Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
„Widziałem zegar - ale nogi biegły swoje" - rozmowa z Yaredem Shegumo

W ostatnią niedzielę 1 grudnia na szybkiej trasie maratonu w Walencji dobrze zaprezentował się Yared Shegumo. Polski długodystansowiec był 29., ale uzyskał oficjalnie 2:11:40, co daje mu prowadzenie na krajowych listach i jest czasem niewiele wolniejszym od olimpijskiego minimum (2:11:30). W przeszłości Shegumo wiele razy reprezentował nasz kraj, zdobywając m.in. wicemistrzostwo Europy w 2014 roku. Udało nam się krótko porozmawiać z Yaredem, gdy był na lotnisku, w drodze z Hiszpanii do Polski.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: SYPNĘŁO REKORDAMI W GRUDNIU - RELACJA Z MARATONU W WALENCJI


Gadaliśmy na wiosnę, kiedy dopiero wychodziłeś na prostą z kontuzji. W zeszłym sezonie, w lecie doznałeś pęknięcia kości krzyżowej. Kiedy wróciłeś do pełni zdrowia?

Miałem jeszcze problem na początku roku, na wiosnę też biegałem ostrożnie. Dostałem pomoc z PZLA i trafiłem na dobrych lekarzy. Miałem rehabilitację w Centrum Rehabilitacji Sportowej z doktorem Tomaszem Wilińskim. Prawdziwy sprawdzian zrobiłem jednak dopiero na Biegnij Warszawo na dychę (6.10.2019 Yared zajął 2. miejsce z wynikiem 29:58 - przyp. red.) i wtedy już wiedziałem, że jest dobrze.

Ta decyzja o starcie w maratonie ogłoszona była przez Ciebie na dwa miesiące przed grudniową Walencją. Ale już wiosną wspominałeś o planowanym starcie jesienią, prawda?

Najpierw planowałem startować w Berlinie (29.09.2019 - przyp. red.), ale jeszcze w lecie czułem trochę dyskomfort i forma też była nie taka, więc zrezygnowałem. Termin Walencji mi pasował bardziej.

Na Facebooku widziałem parę zdjęć z Twojego pobytu w Etiopii. Ile tam czasu spędziłeś?

W sumie w tym roku byłem tam trzy miesiące. To były dwa wyjazdy po 6 tygodni, z przerwą właśnie na Biegnij Warszawo. W Etiopii trenuję tak mniej więcej na wysokości 2500-3200 metrów. Zawsze dobrze mi się tam biega, a jak wracam do Polski, nie czuję problemu z oddychaniem. Ciągle trenuję z Januszem Wąsowskim, kontaktujemy się na bieżąco i zmieniamy plan, gdy trzeba.
Tym razem w Etiopii wiele razy dołączałem do treningów grupy, w której był Leul Gebreselase Aleme – ten sam, co wygrał Walencję w zeszłym roku. Inni znani mi z treningów Etiopczycy biegli też ze mną na 2:11 w Walencji.

Jak wyglądał Twój niedzielny maraton? Do minimum 2:11:30 zabrakło kilku sekund.

Była właśnie grupa na 2:11, niestety zając nie prowadził tak, jak ja chciałem. Biegł za szybko - po 3:02 na kilometr. Połówkę miałem w niecałe 1:05. Już na 30 km czułem dyskomfort czworogłowych, a na 38 km czułem, jakby mięśnie mi spuchły.
Szkoda, bo ci, co biegli w mojej grupie zrobili 2:11.00-2:11.30. Na kilometr do mety siadły mi zupełnie te moje czwórki, także nie mogłem już reagować. Ostatnie 800 m był zbieg, który jeszcze bardziej mnie dobił. Może niepotrzebnie chciałem na nim przyspieszyć. Na dywanie do mety już było najgorzej, nie mogłem pracować nogami, myślałem, że się przewrócę, widziałem zegar – ale nogi biegły swoje.

Teoretycznie minimum do Tokio nie masz, ale z 2:11:40 są duże szanse, byś jednak na igrzyska pojechał (minimum to nie jedyny warunek wyjazdu na IO 2020, o starcie decyduje głównie ranking World Athletics - przyp. red.). Jakieś plany na przyszły sezon?

Na razie nie. Nie wiem jeszcze, jakie starty będę miał na wiosnę. Trzeba się regenerować i potem znowu myśleć o 2:11:30.yared.jpg

Fot. Facebook Yared Shegumo