Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
Rekordzista z nerką siostry - rocznica WR Ariesa Merritta

Znamy wszyscy historie poświęcających się dla wyniku sportowego zawodników. Drakońskie diety, wyrzeczenia, tysiące godzin na treningach, oddanie się jednemu celowi - kosztem zrujnowanego życia osobistego i zdrowia. Jednym z takich niesławnych tuzów lekkiej atletyki mógł się stać płotkarz Aries Merritt. Amerykański rekordzista świata na 110 m przez płotki (rocznica tego wyczynu wypada właśnie 7 września) jest żywym dowodem na to, że ofiarność bliskich może przedłużyć mistrzowskie aspiracje.

Urodzony w Chicago sprinter skupiał się z początku na dystansach płaskich od 100 do 400 metrów, ale zapałał miłością do wysokich płotków już w 1996 roku, gdy zobaczył w telewizji bieg po rekord świata Allena Johnsona. Merritt zaczynał od wyniku 17.5 sekundy na 110 m ppł, ale z każdym rokiem robił astronomiczne postępy. Już w 2004 roku został mistrzem świata juniorów, po przeprowadzce na Uniwersytet Tennessee zdobył też tytuł akademickiego mistrza USA. Wydawało się, że najważniejszym punktem jego kariery było olimpijskie złoto w Londynie (2012). Bieg, w którym na dodatek uzyskał fantastyczny rekord życiowy 12.92.

Jednak zarówno to, co rekordowe, jak i to, co najtrudniejsze, miało dopiero nadejść.

Merritt 7 września 2012 roku podczas mityngu Diamentowej Ligi w Brukseli zatrzymał zegar na 12.80. Wynik był 0.07 sekundy lepszy od dotychczasowego rekordu świata Kubańczyka Roblesa, co świadczy tyko o tym, jak kosmiczny był to występ. Dalsze postępy 27-letniego płotkarza wydawały się być kwestią czasu. Kolejne miesiące i sezony były jednak stopniowym osuwaniem się ze szczytu w kierunku wyczynowej przeciętności. Formę było Merrittowi zbudować ciężko, w 2013 jego Season Best wyniósł już 13.09, w 2014 „tylko” 13.27. Sprinter przyznawał, że czuł się, jakby uciekło z niego powietrze.

To, co na pierwszy rzut oka było spadkiem formy, motywacji i możliwości czołowego płotkarza świata, okazało się pod mikroskopem problemem zagrażającym zdrowiu i życiu. Lekarze zdiagnozowali u Amerykanina poważną chorobę nerek, towarzyszyła jej rzadka choroba wirusowa. Kiedy doktorzy skupiali się na leczeniu organu, pogarszało się funkcjonowanie „reszty” organizmu. Prawa nerka Merritta w najgorszych okresach pracowała na 10% mocy.

Ratunek przyszedł od rodzonej siostry. Ustalono datę transplantacji organu. Operacja miała nastąpić zaledwie cztery dni po finale mistrzostw świata w Pekinie w 2015 roku. Płotkarz zdobył w Chinach brąz, kilka dób później leżał już na stole. Na jednym zabiegu się nie skończyło, ale dzięki ofiarności LaToyi Hubbard jej młodszy o 8 lat brat mógł znowu robić to, co kochał i za co kochali go kibice. Co prawda na 110 m przez płotki ciężko mu było nawiązać do dawnych wyników, co prawda treningi rozpoczęte na 8 miesięcy przed igrzyskami nie wystarczyły, by załapać się do Rio - ale dla rekonwalescenta po takiej ingerencji chirurgicznej siódme miejsce MŚ w 2017 roku czy czwarte miejsce halowych MŚ pół roku później na 60 m ppł należy uznać za wielkie osiągnięcie.

- Nawet jeśli życie może cię ograniczać, jeśli nastawisz się na to, czego tak naprawdę chcesz, możesz tego dokonać. Mimo, że straciłem okazję, by pojechać na igrzyska (w 2016 roku – przyp. red.), jestem silniejszym sportowcem przez to, co się wydarzyło – mówił jeszcze w roku poolimpijskim reprezentant USA.

Takie gadanie brzmi w ustach wielu sportowców jak pusty frazes. W przypadku Merritta można przyjąć, że powiedział to z głębi trzewi.