Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
Dobrze, że nie wszystko mi wychodziło - rozmowa z Sofią Ennaoui

Jej znakiem rozpoznawczym jest uśmiech i piorunujący finisz. W tym roku Sofia Ennaoui przeżywała jednak ciężkie chwile i zamiast zachwycać kibiców na bieżni, walczyła z kontuzjami. Był płacz i ból. Zastrzyki i niepewność. Jednak gdy już wróciła, w pierwszym starcie sezonu wybiegała minimum na mistrzostwa świata i igrzyska olimpijskie. Sofia szczerze opowiada o problemach ze zdrowiem, współpracy z psychologiem oraz zmianie mentalnej.


Kilka lat temu przyznałaś, że jesteś kibicem piłki nożnej. Nic się nie zmieniło?

Mam wrażenie, że coraz bardziej podoba mi się oglądanie piłki nożnej. Aktualnie jestem po prostu zakochana w Lidze Mistrzów. W tym roku był rewelacyjny poziom rozgrywek! Nie wszystkie mecze mogłam obejrzeć na żywo, bo będąc na zgrupowaniach nieraz transmisja była tak słaba, że nie było na to szans. Radziłam sobie oglądając powtórki na Twitterze, czy Youtube. Bardzo żałuję, że gdy byliśmy na obozie w Font Romeu w kwietniu, to nie udało mi się dotrzeć na mecz do Barcelony. Ale niestety, ja oczywiście „obudziłam się” na dwa tygodnie przed meczem, a na spotkania tej rangi trudno dostać bilety w ostatniej chwili. Poza piłką nożną jestem też od jakiegoś czasu mega fanką skoków narciarskich. Rok temu można powiedzieć, że zadebiutowałam na zawodach Pucharu Świata w Wiśle i mam nadzieję, że w tym roku też uda się być pod skocznią w roli kibica. Emocje na skokach narciarskich są zupełnie inne na żywo, niż wtedy, gdy ogląda się je w telewizji. Wszystko jest bardzo spektakularne, lot, jego parabola... naprawdę wow!

Czyli faktycznie, tak jak powiedziałaś kiedyś w wywiadzie – w niedzielę był Małysz do rosołku. A co z lekkoatletyką? Byłaś kibicem lekkiej zanim zaczęłaś ją uprawiać?

Ja w ogóle pochodzę z rodziny, która była mocno sportowa. W moim domu zawsze w telewizorze leciały transmisje z ważnych wydarzeń sportowych. Dlatego teraz, jak mam spędzić jakoś czas wolny, to odpalam sobie mecz albo inne zawody. Jeśli dobrze pamiętam pierwsze igrzyska, które oglądałam, to były Ateny w 2004 roku, ale tak naprawdę świadomie jako już aktywna lekkoatletka śledziłam londyńskie igrzyska w roku 2012. W 2016 w Rio spełniłam z kolei swój „Olympic Dream”.

Miałaś ulubionego biegacza w dzieciństwie?

Zawsze byłam absolutnie zauroczona bieganiem El Guerrouja i to się chyba nigdy nie zmieni. Obejrzałam wszystkie jego biegi, które są dostępne na Youtube. Na pewno jest dla mnie dużą inspiracją.sofia_wywiad2.jpg Przez ostatnie miesiące można powiedzieć, że bardziej uczestniczyłaś w światowej lekkoatletyce w roli kibica, długo nie startowałaś, sezon pędził, praktycznie co tydzień rozgrywano zawody Diamentowej Ligi, jaki to był dla Ciebie czas?

Śledziłam to, co się dzieje, ale jednocześnie bardzo skupiałam się na tym, żeby wrócić do zdrowia. Wycofałam się z życia medialnego, co pomogło mi wypocząć. Nie ukrywam, że byłam już trochę zmęczona i przytłoczona tym, co zaczęło się dziać dookoła nas – lekkoatletów – po Berlinie. Nagle znaleźliśmy się w centrum zainteresowania, w którym lekkoatletyka tak naprawdę nigdy wcześniej nie była. Wiadomo, że my się bardzo cieszymy, że ludzie chcą oglądać lekką, że kibicują, ale popularność ma swoje blaski i cienie. Ja w związku z dwiema kontuzjami jakie przeszłam, potrzebowałam trochę się wycofać, wyciszyć, odzyskać spokój. Nie pokazywałam się na zawodach, bo najzwyczajniej w świecie było mi przykro, że nie mogę sama startować.

Opowiesz więcej o powrocie do zdrowia? Przez długi czas mało kto wiedział, że zimą, srebro halowych mistrzostw Europy zdobyłaś biegając z kontuzją.

Miałam problemy z kolanem jeszcze przed sezonem halowym, ale postanowiłam mimo tego wystartować w marcu w Glasgow. Po mistrzostwach przyszedł czas na miesięczny odpoczynek, regenerację, na to żeby wypocząć przed długim sezonem letnim. Trwało to miesiąc. Wznowiłam treningi w kwietniu, ale już w pierwszym czy drugim dniu poczułam ten sam ból w kolanie, który doskwierał mi w sezonie halowym. Postanowiłam wylecieć do Monachium, do lekarza Bayernu, spędziłam w Niemczech tydzień na leczeniu... Nie pamiętam ani jednego dnia, którego bym tam nie przepłakała. Czekanie na diagnozę, to, że jest to kontuzja niejednoznaczna, że powrót do zdrowia będzie czasochłonny – poczułam się tym wszystkim przytłoczona. Traumatyczny czas.

Co było dalej?

Wróciłam z Monachium i poleciałam na zgrupowanie do Font Romeu, tam miałam okres rehabilitacyjny, dopiero w połowie obozu zaczęłam w ogóle truchtać. Przy czym „truchtać” nie znaczy, że wychodziłam na treningi i biegałam dychę czy dwunastkę, ale truchtałam dwie-trzy minuty i przerwa. Zaczął się maj, ostatni tydzień obozu w Font Romeu, wtedy mogę powiedzieć, że zaczęłam dopiero biegać. Było w miarę okej, sztab PZLA doprowadził mnie do stanu, w którym mogłam trenować. Wróciłam do Polski, wydawało się, że wszystko zmierza w dobrym kierunku, ale po kilku tygodniach nabawiłam się zapalenia ścięgna Achillesa. Wszystkie marzenia o otwarciu sezonu w czerwcu zaczęły się oddalać. Znowu miałam przerwę, znowu były zastrzyki, znowu był płacz. Wszystko co mnie bolało, zostało tyle razy obstrzyknięte, że nie dało się więcej... Przełom czerwca i lipca spędziłam na zgrupowaniu w Maroku, w Ifrane i teraz mogę przyznać, że pierwszego dnia obozu byłam w stanie zrobić jedynie marszobieg. W Ifrane wiele treningów robiłam z bólem, Achillesy puchły, musiałam je regularnie chłodzić... łatwo nie było. Jedną z rzeczy, które sprawiły, że przetrwałam ten okres była na pewno współpraca z psychologiem (Sofia jest po opieką prof. Jana Blecharza, który w przeszłości odpowiadał za sukcesy Adama Małysza – przyp. red.). Byłam na tyle przygotowana mentalnie na to, że mogę mieć kiedyś ciężką kontuzję i na to, że może mi być tak trudno, że kiedy to już faktycznie nastąpiło, potraktowałam wszystkie przeciwności jak małą przeszkodę, którą można pokonać. Zawsze będę o tym mówiła, że przygotowanie mentalne jest mega ważne dla sportowca i bez tego bardzo ciężko być na topie.

20 lipca na zawody Diamentowej Ligi w Londynie poleciałaś już w stu procentach zdrowa?

W stu procentach nie. Dalej odzywają mi się bóle Achillesów, jak za bardzo je przeciążę, ścięgna są wciąż dość tkliwe. Te zastrzyki, które przyjmowałam, nie były blokadami bólu, ale formą leczenia i bezpiecznej regeneracji ścięgien. Żeby to wszystko mogło zadziałać, potrzeba jednak czasu.

Na jaki wynik nastawialiście się z trenerem w tegorocznym debiucie na stadionie?

Do Londynu jechałam bez żadnych oczekiwań. Przede wszystkim cieszyłam się, że w końcu wracam do lekkiej atletyki, że wracam do swojego miejsca na Ziemi. Nie narzucałam na siebie presji, po prostu cieszyłam się, że mogę w końcu wystartować. Treningi przed Londynem wyglądały fajnie, ale absolutnie nie na wynik 4:04 a tak naprawdę mało brakowało, że padłoby jeszcze efektowniejsze 4:03... Ale ja na ten sezon generalnie staram się jakoś nie podpalać, niech wszystko toczy się swoim tempem, tak jak ma być, wszystko ma swoje miejsce i swój czas, ja po prostu będę ciężko pracowała i czekała na swój moment.

Ciężka praca to na przykład jakie treningi tempowe?

16 x 400 w formie serii 4x(4x400). Przerwy pomiędzy odcinkami 1:15, a między seriami około 5 minut. Często zaczynam takie treningi w terenie, spokojniejszym tempem, nabierając prędkości z każdym kolejnym powtórzeniem. Zdarzało się, że kończyłam czterysetką w 61 sekund. Jeśli chodzi o objętość, to od obozu w Maroku, odkąd byłam „zdrowa”, mogłam biegać tygodniowo po 130 kilometrów.

sofia_wywiad3.jpg Z Twoich wypowiedzi płynie spokój, dojrzałość, stonowanie - kontuzje Cię zmieniły?

Myślę, że tak. Kontuzje mnie tylko wzmocniły. Bardzo się cieszę, że nie zapłaciłam za nie jakimś załamaniem psychicznym, jest zupełnie na odwrót. Taki jest sport, że często trenuje się na granicy i albo się przekroczy czerwoną linię albo nie. Ja trenowałam na takich obciążeniach, że organizm tego nie wytrzymał. Trener powiedział, że moje kontuzje są pewnego rodzaju znakiem od Boga, że ta przerwa była mi potrzebna, szczególnie teraz w okresie przygotowań olimpijskich, bo wcześniej tak naprawdę żadnych przerw na odpoczynek nie miałam. Było dobrze, więc szłam za ciosem, startowałam w hali i na stadionie. Jak byłam w młodszych kategoriach wiekowych, to tych startów miałam jeszcze więcej. Szczyty formy robiło się na okrągło. Biegałam przecież jeszcze przełaje, więc startów było naprawdę dużo... W końcu przyszedł jednak taki czas, że organizm przestał nadążać za ambicją, którą miała głowa.

Mam wrażenie, że dzisiejsza Sofia Ennaoui ma w sobie dużo więcej pokory, niż Sofia sprzed lat, śmiało składająca deklaracje zdobywania złotych medali na kolejnych mistrzostwach...

Tak, dużo zmieniło się po mistrzostwach świata w Londynie kiedy podjęłam współpracę z psychologiem. Przede wszystkim, jestem w stanie lepiej pokazywać na bieżni to, co wypracowuję na treningach. Wcześniej było tak, że dużo trenowałam, ale faktycznie na zawodach te moje wielkie ambicje, pycha, duma nie pozwalały pokazać pełni możliwości. Teraz inaczej patrzę na życie i na swoją karierę, nie uważam, że wszystko mi się należy, bo ciężko trenuję - tylko staram się cieszyć z tego, co mam.

Z drugiej strony chyba trudno zachować pokorę, jeśli w swoich pierwszych mistrzostwach Polski od razu zdobywa się złoto. Pamiętasz Toruń 2010, mistrzostwa Polski młodzików i siebie z tamtych lat?

A trenowałam wtedy tylko dwa-trzy razy tygodniowo...  Faktycznie moi nauczyciele WF z Zespołu Szkół w Lipianach mieli nosa, że popchnęli mnie w kierunku lekkiej atletyki. Sukcesy przychodziły mi łatwiej niż innym i widocznie kiedyś musiał przyjść taki moment, żebym mogła złapać trochę pokory. I teraz po czasie mogę powiedzieć, że bardzo się cieszę, że na mistrzostwach świata w 2017 roku nie weszłam do finału. Gdybym weszła, a zabrakło setnych sekundy, to pewnie nie podjęłabym współpracy z psychologiem i bym nie spokorniała. Bardzo się cieszę, że jednak nie zawsze mi wszystko do końca wychodziło.

Wracając jeszcze do tegorocznej zimy... Dużo się działo, nie tylko medal w hali, kontuzje, walka o powrót do zdrowia, ale zostałaś też bohaterką głośnego transferu klubowego. Skąd decyzja o przenosinach z MKL Szczecin do AZS UMCS Lublin? Włodarze szczecińskiego klubu nie kryli zaskoczenia...

Lekkoatletyka to jest moja praca i nie będę ukrywać, że szukałam najlepszego dla mnie klubu, który zapewniłby mi optymalne warunki do trenowania i zadowalające wsparcie materialne. Chyba nie ma sensu nic więcej tłumaczyć. To jest absolutnie moja indywidualna decyzja. Lekkoatleci zmieniają kluby, to jest normalne...

Nie tak często jak piłkarze...

Dokładnie. Ja zmieniłam klub po kilku latach. Każdy sportowiec szuka dobrych dla siebie warunków i tyle.sofia_wywiad1.jpg Trener Szymaniak to  trener na całe życie?

Myślę, że ostatnio jeszcze bardziej doceniłam rolę i starania swojego trenera. Aktualnie nasza relacja jest dojrzalsza i bardziej partnerska niż kiedyś. Dużo rozmawiamy, ja mówię o swoich odczuciach, trener o swoich pomysłach na sezon i dogadujemy się jak partnerzy. Nie jest tak, że ja jestem tylko zawodnikiem i nie mam za dużo do gadania, ale raczej się wzajemnie uzupełniamy.

Aż trudno jest mi sobie wyobrazić, że wcześniej Wasza relacja mogła być inna... z Twoją niepokorną duszą...

Ja mam niepokorną duszę, ale trener Szymaniak – choć może nie wygląda – bywa ostry. Jakieś dyskusje na temat treningu absolutnie nie wchodziły w grę.

Chciałem dopytać o Ifrane, bo wcześniej mówiłaś o tym miejscu głównie w kontekście kontuzji. Skąd pomysł, żeby pojechać na obóz właśnie do Maroka? Niby Afryka, ale z wyjątkowo zimnym klimatem.

Tam faktycznie padła rekordowa, najniższa temperatura Afryki i my po nauczce z zeszłego roku – a byliśmy wtedy na przełomie kwietnia i maja – w tym roku wybraliśmy się do Ifrane w czerwcu i pogoda była piękna. Trzydzieści stopni codziennie przez trzy tygodnie, także rewelacyjne warunki do treningu. Kiedyś nasi trenerzy regularnie latali do Maroka na zgrupowania, później wszystko się jakoś rozmyło, zaczęli jeździć do Font Romeu, do Sankt Moritz, do Potchefstroom... Maroko przez długi czas nie było odwiedzane przez polskich lekkoatletów, ale w zeszłym roku wybraliśmy się tam większą ekipą biegaczy średnio i długodystansowych - i mi osobiście ten region się bardzo podoba. Niektórzy śmieją się, że to ze względu na moje marokańskie korzenie. Mi zrobiony tam trening świetnie oddaje, co było widać choćby w Londynie podczas Diamentowej Ligi.

Często nazywasz 1500 metrów swoim koronnym dystansem. Rzeczywiście na tych niepełnych czterech okrążeniach czujesz się jak ryba w wodzie?

To mój koronny dystans, ukochany, choć 800 metrów też bardzo mi się podoba, bo są dwa koła i się krócej cierpi. Ale faktycznie mam wrażenie, że to do biegania 1500 metrów się urodziłam.

Co to w zasadzie jest za dystans? Co jest w nim najtrudniejsze, charakterystyczne?

Wszyscy mówimy, że osiemsetka to połączenie siły, wytrzymałości i szybkości. Ja mam wrażenie, że 1500 też. Do przygotowania formy na 1500 korzystamy w zasadzie z tych samych środków co w treningu pod osiemset. Robię bardzo dużo siły, siły dynamicznej, siły biegowej, szybkości, wytrzymałości szybkościowej... Mój trener sam był czterystumetrowcem, więc kładzie duży nacisk na dynamikę i szybkość w treningu. Mogę powiedzieć, że pod 1500 bardziej przygotowuję się od strony czterysetki niż od strony długiego dystansu, takiego jak 5000 metrów. Stąd te moje finisze na ostatnich 100-150 metrach.

W sezonie letnim 2019 Sofia ma na razie tylko 2 starty - podczas DL w Londynie i na DME w Bydgoszczy, gdzie zwyciężyła (powyżej). Trzeci czeka ją 18.08 w Birmingham.

Jakiś czas temu Paweł Czapiewski w felietonie na naszym portalu, pisał, że 1500 zupełnie zmieniało mu biegową perspektywę i po prostu nie był w stanie szybko biegać tego dystansu. Ty i Marcin Lewandowski łączycie te dwa światy doskonale...

1500 to po prostu dłuższe cierpienie. Biegnie się bardzo szybko, ale dodatkowo trzeba pobiec prawie drugie tyle co przy osiemsetce. To jest naprawdę trudny bieg.

Półtorak ma jakiś swój krytyczny moment?

Po osiemsetnym metrze już robi się ciepło... ale jeśli chodzi o jakiś krytyczny moment to wszystko zależy od tego, jak się jest wytrenowanym. Jak się jest słabo wytrenowanym, to ciężko jest już po pierwszym kole, jak się jest dobrze wytrenowanym to kolejne fazy biegu przechodzą płynnie... Kluczowe jest ostatnie 300 metrów i albo ktoś jest dobrze przygotowany mentalnie i fizycznie i wie, że na końcówce nie ma zmiłuj - albo przegrywa.

Co prawda powiedziałaś już, że przestałaś się podpalać na konkretne wyniki, bardziej skupiasz się na pracy i z pokorą czekasz na to co przyniesie los, ale finał mistrzostw świata chyba jest dla Ciebie ważnym tegorocznym celem?

Priorytetem są igrzyska olimpijskie. Wszystkie imprezy pomiędzy Rio a Tokio są tylko pewnego rodzaju przystankami. Dla mnie igrzyska zawsze będą miały najwyższą rangę i mam wrażenie, że to właśnie finał brazylijskich igrzysk dał mi więcej radości i satysfakcji niż dwa srebrne medale mistrzostw Europy. Szczególnie, że w Rio byłam pierwszą Polką od 12 lat, która zakwalifikowała się do biegowego finału. Dla mnie impreza czterolecia jest okraszona magią, której nie mają inne zawody. Co do mistrzostw świata, dwa razy zabrakło mi do finału setnych sekundy, zawsze byłam dobrze przygotowana do tych zawodów, ale brakowało szczęścia. To były też biegi mocno taktyczne i brakowało mi w nich trochę obycia. W ostatnich sezonach bardzo dużo startowałam na mitingach, często były to biegi taktyczne i myślę, że dzięki temu w tegorocznych mistrzostwach świata będę pewniejsza siebie.

Sierpień jest miesiącem Twoich urodzin, w związku z czym na koniec chciałem zapytać, czego byś sobie życzyła, pod warunkiem, że odpowiedź „zdrowia” byłaby zabroniona?

(Dłuższa cisza) Żebym nie zeszła z drogi, którą obrałam po mistrzostwach świata w 2017 roku.



Wszystkie zdjęcia wykonane podczas Drużynowych Mistrzostw Europy w Bydgoszczy 10-11.08.2019 r. - Marta Gorczyńska.