Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
Rywali sprowadza do parteru - rozmowa z Piotrem Łobodzińskim

Zdominował światowe biegi po schodach, w podobnym stylu jak kilkanaście lat temu Mariusz Pudzianowski zdominował zawody serii Strongman. Piotr Łobodziński to pięciokrotny zdobywca Pucharu Świata, dwukrotny mistrz świata, wielokrotny zwycięzca prestiżowych wyścigów na Empire State Building i Wieżę Eiffla. Pochodzący z Bielska Podlaskiego wszechstronny biegacz opowiedział nam, jakie klatki schodowe lubi najbardziej, dlaczego biegi po schodach podobne są do wioślarstwa i co stało się z pewnym Chińczykiem, który chciał go wyprzedzać po wewnętrznej.


W związku z sytuacją na świecie najodpowiedniejsze pytanie na początek powinno chyba brzmieć – jak tam zdrowie?

Ze zdrowiem wszystko w porządku. Ale mam problem z motywacją do biegania, więc jestem aktualnie w fazie tycia. Mało biegam, za to więcej jem (śmiech). Czasem widzę w social mediach, że inni wrzucają filmiki z treningiem w domu, ale mi się nie chce, nie mam ochoty robić jakiś brzuszków, planków i tak dalej. Na razie trochę spocząłem na laurach. Oczywiście czasami wychodzę lekko pobiegać, około 50-60 kilometrów w tygodniu, ale nie chce mi się już robić ani tempa, ani treningów na schodach, ani jakichś ciągłych.

Niektórzy pół żartem pół serio mówią, że rok 2020 zaczął się tak beznadziejnie, że powinien zostać odwołany...

Nie wiem, czy ten kryzys, który wyniknie z walki z koronawirusem nie sprawi, że sport będzie uziemiony na parę lat. Na razie nikt o tym nie mówi, ale konsekwencje gospodarcze będą niesamowite. A jeśli chodzi o trenowanie w obecnej sytuacji, to mam takie spostrzeżenie, że amatorzy w związku z tym, że mają aktualnie więcej czasu wolnego, to będą chcieli mocniej potrenować i jakoś wykorzystać ten okres bez startów na sensowny trening. Inaczej z wyczynowcami, którzy nie mogą wiecznie dokręcać śruby i pewnie wprowadzą teraz jakiś trening na podtrzymanie, albo w ogóle zrobią roztrenowanie. Jeśli chodzi o mnie to ja straciłem zupełnie motywację.

W Twoim wypadku, już abstrahując od koronawirusa, ten rok nie zaczął się najlepiej, bo od pierwszej porażki od dawna i jednocześnie pierwszej w życiu w Dubaju. Później pojechałeś na obóz do Hiszpanii, żeby zrobić formę na Wieżę Eiffla, ale w ostatniej chwili wyścig odwołali...

Ta porażka na początku lutego w Dubaju to był mój błąd. Można powiedzieć, że wypadek przy pracy. W każdym razie przynajmniej było o czym pisać w social mediach, bo gdybym wygrał, to byłby to kolejny bieg do kolekcji, żadna sensacja (śmiech). O tym, że odwołują bieg na Wieżę Eiffla, dowiedziałem się dwa dni przed startem i tu już mi całkowicie witki opadły... Ale ciągle miałem nadzieję, że PZLA nie odwoła zawodów, że chociaż schody przepadły to wystartuję w Kwidzynie na Przełajowych Mistrzostwach Polski i że przygotuję się też na 10000 metrów w Karpaczu. No, ale niedługo potem okazało się, że to też zostało odwołane...__iancorless.com_VerticalRush2017_3847.jpg Mistrzostwa Świata w Towerruningu w Tajpej, które planowane były na 9 maja przełożono na 3-4 kwartał roku. Odbędą się w ogóle?

Nasze mistrzostwa świata były tam organizowane przy okazji biegu dla amatorów. Jeśli mimo wszystko w maju zorganizują bieg masowy to wątpię, że potem jesienią zrobią jeszcze tylko dla elity mistrzostwa świata. Ale jeśli bieg dla amatorów zostanie przełożony, to pewnie wtedy w pakiecie też mistrzostwa świata. Ogólnie wszystkie te biegi planowane na kwiecień-maj zostały poprzekładane. Widzę, że w czerwcu póki co ostało się jeszcze kilka wyścigów, ale trudno powiedzieć, czy to się nie zmieni lada dzień.

Ostatni raz trenowałeś na schodach szykując się do startu w Paryżu?

Tak, ostatni trening na schodach zrobiłem 5 dni przed Wieżą Eiffla (wyścig miał być rozegrany 11 marca - przyp. red.). Potem już nie biegałem. Raz że straciłem motywację i też ze względów bezpieczeństwa. Nie wiem czy by mi się chciało wbiegać na górę w jakimś bloku mieszkalnym, wszystko na wysokim tętnie, a potem zjeżdżać windą z jakąś babcią i albo ją zarazić, albo samemu złapać infekcję. Może bezpieczniej pod tym względem byłoby w biurowcu, ale teraz to nie wiem, czy by mnie gdziekolwiek w ogóle wpuścili na trening.

Trochę żartem można powiedzieć, że gdyby wprowadzili większe obostrzenia i zakazali wychodzenia na zewnątrz w celach sportowych, to Twój trening po schodach byłby dobrą alternatywą.

Dokładnie. Zawsze jakaś wydolność i siła jest wtedy zrobiona. Da się zmęczyć. Ja w każdym razie póki co nie mam motywacji i czuję, że bilans kaloryczny jest dodatni, biegam tylko na podtrzymanie a to za mało, żebym nie przybierał na wadze.

Skoro aktualnie Twoje bieganie jest w defensywie to porozmawiajmy o początkach. Twoja historia jest specyficzna, bo zacząłeś biegać na poważnie dopiero mając 25 lat, tak?

Zawsze byłem aktywny. Tato nas wyciągał na różne sporty – siatkówkę, piłkę nożną, jeździliśmy na rowerze, graliśmy w tenisa. Biegało się trochę w czasach szkolnych, ale bez trenowania, bardziej z łapanki. Po prostu nauczyciel wuefu brał nas na jakieś przełaje, czy to powiatowe, czy wojewódzkie. Potem na studiach przez pierwsze dwa lata grałem w siatkówkę, później przewinąłem się przez sekcję ergometru wioślarskiego, dopiero na 3 czy 4 roku studiów trafiłem do sekcji la na UW ale tam trochę się wzbraniałem przed bieganiem i zmęczeniem się... Dlatego trenowałem rzut oszczepem i trójskok. Ale z czasem zaczęto mnie brać do sztafety 4x400 czy na przełaje i jakoś te moje predyspozycje zostały zauważone. Treningi mieliśmy w ramach sekcji może 3 razy w tygodniu i bardziej miały charakter towarzyski niż wyczynowy. Taki niepoukładany trening od czapy. Dopiero jak skończyłem studia, miałem więcej czasu i zimą 2010/2011 postanowiłem codziennie biegać. Wtedy można powiedzieć, że zacząłem trenować. Sam ustalałem sobie plany. Tak się złożyło, że właśnie na początku 2011 roku zorganizowano bieg po schodach na górę biurowca Rondo 1. Kolega mnie o nim poinformował, zapisałem się i tak to się zaczęło...

Ale czekaj, przeglądałem Enduhub i tam wisi informacja, że jakiś Piotr Łobodziński w roku 2006 przebiegł maraton w Warszawie. To nie Ty?

Tak, to byłem ja. Kolega mnie namówił. Pobiegłem chyba 3:14 a rok później 2:59. Pamiętam, że jak przebiegłem ten pierwszy maraton, to przez tydzień nie mogłem chodzić. Moje przygotowania wyglądały w ten sposób, że w wakacje byłem w rodzinnym Bielsku Podlaskim, gdzie przez całe lato łupałem w tenisa i w piłkę, a potem we wrześniu pobiegłem maraton. To było takie dość spontaniczne bieganie.

Nieźle, jak na człowieka który nie trenował typowo pod tak długi wysiłek - jak maraton.

Jak człowiek jest młody, w miarę wysportowany.... To nie było tak że siedziałem sobie przez wakacje przed komputerem, ale cały czas się ruszałem. Do tego drugiego maratonu w 2:59 to już coś tam się przygotowywałem, jakieś 2-3 tygodnie.

Ciekawe, że jak już zacząłeś trenować i znacznie podciągnąłeś swój poziom, to już na takich długich dystansach, jak półmaraton czy maraton, nie startowałeś.

Bo skupiałem się przede wszystkim na schodach. A takie godzinne bieganie półmaratonu trudno byłoby mi połączyć z treningiem na schodach, gdzie wysiłek trwa od kilku do maksymalnie kilkunastu minut. Mi się fajnie przekładała wydolność zrobiona pod 5-10 kilometrów na płaskim.

A nie ciągnie Cię, żeby sprawdzić się jednak w czymś dłuższym?

Nie. Jeśli chodzi o płaskie bieganie to na pewno chciałbym złamać 30 minut na dychę, to mnie bardziej kręci niż pobiegnięcie przykładowo 2:20 w maratonie (życiówka Piotra na 10 km wynosi 30:36 - przyp.red). Mam od wielu lat takie marzenie, żeby pobiec 29:59 na dychę, ale jakoś się nie udało póki co. Miałem nadzieję, że może teraz na wiosnę... no ale...

Wracając z ulicy do klatki schodowej. Biegi na schodach można podzielić na sprinty i biegi długie? Jak to rozgraniczasz?

Sprintami nazywam biegi maksymalnie dwuminutowe. Sprint to taki bieg, że nawet jakby ktoś nigdy nie trenował biegów po schodach, to mógłby ze mną wygrać. Gdybym na 20 pięter startował z Lewandowskim albo Kszczotem, to całkiem możliwe, że by ze mną wygrali. Ale już od 3 minut w górę to jednak trzeba się do tego wysiłku przygotować. Sporo osób startowało swego czasu w Warszawie w zawodach na 38 pięter – Kamil Poczwardowski, Ola Jakubczak, Marcin Nagórek i im wyniki z ulicznej piątki już niekoniecznie się przełożyły na taki dłuższy bieg po schodach.2000px_20180505_TAIPEI101_RUN_UP_0547.jpg Ile trwał Twój najdłuższy wyścig po schodach?

Lekko poniżej 18 minut, to było na Shanghai Tower, 119 pięter, 552 metry w górę.

Można porównać wysiłek towarzyszący ściganiu się po klatce schodowej do jakichś zawodów w otwartym terenie?

Generalnie jeśli miałbym porównać bieganie po schodach z jakimś innym sportem, to nie z bieganiem, a z wioślarstwem. Trenowałem przez rok na ergometrze i odczucia mam podobne na schodach. Standardowe biegi po schodach trwają 5-6 minut, czyli tak jak na wiosłach wyścig na 2 kilometry. W obu tych konkurencjach ból pojawia się już po około 30 procentach dystansu i potem 70 procent drogi już naprawdę jedziesz na dużym zakwaszeniu i dyskomforcie. A w bieganiu na 5 czy 10 kilometrów to raczej do 60-70 procent dystansu jeszcze możesz pomachać komuś, przybić piątkę i dopiero cierpienie zaczyna się na ostatnich 30 procentach wysiłku. Ewentualnie biegi górskie mógłbym zestawić ze schodami, chodzi o to, że ból pojawia się stosunkowo wcześnie. No i zmęczenie za metą jest takie, że trudno odpoczywać na stojąco, trzeba się położyć, kręci się w głowie, jest duży wylew kwasu mlekowego do mięśni. Najbardziej bolą paradoksalnie te wyścigi 3-4 minutowe. Na 18 minutowym trzeba lepiej rozłożyć siły, początek jest wolniejszy, tętno jest z początku niskie a przy takim 3-4 minutowym biegu od początku leci się szybko i zawsze jest zgon na mecie.

Jak te minuty przekładają się na liczbę pokonanych pięter?

Mniej więcej jedna minuta to 10 pięter. Wyścig na 50 pięter średnio trwa 5 minut. Na przykład w Sky Tower we Wrocławiu tam się biega na 49 pięter i wychodzi mi coś 4:55. Im dłuższy bieg, tym tempo spada i już przy 100 piętrach wychodzi wyraźnie powyżej 10 minut.

Najwyższy wieżowiec świata to Burj Khalifa (całkowita wysokość 828 m – przyp. red.), ale tam zawodów się chyba nie rozgrywa. Byłeś tam w ogóle?

To marzenie wielu zawodników, by rywalizować w najwyższym budynku świata. No ale właśnie jeszcze nikt tam wyścigu nie zorganizował. Federacje chciały, była wola ze strony jakichś firm, ale póki co się nie udało. W samym budynku i na tarasie widokowym byłem, ale nie na klatce schodowej. Tak naprawdę ten taras widokowy, na który pewnie wbiegalibyśmy na zawodach, jest położony zaledwie kilka metrów wyżej niż taras w Shanghai Tower - na 555 metrach, a wyżej są już tylko apartamenty dla szejków, więc meta pewnie byłaby właśnie tam. W Burj Khalifa dużo metrów do ogólnej wysokości dodaje sama iglica, która ma około 200 metrów.

Masz swoje ulubione schody do wbiegania i takie, których szczególnie nie lubisz?

Po tylu latach jak wchodzę na klatkę schodową to od razu wiem, czy będzie mi się tam dobrze biegało, czy nie. Dobrze się czuję na trasach technicznych, gdzie jest stosunkowo mało miejsca, gdzie są blisko barierki, gdzie można się odepchnąć od ściany. Dlatego bardzo dobrze się czuję na Wieży Eiffla.  Tam zwłaszcza od drugiego do trzeciego tarasu, gdzie już nie jeździ winda, biega mi się bardzo dobrze. Klatka jest wąska, blisko poręcze. Inna sprawa, że Wieża Eiffla jest konstrukcją a nie budynkiem, mam dopływ świeżego powietrza, fajnie wieje i jest czym oddychać. Mimo że pręty są zimne, to po polskiej zimie jestem do tego chłodu zahartowany. Mi ta marcowa pogoda sprzyja, za zimno jest tam z kolei zawodnikom z Australii. Ale gdyby były proste schody, na przykład wzdłuż Gubałówki, prosto pod górę, to dla mnie nie byłby to już bieg po schodach, a bardziej bieg górski. Dla mnie bieganie po schodach charakteryzuje się tym że masz ściany, nawroty, barierki i wszystkie inne elementy techniczne. Pamiętam, że kiedyś startowałem we Włoszech w takim biegu po schodach na stoku, 500 metrów przewyższenia, wzdłuż rury biegnącej z wierzchołka do elektrowni wodnej na dole. Nic tam nie było, żadnych poręczy, żadnych nawrotek, same schodki. Mimo że jestem mistrzem świata w biegu po schodach to tam zająłem dopiero 5 miejsce. Opędzlowali mnie włoscy biegacze górscy, chyba nawet o pół minuty. Masz takie „zboczenie zawodowe” że jak jesteś pierwszy raz w jakimś mieście to automatycznie szukasz wzrokiem tych najwyższych budynków?

Raczej nie jestem takim świrem, że jak budują jakieś biurowce to sprawdzam, ile będą miały pięter i tak dalej. Ale jak idę do znajomych do kamienicy czy bloku to faktycznie sobie czasami pomyślę „O! Dobrze by się tu biegało po schodach. Wygodna poręcz. Dobre nawroty. Albo – marmurowa posadzka, będzie ślisko”.

Co do śliskich schodów  - to miałeś kiedyś jakiś wypadek?

Nie przypominam sobie. Nawet jak się poślizgnąłem, zawsze byłem w stanie wybronić się rękami i złapać poręczy. Wbrew pozorom my biegamy naprawdę wolno, nie skaczemy co cztery schodki, to nie jest specjalnie szybki bieg. Ślisko bywa na Wieży Eiffla, zwłaszcza, jak rok temu, kiedy padał deszcz. Po prostu trzeba uważać i trzymać się barierek.

A w biegu masowym lubicie się poprzepychać?

Czasami się zdarzy jakieś łokciowanie, tak jak na stadionie. Kiedyś w Chinach pojawił się jakiś nowy, nikomu nieznany zawodnik. Ja wystartowałem pierwszy, pierwszy wbiegłem na klatkę schodową, ale ten Chińczyk strasznie napierał, chciał mnie wyprzedzić - niekoniecznie obiegając po zewnętrznej. Wpychał mi się na zakrętach pod pachę. Trochę go przyblokowałem i chyba uderzył głową o poręcz. Ostatecznie mocno spuchł i przybiegł jakieś dwie minuty po elicie z lekko zakrwawionym czołem.

Zastanawia mnie, czy najlepszy biegacz po schodach świata wychował się w bloku, czy domku jednorodzinnym?

W czteropiętrowym bloku bez windy. U nas w Bielsku Podlaskim chyba nie było wyższych. Paradoks polega na tym, że do 18 roku życia mieszkałem na parterze. Pamiętam, że do mieszkania miałem dokładnie 8 stopni. Teraz w Warszawie też mieszkam na parterze.88941109_1290851874444293_937642105755402240_o.jpg A znajomi, rodzina, jak reagowali na to, że ścigasz się po schodach? Było zdziwienie i pytania w stylu – ale jak to biegasz po schodach?

Stopniowo się przyzwyczajali. Nie było tak że mistrzem świata zostałem z dnia na dzień. Najpierw był bieg w Warszawie, potem pojechałem do Berlina, były jakieś starty w Czechach i na Słowacji. Jeździłem Polskim Busem i pociągiem po sąsiednich krajach, dopiero z czasem pojawiły się starty w Azji czy Ameryce. Na pewno rodzice i znajomi trochę się dziwili, ciągle spotykam się z mniejszym czy większym zaskoczeniem. Choćby jak trenuję w klatce schodowej bloku mieszkalnego to zdarza się, że zagada do mnie jakaś babcia i zacznie wypytywać – co ja tu robię? Kiedy odpowiadam, że jestem mistrzem świata w biegu po schodach i robię trening, to faktycznie takie osoby są trochę zdziwione.

Z tego co wiem nie masz telewizora ale z drugiej strony sam w telewizji jesteś obecny dość często. Jest zainteresowanie Twoją osobą ze strony dużych mediów. Jak na to reagujesz?

Tak, nie mam telewizora, trochę to dla mnie pochłaniacz czasu. A co do zainteresowania mediów to tak już jest, że lubią pokazywać coś innego, dziwnego. Wolą zaprosić mnie czy Piotra Hercoga, który przebiegł maraton po Bajkale, niż przeprowadzić rozmowę z wyczynowym maratończykiem. Nie do końca się z tym zgadzam, ale media po prostu lubią takich świrów, którzy robią coś nietypowego. Inna sprawa, że dla samych kibiców większym osiągnięciem będzie ukończenie Biegu 7 Dolin, niż przebiegnięcie 800 metrów poniżej 2 minut. Ludzie nie rozumieją, co jest trudniejsze. Jak ktoś po 10 latach pracy nagle postanowi wstać zza biurka i zacznie trenować, to nigdy nie złamie dwóch minut na osiemsetkę, ale już ultra w Krynicy ukończy. Tak się jakoś przyjęło, że ludzie uciekają do tych dłuższych dystansów. Jest to zrozumiałe, bo po biegu ultra górskim każdy może powiedzieć, że jest zwycięzcą. Wyniki są tutaj niewymierne. W przypadku biegu ulicznego albo się zrobi życiówkę, albo nie. Częściej nie. Na ulicy w większości przypadków jesteś przegrany, bo trenowałeś do wyniku, którego nie osiągnąłeś.

Faktem jest, że długie biegi górskie robią ostatnio furorę, a jak to jest z biegami po schodach? Dużo się zmieniło przez ostatnie 10 lat? Jest większe zainteresowanie sponsorów, lepsza organizacja, nastąpił jakiś skok popularności tej konkurencji wśród amatorów biegania?

Na pewno bieganie po schodach stało się bardziej popularne, też swoją osobą trochę tę konkurencję wypromowałem. Ludzie wiedzą, że coś takiego istnieje. Jest odrobinę więcej zawodów, trzy główne, a łącznie pewnie z 10 wyścigów po schodach odbywa się aktualnie w Polsce. Organizacyjnie za wiele się nie zmieniło, dziesięć lat temu biegaliśmy na czipach i dalej biegamy. Jest trochę więcej zainteresowanych, ale na pewno nie jest to taki sport, jak choćby biegi z przeszkodami, które przez ostatnie 5 lat przeżyły ogromny boom. Schody nadal są niszowe, choć moim zdaniem bardzo wymierne, wygrywa ten kto jest po prostu lepszy. Wyścig można przeprowadzić w każdym większym mieście. Amatorzy nakręcają popyt, a biegi po schodach chyba nie są dostatecznie ciekawe dla większości. W biegach przeszkodowych można się wybrudzić, trochę pobawić, cały wyścig trwa zdecydowanie dłużej niż 4-5 minut na schodach. Nikt normalny nie pojedzie daleko, żeby pobiegać kilka minut po schodach. Amator jeśli ma jechać na drugi koniec świata na jakiś bieg, to woli wybrać maraton, żeby przy okazji zwiedzić okolicę. Moja sytuacja jest trochę inna, bo od jakiegoś czasu bieganie po schodach jest dla mnie źródłem zarobku.

Właśnie, co do zarabiania. Zdziwiło mnie, że wyścigi po takich prestiżowych obiektach, jak Empire State Building czy Wieża Eiffla nie są w żaden sposób nagradzane.

Na Empire State Building nie ma ani nagród, ani nawet specjalnych zaproszeń. Dlatego też przez wiele lat tam nie startowałem. Poleciałem w 2017 roku, wygrałem i miałem już tam więcej nie wracać, ale wróciłem rok temu, bo chciałem rozprawić się z granicą 10 minut. Wygrałem, ale 10 minut nie udało się rozmienić. Żadnych profitów, żadnych nagród, tylko wydatek z własnych środków. Jedyny zwrot z takiego startu to zainteresowanie mediów, a co za tym idzie można zadowolić swoich sponsorów. Podobnie to wygląda z Wieżą Eiffla.

Jak czytam listę Twoich osiągnięć - ponad 90 wygranych na 140 wyścigów, 2 tytuły mistrza świata, 5 pucharów świata, to przypomina mi się dominator Mariusz Pudzianowski z czasów Strongmana. Zdominowałeś biegi po schodach?

Trochę polega to na tym, że ciągle są te same twarze. Pytałeś wcześniej o rozwój konkurencji. Właśnie nie przybywa wielu nowych, mocnych rywali, ciągle spotykam tych samych ludzi. Ostatnio tylko ten Malezyjczyk który wygrał ze mną w Dubaju, można powiedzieć, że dobił się do czołówki. Mam też mocnego rywala Australijczyka i Niemca, który akurat ostatnio startuje dość rzadko. Ale raczej grupa jest zamknięta. To jest sport i nigdy nie mam pewności, że wygram, ale jakoś tak się zdarzało w ostatnich latach, że tych zwycięstw było sporo. Jak przegram, to przynajmniej jest o czym napisać. Ale co będzie dalej, po tym kryzysie? Nie wiem. Ja już nie jestem najmłodszy, mam 35 lat. Z drugiej strony najmocniejszą kobietą świata jest Suzy Walsham z Australii, która ma chyba 45 lat i cały czas wygrywa.

Mówiłeś, że biegać zacząłeś na studiach, a jakie dokładnie studia skończyłeś?

Finanse i bankowość na UW, ale nie pracuję w zawodzie. Moim głównym źródłem utrzymania jest bieganie i trenowanie innych.

Jesteś trenerem biegania? Chyba szczególnie nie nagłaśniasz tej działalności w swoich social mediach?

No nie, nie nagłaśniam. Pewnie powinienem.

 

fot. FB Piotra Łobodzińskiego