Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
„Nie wierzę w taki postęp" - rozmowa z Karoliną Nadolską

Trenuje samotnie, wygrywa daleko. Karolina Nadolska powoli zbliża się do końca swojej kariery, którą prawdopodobnie zakończy maratonem na igrzyskach olimpijskich. Piąta maratonka w historii Polski, rekordzistka kraju na 10000 m i najszybsza na dystansie półmaratonu (rekord 1:09:54 z Poznania w 2017 roku nie został ratyfikowany ze względów proceduralnych) mówi nam o kontuzji, planach startowych, o tym, kto ją rozpoznaje nad Rusałką i o tym, że nie wierzy w czystość ostatniego rekordu świata.


Jak układał się Twój sezon 2019? W kwietniu uzyskałaś minimum olimpijskie podczas maratonu w Hanowerze z 2:27:43, był też niezły bieg Warszawie i 32:32 na 10 km. Ale potem nie startowałaś w kraju?

Wyjechałam w góry, niestety przeszłam też anginę i brałam antybiotyki. Kolejne starty w czerwcu nie były takie, jakbym chciała. Miałam 50:21 na 15 km w Walencji, potem wygrałam w upalnym biegu w Bośni z czasem ponad 33 minut.
Po czerwcu zrobiłam sobie takie zaplanowane roztrenowanie, nawet stwierdziłam, że 10 dni nic nie pobiegam. Dyspozycję miałam nadal niezłą, więc i prędkości po tej przerwie były takie jak zawsze. Zrobiłam dwa rozbiegania po 10, 12 km i… zerwałam mięsień płaszczkowaty.

Już miałaś z nim kiedyś problem, prawda?

Tak, to była lewa noga. Trochę tak jest w Polsce, że wszyscy fizjoterapeuci twierdzą, że cię wyleczą. Mówią, że jak pochodzi się do nich trzy razy w tygodniu, to „pach, pach i przejdzie”. Ale ja nie wierzyłam, by ktoś był w tym wypadku w stanie postawić mnie na nogi. Miałam zresztą jedno USG, które zostało niewłaściwie odczytane i dostałam wiadomość, że tylko coś lekko naciągnęłam.
No ale po prostu czułam, że kontuzja była poważniejsza. Zrobiłam jeszcze jedno USG. Okazało się, że mam zerwany mięsień płaszczkowaty i diagnozę 6 tygodni bez biegania.

Co robiłaś w zastępstwie?

Może to nie zabrzmi profesjonalnie, ale z doświadczenia wiem, że - czy robię trening zastępczy, czy nie – to tak samo mi trudno wrócić potem do biegania. Nie robiłem niczego podtrzymującego wydolność. Poczekałam. Niestety sprawdziło się to, co czułam. Już wiele razy w karierze mogłabym nie iść właściwie do lekarza i odczekać 6 tygodni -  i tak mnie przestawało boleć.

Magiczna liczba?

Generalnie uważam, że tkanki miękkie mają to do siebie, że się goją 6 tygodni. Oczywiście nie w stanie koniecznym do jakiegoś zoperowania. Jeśli to jest naderwanie, zerwanie lekkie mięśnia, to poza tym, że przejdzie samo – to nie musisz wydać ani centa, tylko odczekać swoje. A jak zaczniesz chodzenie do fizjoterapeuty 3 razy w tygodniu przez 6 tygodni, to naprawdę wyjdzie z tego duża suma.
W sierpniu sama wiedziałam więc już, że mogę biegać, niedługo potem się spakowałam i poleciałam do Alamosy.
karolina2.jpegCzyli do Twojego stałego miejsca treningów w Kolorado.

To był ciężki obóz, zaczynałam w końcu na zerowym poziomie, do tego dochodził bodziec gór, było nieprzyjemne. Ale potrenowałam w spokoju i owszem, nadal brakuje mi podstawy, ale jest już nieźle. Nie chcę jeszcze startować. Mimo propozycji na razie wiem, że nie jestem na 32 minuty, a startowanie po 35 minut w kraju mnie nie interesuje. To się kłóci z moimi ambicjami.

No to gdzie wystartujesz w najbliższym czasie?

Teraz za wcześnie, żeby coś większego załatwiać. Nie czuję też aż takiej presji biegnięcia maratonu. Minimum olimpijskie mam, jeden z większych celów został osiągnięty. Drugi ważny start to obowiązek wobec Polskiego Związku Lekkiej Atletyki – czyli występ na marcowych Mistrzostwach Świata w Półmaratonie w Gdyni. To zresztą nie jest obowiązek, ale zaszczyt, serio! Bardzo fajnie to się wpasuje w moje przygotowania. Na pewno po drodze w grudniu pobiegnę jakieś dwa biegi około Sylwestra w Europie.

Definitywnie maraton olimpijski w 2020 roku byłby Twoim ostatnim?

Moje wielkie bieganie… Boże, „wielkie", co ja mówię?! (śmiech)... Moją karierę zaczęłam dobrym występem w maratonie w Jokohamie. Potem przez lata utrzymywałam się na swoim poziomie. I kiedyś sobie powiedziałam, tobie też o tym mówiłam, że chciałabym skończyć bieganie nie męcząc go. Chciałabym zamknąć karierę na czymś dużym, na własnych warunkach. Fajnie byłoby skończyć właśnie tam, gdzie zaczęłam, w Japonii, maratonem olimpijskim i mieć poczucie, że zrobiłam wszystko, co mogłam. A okazało się to przecież czymś dużo większym, niż marzyłam jakieś 10 lat temu...

Teraz trenujesz w Polsce, gdzie Cię można spotkać?

Mieszkam w Poznaniu niedaleko Rusałki, więc moje treningi odbywają się na stadionie w Golęcinie, no i właśnie na Rusałce, skąd biegam na większe pętle, na przykład na Strzeszynek.

Jesteś tu w Poznaniu rozpoznawalna?

Nie, raczej nie. Biegnę kiedyś nad Rusałką... gdy już złapię dyspozycję, to potrafię biegać wybiegania żwawo dla normalnego śmiertelnika, czyli tak około 4.05-4.10/km. I kiedyś nad Rusałką, na pomierzonej trasie starych ścieżek biegowych biegnę i słyszę, że leci za mną jakiś człowiek. Dołączył się i próbuje mnie kleić. Zdyszany dogonił mnie i wysapał, „A pani coś biega?”. Ja mówię: „No tak, tak, trochę biegam”. Kawałek nie wytrzymał i dopytuje; „A co pani biega? Maraton? W ile?” No ja mówię, że w 2:26. Dopiero, jak się dopytał nazwisko, skojarzył fakty. Nazwisko kojarzył, sylwetkę i twarz już niekoniecznie.
Nie boli mnie, że nie jestem rozpoznawalna. Zawsze wolałam robić swoje - zresztą zawsze sobie też powtarzałam, że na popularność przyjdzie czas, dopiero jak coś nabiegam. No i jakoś to się nie zmieniło, może też nic dużego nie nabiegałam…
(śmiech).poznan_karolina_1fotPrzemys__awSzyszka.jpg Rozmawialiśmy o tym w kwietniu, o tej rozpoznawalności biegaczy w Polsce.

Przez większość kariery borykam się z jakimiś problemami finansowymi. Sam wiesz, jakie jest to bieganie. No nie da się ukryć, nie zarobisz na nim za wiele, jest niewdzięczne. Myślę, że my w Polsce potrzebujemy naprawdę dużego sukcesu, by się to zmieniło. Nie możemy mieć pretensji, że jakaś wielka firma nas nie chce i że nie interesują się nami ludzie.
Ja też nie będę mówić:
O, jakbym miała wielkie wsparcie, to bym nabiegała 2:22". No nie, nawet jakbym miała nie wiadomo jakiego sponsora, to bym nie dała rady.

Ale to znaczy, że to nie jest możliwe?

No w moim wypadku nie. Niestety nie będę się oszukiwać. Patrząc na przebieg mojej kariery widać, że miałam 2 czy 3 szanse, by nabiegać rekord Polski – wynik poniżej 2:26.

No to jakie wrażenie na Tobie robi rekord świata Brigid Kosgei sprzed tygodnia? 2:14.04 to jakiś kosmos…

Pewnie zostanę zlinczowana, ale ja nie wierzę w czystość tego wyniku. Jestem w sporcie naprawdę długo, wiele w swoim życiu poświęciłam, wiele w siebie zainwestowałam, mam możliwość porównania. Nikt mi nie może zarzucić, że brakuje mi motywacji.
Z Kosgei biegałam jeszcze w 2017 roku, w Madrycie na 10 km i biegłam z nią ramię w ramię do ostatniego metra. To była zawodniczka na takim poziomie.

Jej postęp jest podejrzany?

Nie wierzę w czystość takiego postępu, wyniku. Wiem, że można mieć wielkie możliwości, ale są pewne granice, to jest tylko człowiek. Wydawało mi się, że już wynik Pauli Radcliffe przekracza wszelkie granice.

Ale w tamtym przypadku nie miałaś wątpliwości, a teraz masz?

Miałam i wtedy. Wydaje mi się, że kobieta z mega wielkim talentem, urodzona w górach, która ma predyspozycje, legalne zabezpieczenie medyczne - ma możliwość pobiegnięcia 2:20-2.18. Ale nie prawie 2:13… To jest 3:10 na każdy kilometr.

No tak, ale może granice są tylko w głowie? Kiedyś nie przyszłoby nikomu na myśl, że kobieta zrobi 2:26 w maratonie.

Wiesz, to jest rzeczywiście półka nie do ogarnięcia wyobraźnią - ale fizjologiczna granica według mnie jest na poziomie 2:20-2:18. To są granice ludzkiego organizmu. Dzisiaj się je przeskakuje, ale wydaje mi się, że tylko dzięki środkom, które są po prostu nielegalne.
Sama wiem, ile czasu na zregenerowanie potrzebuję po ciężkim treningu - nawet 2-3 dni w pełnym spokoju. Nie wierzę, że można zregenerować się szybko po takim treningu, jaki wiem, że robią kenijskie zawodniczki. Jedna z nich mówiła mi, że biegała rano 40 km, a po południu 15 x 1 km. Już nieważne, w jakim tempie.
To co mówię jest pewnie kontrowersyjne, ale uważam, że fizjologicznie, bez żadnego niedozwolonego wsparcia, kobieta nie jest w stanie pobiec 2:14 w maratonie i w 1:04 na połówkę.