Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

Każdy powinien spisać testament

Każdy powinien spisać testament

Czego można dowiedzieć się o sobie samym z doświadczeń granicznych? Czy i jak bieganie może ocalić życie? Na co można się przygotować, a czego w sporcie nie można przewidzieć...? Justyna Korytkowska jest wielokrotną medalistką mistrzostw Polski, m.in. mistrzynią kraju na 5000 m z 2014 roku. W maju zdiagnozowano u niej rzadki nowotwór LAMN. W niedzielę 20 października odbędzie się biegowy festyn I Łomżyńska Mila Charytatywna", którego celem jest uzbieranie środków na dalszą rehabilitację biegaczki i pomoc w walce o jej sportowe marzenia.

Klub LŁKS Prefbet Śniadowo Łomża będzie obchodził w listopadzie 20-lecie swojej działalności. Kto był na jakiejkolwiek imprezie lekkoatletycznej w kraju, ten musiał zauważyć reprezentantów „Prefbetu", wyróżniających się w tłumie odblaskowymi koszulkami. Jak wylicza Andrzej Korytkowski, założyciel klubu i jego spiritus movens - na koncie mają już 141 medali mistrzostw Polski w różnych kategoriach wiekowych i 5 rekordów kraju. Od przenosin ze Śniadowa do Łomży klub stał się lekkoatletycznym numerem jeden w mieście i w regionie. Aktualnie liczy 150 zawodników.

Są wśród nich lekkoatleci doświadczeni, jak maratończycy Olga Ochal, Jakub Nowak i Emil Dobrowolski. Większość stanowią wychowankowie, wśród nich zdobywająca medale MP na dystansach od 3000 m z przeszkodami na bieżni po 10 km na ulicy Justyna Korytkowska. Prywatnie żona Andrzeja, mama 2-letniej Anastazji.

33-letnia biegaczka 5 miesięcy temu dowiedziała się, że ma raka.

Ból w prawym boku

Maj to idealny moment, by pojechać na decydujący obóz, tuż przed głównym sezonem na bieżni. Dobre doświadczenia z trenowaniem w górach skłaniają Andrzeja, by zapakować bus, zawodników i ruszyć po raz kolejny na obóz do szwajcarskiego Sankt Moritz.

Justyna jest w dobrej dyspozycji. Pod koniec kwietnia, mając na koncie tylko kilka tygodni treningu po kontuzji, pobiegła już nieźle na 10 km podczas mistrzostw Polski w Białogardzie (34:41.07 i 9 miejsce). Na obozie czuje się jeszcze lepiej. Trenuje nie tylko w Sankt Moritz, ale między innymi na stadionie w Chiavennie (zdjęcie poniżej). Do wyjazdu do domu zostaje tydzień.

- Wierzyłam, że przyjadę do Polski i będzie lufa! Realnie myślałam też o 15:40 na piątkę, o walce o minimum na mistrzostwa świata. Miał być w Łomży zorganizowany mityng pode mnie, z prowadzonym biegiem na 5000 m. Okazało się co prawda, że zawodów nie będzie, ale miałam perspektywę startu na zagranicznych mityngach.justyna_2.jpgPewnego dnia ból odzywa się w prawym boku. Justyna zakłada buty i robi 240 metrów, po czym wraca marszem do wynajmowanego apartamentu.

- Zastanawiałam się, co może mnie boleć, myślałam, że to kolka nerkowa albo coś mi dolega w jelitach. Martwiłam się, że muszę kolejny raz zrobić przerwę w treningu. Na początku wydawało mi się, że zrobię solankę, wezmę ketonal i do rana mi przejdzie. Na drugi dzień ból nie minął. Kolejnej nocy było jeszcze gorzej. Powiedziałam Andrzejowi, że musimy jechać do szpitala. Już samo to, że zawodnik jedzie do szpitala na obozie, powoduje złość. To była właśnie złość pomieszana z frustracją i niepokojem. Trafiłam do szpitala, ale w apartamencie została moja mała córeczka. To była też niewiedza, co mi dolega. Byłam wkur… i przerażona jednocześnie. Ale w momencie, jak trafiłam do Samedan, wszystko potoczyło się błyskawicznie. Tak naprawdę nie pamiętam wszystkiego, tak szybko się to wszystko działo. Zarejestrowałam się w szpitalu, nie zdążyłam w poczekalni sięgnąć po postawioną wodę, a już pielęgniarka wołała mnie na badania.

Szpital, do którego trafiła Justyna, znajduje się w Samedan, kilka kilometrów od Sankt Moritz. W ogóle to, że tam się znalazła, jest zbiegiem okoliczności. W Szwajcarii 8 lat wcześniej Korytkowscy poznali Polkę - Monikę, która pracuje w supermarkecie. W maju daje im do siebie numer, szybko zapisany na jakiejś kartce „gdyby potrzebowali jakiejś pomocy". Pomoc przydaje się za chwilę - Monika radzi, by Justyna nie traciła czasu i jechała nie do ogólnego szpitala w Sankt Moritz, ale właśnie do Samedan.

Od przyjęcia biegaczki na izbie przyjęć do momentu, gdy leży na sali operacyjnej, mija 7 godzin. Cały czas ktoś jest przy Justynie. Mimo bariery językowej wie, na jakie badania jedzie, jakie są na bieżąco wyniki.

- Rozmawiałam ze znajomymi, życzliwymi ludźmi. Nigdy nie myślałam, że tak można się zająć pacjentem. Większość badań nic nie wykazało, zresztą poczułam się dobrze po lekach przeciwbólowych i chciałam nawet wychodzić ze szpitala. Wynik dał dopiero rezonans magnetyczny z kontrastem. To był szok, gdy usłyszałam, że muszę być operowana. Powiedziało mi to 4 lekarzy, którzy wspólnie konsultowali mój przypadek. Dosłownie dotarłam windą z podziemi szpitala, gdzie przechodziłam badania, na 3 piętro, a oni już na mnie czekali.justyna_3.jpg

Diagnoza

Dla zawodnika wieść o jakiejkolwiek operacji to koniec marzeń o sezonie. Chirurg oznajmia jednak ze stoickim spokojem, że ta akurat będzie krótka i że zacznie się za niecałą godzinę. Lekarze w Szwajcarii tłumaczą, że muszą wykonać zabieg laparoskopowy, by zobaczyć, co się dzieje w środku. Tłumaczą, jakie objawy Justyna może mieć po przebudzeniu, anestezjolog życzy, by przyśniły się jej igrzyska w Tokio.

Operacja trwa dłużej, ponad trzy i pół godziny. Andrzej nie mając wiadomości od Justyny (a w takich wypadkach umawiają się zawsze na jak najszybszego smsa) niepokoi się, wpada do szpitala, by znaleźć tylko miejsce w sali, gdzie wcześniej stało łóżko żony.

- Następnego dnia przyszedł do nas ordynator i psycholog. O tym, że mam nowotwór, powiedzieli nam po niemiecku. Monika i Andrzej mi tego nie przetłumaczyli. „Jak spojrzałam w twoje duże brązowe oczy, nie umiałam Ci powiedzieć, że masz raka" – powiedziała mi potem Monika. Wkurzyli mnie, że trzymali to przede mną w tajemnicy. Teraz wiem, że chcieli mi jakoś oszczędzić cierpienia.

Wynik histopatologii ma dojść jeszcze przed wyjazdem Korytkowskich do Polski. Justyna zostaje w szpitalu pod świetną opieką. Zamawia jedzenie z karty jak w hotelu. Gdy tylko idzie na chwilę do toalety, już zakrwawiona po pobraniu krwi pościel na łóżku jest zmieniona. O nowotworze dowiaduje się przy wypisie ze szpitala.

- Dostałam z początku obuchem po głowie. Ale miałam przez te 5 dni czas, by podświadomie przygotować się do takiej diagnozy. Lekarzy zdziwiło to, że nie spytałam, ile mi zostało czasu, tylko co mam robić konkretnie, by wyzdrowieć.

Lekarze w Szwajcarii po usunięciu wyrostka stwierdzają, że trzeba nawet w następnym tygodniu, zrobić drugą operację, jak najszybciej wszystko usunąć i wyczyścić. Kolejna operacja powinna się odbywać w specjalnych warunkach, w wysokiej temperaturze. Nie każdy szpital ma możliwości na zastosowanie takiej metody, nawet w Szwajcarii stosuje się ją tylko w Bernie. Justyna wypytuje się o wszystko - o to, co może, czego nie może robić, na co się szykować, czego unikać, jaką dietę stosować, nawet, czy będzie mogła mieć dzieci.

- Chyba tak zachowują się sportowcy. Nie dopuszczałam myśli, że może być tragicznie. Bo ja mam małe dziecko, całe życie przed sobą.

LAMN czyli śluzak rzekomy otrzewnej to jeden z rzadszych nowotworów, trudno go więc leczyć, jeszcze trudniej określić, jak z nim żyć. U Justyny umiejscowił się właśnie w wyrostku robaczkowymjustyna_4.jpg

9 blizn

Wracają do Polski. Andrzej od razu dzwoni do doktora Domżalskiego z Łodzi, żeby poszukał kogoś wśród znajomych onkologów. Okazuje się, że Warszawa się robienia takich zabiegów dopiero uczy - nie ma też sprzętu, żeby wykonać operację typu HIPEC, czyli w hipotermii z chemioterapią dootrzewnową. Jeden guz jest już wycięty, ale to co już się wcześniej rozlało może upośledzać pracę organów, spowodować zrosty jelit. Może też dać przerzuty, bo w organizmie znajdują się komórki nowotworowe. Ostatecznie w znalezieniu kliniki w Lublinie pomaga lekarz pediatra - matka chrzestna Anastazji.

- Do szpitala w Lublinie trafiłam 31 lipca, a więc dwa miesiące później, niż nam nakazano w Szwajcarii. To był najszybszy możliwy termin w Polsce. Byłam pod opieką doktora Wojciecha Polkowskiego, uspokajał mnie z uśmiechem, że druga operacja nie jest za późna. Okazał się fantastycznym człowiekiem i zrobił wszystko, co w naszej polskiej mocy. Pochwalił pierwszą operację Szwajcarów, powiedział, że postara się pomóc mi wrócić do biegania, ale też, ze mój przypadek jest na tyle rzadki, że nie ma na to żadnych gwarancji.

Po poprzedniej operacji Justyna ma trzy blizny na brzuchu, po drugiej już dziewięć. Niektóre są pogłębione, podwójne. Trudne jej zaakceptować, że nie może sama o siebie zadbać. Trudno zaakceptować ślady po operacji.

- Najciężej było przez dwa tygodnie. Środki przeciwbólowe nie dawały sobie rady. Mogłabym rodzić co chwila w porównaniu do tamtego bólu... Po usunięciu ostatniego sączka poczułam jednak małą ulgę. Potem czekało mnie usunięcie szwów. Miałam szczególnie uważać, by nie zrobiła mi się przepuklina. Byłam osobą, która biega lekko, ładnie dla oka. Na tą chwilę jestem poharatana, Andrzej śmieje się, bo to nam w sumie zostało, że do mnie strzelali.

Redukcja etatów

Jakie plany ma Justyna? Przede wszystkim nie rezygnuje z biegania, za bardzo je kocha. Po raz kolejny wraca do niego, tym razem po czymś innym, niż po kontuzji, których miała w przeszłości wiele. Myśli realnie o 15.30-15.40 na 5000 m, chce wrócić do przeszkód. Powalczyć o minimum na igrzyska olimpijskie.

- Taki czysto sportowy cel stawiam sobie pewnie po raz ostatni, bo nie jestem najmłodsza. Nie będę też w stanie na pewno funkcjonować na wysokich obrotach przez kolejne 4 lata. Dużo straciłam treningu, nikt mi tego nie odda. Muszę teraz zrezygnować niestety z pracy w szkole. Nie będę w stanie ciągnąć dwóch etatów - w pracy i w domu - jak dotychczas i do tego trenować. Zapłaciłam najwyższą cenę za to, że w przeszłości jednocześnie trenowałam, pracowałam i zajmowałam się córeczką. Nie miałam, trochę na własne życzenie, odpowiedniej regeneracji po treningu, rehabilitacji po kontuzjach. Nie mieliśmy wtedy pomocy, którą mamy teraz - niania Dorotka wpisała się w naszą rodzinę na stałe.... Jeśli chcę wrócić do sportu przez duże S, to nie może się powtórzyć. Sport wyczynowy jest wymagający, trzeba się mu poświęcić w całości. Po ciąży do treningu biegowego i startów wracałam spokojnie. A pomimo tego nie uniknęłam urazów.justynastart.JPG Justyna przestrzega każdą kobietę, która karmi piersią, by nie brała się za wcześnie za trening biegowy, bo uważa to za niebezpiecznie. Niezależnie od swojej choroby wspomina, że sama doznała kiedyś pęknięcia zmęczeniowego, podaje przykłady innych biegaczek, które zapłaciły za to operacją biodra czy pęknięciem kości udowej. Uważa, że najpierw trzeba wrócić na poziom zerowy, do zdrowia - a potem dopiero budować formę.

- Na razie wprowadzamy dość innowacyjny trening na nartorolkach, gdzie stymulowany jest mój układ oddechowy, a przy tym, gdzie są mniejsze obciążenia na aparat ruchu, układ kostny. Można się na rolkach porządnie zmęczyć.

#bravelikegabe

Kilka dni przed pojawieniem się bólu w Szwajcarii Justyna znajduje na Instagramie profil Gabriele Grunewald - amerykańskiej biegaczki, która przez lata kontynuowała swoją wyczynową karierę mimo zaawansowanej choroby nowotworowej i licznych operacji.

- Umieściła swój ostatni post w kwietniu. Nie mogła wystartować w biegu Brave Like Gabe, na którym jej fundacja zbierała fundusze na badania nad nowotworami. Po operacji chciałam do niej napisać, ale nie zdążyłam - zmarła 11 czerwca 2019 roku. Chciałabym biegać tak szybko jak ona i być tak radosną, silną kobietą. Gabe - zawsze będziesz moją inspiracją!

Justyna angażuje się w społeczność Active Against Cancer, która grupuje ludzi aktywnych, wracających do sportu amatorskiego po chorobie nowotworowej, czy w jej trakcie próbujących uprawiać swoje konkurencje. Udowodniono, że dzięki aktywności nowotwory może się nie cofają, nie znikają - ale się stabilizują na jakimś poziomie.

Biegaczka z Łomży wie, że jej przypadek jest rzadki. Nie ma w jego leczeniu reguł. Podobne nowotwory rosną w brzuchu do dużych objętości i nie bolą.

- U mnie był ostry sygnał alarmowy. I to na obozie biegowym. Bieganie uratowało mi więc życie - w końcu trafiłam do szpitala w Szwajcarii. Nigdy nie znalazłabym się w Sankt Moritz, gdyby nie bieganie.

To nie jest też tak, że Justyna bez trudu pokonuje codzienne przeszkody. Ale chce wychodzić ćwiczyć i biegać każdego dnia.

- Dlatego, by nie stracić nadziei, uśmiechu. Fizycznie, czuje się teraz dobrze, ale psychiczna strona życia z rakiem nadal jest dla mnie wyzwaniem. Jeśli pozostanę aktywna fizycznie, jestem pewna, że skorzystam z życia garściami. Nie obchodzi mnie - w pewnym sensie oczywiście - że mam raka. Czy umrę na nowotwór, czy ze starości, nie powstrzyma mnie to od sportu. I niczego nie żałuję. Każdego dnia cieszę się sobą i najbliższymi. Nie zmieniłam się przy tym. Nadal jestem choleryczką, nadal jestem upierdliwa, kłócimy się o drobne rzeczy z Andrzejem. Ale jest inaczej – bo nie czekam bezsilnie na jutro. Jutra może nie być. Czuję, że tyle jest jeszcze niezałatwionych rzeczy. Spisałam testament, powinien to zrobić każdy.Justyna011.jpg Justyna mówi jeszcze, że ta choroba jest „po coś". Okazało się, jak wiele osób wyraziło chęć pomocy i nadal ją wspiera - m.in. PPB Prefbet ze Śniadowa, Uniqa Czesław Filipkowski, PHU Mackiewicz, fizjoterapeuta Krzysztof Piszczatowski. Ludzie, których Korytkowscy znają, jak Przemek Dąbrowski, ale i osoby z zagranicy, którzy jak Magda Deptuła z Irlandii zakończyli już swojej kariery sportowe, a z daleka chcą pomagać. Jednocześnie pokazują się osoby, które jeszcze chciałyby zaszkodzić.

- Na szczęście są to odosobnione przypadki i więcej jest ludzi dobrej woli, jak śpiewał Niemen. 

Mila dla Justyny

Zawody, których celem jest pomoc Justynie w leczeniu, rehabilitacji i w powrocie do sportu po chorobie nowotworowej - odbędą się 20 października. Jak mówi Andrzej w przyszłych latach impreza będzie kontynuowana, bo wiele jest spraw, które warto charytatywnie wesprzeć.

„I Łomżyńska Mila Charytatywna - bieg dla Justyny Korytkowskiej" rozegra się  na Stadionie Miejskim w Łomży (ul. Zjazd 18). Odbiór numerów startowych zaplanowano na godziny 9.00-11.00. Start pierwszej serii rozpocznie się o 11.00. Zgłoszeń dokonuje się na domtel-sport. Opłata startowa idzie w części na medale, puchary i wynajem stadionu. Andrzej Korytkowski mówi:

- Mila dla Justyny powstała z inicjatywy łomżyńskiego środowiska sportowego, które z przyczyn niezależnych musiało się wycofać z organizacji. W związku z tym zdecydowaliśmy się to pociągnąć sami - z Mariuszem Nizińskim, łomżyńskim organizatorem biegów. Mieliśmy niewiele czasu. Chcemy zaprosić na bieg wszystkich chętnych.

Na Facebooku trwa licytacja, z której całkowity dochód będzie przeznaczony dla Justyny.
Są na niej wystawione pamiątki podarowane przez ludzi sportu - m.in. koszulki kadrowe z autografami Kamili Lićwinko, Konrada Bukowieckiego, Wojciecha Nowickiego, Joanny Fiodorow, Igi Baugmart-Witan, Karola Zalewskiego i Adama Kownackiego. Są też inne cenne gadżety sportowe, ale również torty, wejściówki na siłownię, catering dietetyczny czy makijaż.

 

Fot. Archiwum prywatne, zdjęcia studyjne Grzegorz Fabiszewski Fotograf