - drużynowy bieg maratoński.


AK: To życzę wam powodzenia w Portugalii, niskiego zakwaszenia się w czasie poniżej 1:06 na półmaratonie i do zobaczenia, mam nadzieję - jeszcze przed Tokio.


Paweł: Nie dziękujemy :)

Paweł Ochal, Grzegorz Stefanko, Warszawa, 8 stycznia 2007, foto: bieganie.pl

A455_524_4.jpg