Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
Las, kwas i wypoczęte świnie - rozmowa z Kacprem Kozłowskim

Kacper Kozłowski znajduje się aktualnie na finiszu długoletniej kariery, podczas której wraz z kolegami ze sztafety zdobywał medale mistrzostw świata i Europy. Niespełna 33 letni sprinter popadł ostatnio w niełaskę trenerów kadry, którzy najpierw pozbawili go wyjazdu na mistrzostwa świata w Londynie, a rok temu na mistrzostwa Europy w Niemczech. Zawodnik AZS UWM Olsztyn to trzykrotny olimpijczyk, oraz szósty zawodnik polskiej listy wszech czasów na dystansie 400 metrów.

Kacpra zapytałem m.in. czy to już koniec wyczynowego sportu, do czego porównałby zalanie mięśni kwasem mlekowym, dokąd zmierza polskie 400 metrów i dlaczego napisał pracę magisterską o wypoczynku przedubojowym świń.


Czy czwarte igrzyska olimpijskie z rzędu są w Twoim zasięgu?

Na tę chwilę nie widzę na to szans. Progresu w treningu już nie ma, poziom się obniżył, myślę, że ten rok będzie moim ostatnim w roli czterystumetrowca... Chyba, że coś się wydarzy... Trenuję do mistrzostw Polski, zobaczymy jak się tam zaprezentuję. Chciałbym też jeszcze powalczyć o Wojskowe Igrzyska, które są w październiku. Ale będzie to trudna sprawa, bo konkurencja jest mocna – Krzewina, Krawczuk, Waściński.

Od kilkunastu lat Twoje wyniki na 400 m nie wypadają poza top 10 na polskich listach, a 45.24 z 2010 roku to jeden z najlepszych wyników w historii polskiej czterysetki. Biorąc pod uwagę, że sztafeta potrzebuje minimum sześciu biegaczy, myślenie o wyjeździe do Tokio wcale nie musi być mrzonką. Tak naprawdę dopiero ten sezon jak na razie nie układa się po Twojej myśli, bo 47.16 daje – na ten moment – miejsce w drugiej dziesiątce wśród polskich czterystumetrowców.

Jest dokładnie tak, jak mówisz. Jeszcze rok temu pobiegłem 46.60, co dało mi miejsce w dziesiątce sezonu (dokładnie 7 wynik w Polsce – przyp. red.). Na mistrzostwach Polski byłem szósty, ale mimo tego nie dostałem się do kadry na Berlin. Panowie trenerzy i osoby decyzyjne zajmujące się ustalaniem składu reprezentacji nie wzięli mnie pod uwagę. Ja z kadry nie zrezygnowałem, ale zostałem z niej usunięty. Nie mam zgrupowań, sytuacja bardzo mi się skomplikowała, ale ciągle zamierzam walczyć. W tym roku jest jeszcze 47 z przodu... Został miesiąc do mistrzostw Polski, jestem teraz w okresie mocnego treningu, mam nadzieję, że uda mi się jeszcze wyjechać na jakiś obóz i tam też trochę dołożyć. Jeżeli skutek będzie taki, że pojawi się 46 z przodu z jak najmniejszym haczykiem i zakwalifikuję się do finału mistrzostw kraju, to super by było dostać się do składu na Mistrzostwa Świata w Doha.

Chyba, że powtórzy się sytuacja z zeszłego roku, kiedy zostałeś pominięty przy ogłaszaniu składu na mistrzostwa Europy w Berlinie. Zresztą, w roku 2017 byłeś piąty na mistrzostwach Polski w Białymstoku, a podczas mistrzostw świata sztafetę zasilił – niejako w Twoje miejsce – płotkarz Patryk Dobek. Demotywujące?

Trochę tak. Rok temu zająłem szóste miejsce na mistrzostwach Polski, z rekordem sezonu, ale zostałem odcięty od kadry i nie pozwolono mi się wykazać na imprezie docelowej. Swoje lata już przetrenowałem, trenuje się coraz ciężej, wyniki już nie progresują. Ale tak jak mówię, walczę o 46-46.50 i taki wynik powinien dać mi finał tegorocznych mistrzostw kraju, a tam może się już zdarzyć wszystko. Ale z drugiej strony tak jak było widać w zeszłym roku, czy dwa lata temu - niekoniecznie dobry występ musi zagwarantować wyjazd na mistrzostwa.

49840171_2539932582689299_8876567184483024896_n.jpg 

Jak wygląda Twoja sytuacja zawodowa?

Od 9 lat jestem żołnierzem Wojska Polskiego. Do tej pory służyłem w Marynarce Wojennej w Gdyni, teraz przeniosłem się do batalionu w Olsztynie. Chciałem być bliżej domu, żony i dzieci. Pracuję w wojsku, a po pracy trenuję.

Jak to jest być czterystumetrowcem w Olsztynie, mieście bez „normalnej” bieżni tartanowej? Aktualnie trwa remont, więc stadion siłą rzeczy jest nieczynny, ale przez ostatnie lata stan nawierzchni był na tyle zły, że zagrażał zdrowiu. Trenowałeś na kortowskim stadionie?

Na treningi zasadnicze, gdzie faktycznie musiałem szybciej pobiegać, jeździliśmy z trenerem do Ostródy. A teraz kiedy trwa w Olsztynie remont, to już na niemal wszystkie treningi, gdzie trzeba biegać dłuższe odcinki niż 80-metrowe, tam wyjeżdżamy. Na niektóre treningi – typowo szybkościowe i techniczne – jeździmy też do pobliskich Dywit, tam jest stadion o bieżni niewymiarowej (jak poinformował pracownik stadionu, okrążenie ma dokładnie 313 metrów – przyp. red.). Niestety tamta bieżnia ma tak ostre łuki, że nic szybszego nie można pobiec na odcinku dłuższym niż 80, maksymalnie 100 metrów.

Pamiętasz w ogóle czasy lepszego tartanu w Olsztynie? Zaczynałeś trenować w 1999 roku?

Wcześniej. Jeśli dobrze pamiętam to zaczynałem jeszcze w 1996, a tartan został wymieniony na nowy rok później. Także od ostatniego remontu, jak można sobie łatwo policzyć, upłynęło ponad 20 lat. Przez ten czas tartan nawet zupełnie nieużywany by się zniszczył. Remont stadionu moim zdaniem został rozpoczęty dziesięć lat za późno.

Może jeszcze uda Ci się pobiegać na nowej, wyremontowanej bieżni w swoim mieście (finał prac planowany jest na koniec sierpnia br. - przyp. red.).

W tym momencie na pewno bardziej czuję się zadomowiony na stadionie w Ostródzie.

A las? Wiem, że robiliście z trenerem akcenty w warunkach przełajowych, sam Was kiedyś spotkałem podczas biegania szybkich odcinków właśnie w terenie.

Tak, korzystamy z trenerem od dawna z dobrodziejstw olsztyńskich lasów. Mamy wyznaczone swoje ścieżki i bywają tygodnie, że na stadionie jesteśmy tylko raz. W terenie mamy duże pole do popisu jeśli chodzi o siłę biegową. Brak stadionu w mieście wymusił na nas bieganie w lesie. Nieraz było tak, że nawet trening tempowy biegaliśmy w przełaju, chociaż – wiadomo – tempo dla czterystumetrowca to trening zasadniczy... No ale zdarzało się tak, że trening mieliśmy do zrobienia w niedzielę i jeden stadion był zamknięty, drugi był zamknięty i trzeba było jechać do lasu. Robiło się tempo na odmierzonej pięćsetce...

26167774_2002159749799921_2329412397905880873_n.jpg 

Z warmińskich lasów, wyruszmy w małą podróż do przeszłości i japońskiej Osaki 2007. Polska sztafeta w składzie: Plawgo, Dąbrowski, Marciniszyn, Kozłowski zdobyła brąz tamtych mistrzostw świata, a Ty – zaledwie 21 latek – ruszyłeś na ostatniej, finiszowej zmianie. Pamiętasz, jak trener Lisowski argumentował właśnie takie ustawienie drużyny? Wszystko zależało od najmłodszego, najmniej doświadczonego zawodnika. Przecież do Japonii wcale nie poleciałeś z najlepszym wynikiem spośród wszystkich reprezentantów, a najczęściej to właśnie lider kończy sztafetową rywalizację (45.80 Kozłowskiego w roku 2007 było trzecim czasem na polskich listach – przyp. red.).

To był autorski pomysł pana Lisowskiego na sztafetę. Dlaczego akurat ja na ostatniej zmianie? Pamiętam, że czułem się rewelacyjnie już na miejscu, w Japonii. Myślę, że to była decyzja podjęta na podstawie ostatnich treningów i obserwacji pana trenera. Nie bez znaczenia była taktyka, żeby po prostu zacząć mocno, złapać się z czołówką i dlatego – teoretycznie mocniejsi – pobiegli na początku. Założenie było takie, żeby zmieniać blisko krawężnika, a żeby zmieniać blisko bandy trzeba było biec na wysokiej pozycji (zawodnicy biegnący 3 i 4 odcinek, ustawiani są w strefie zmian na podstawie miejsca zajmowanego przez drużynę na dwusetnym metrze poprzedniego okrążenia – przyp. red.).

Czułeś jakiś szczególny stres, że to właśnie Ty kończysz?

Ja zawsze byłem zawodnikiem, który jak dostał zadanie treningowe, czy jakieś zadanie na zawodach, to po prostu koncentrował się przede wszystkim na jego jak najlepszym wykonaniu. Ale jedno pamiętam... Jak stanąłem w strefie zmian tuż obok Warinera, najlepszego wtedy czterystumetrowca na świecie, pomyślałem – „Wow, będzie się działo, jest grubo!” A później, jak już przejąłem pałeczkę, to nic nie pamiętam, później był już tylko bieg.

Dekada 2007-2017 przyniosła Ci wiele medali imprez mistrzowskich wspólnie ze sztafetą. To właśnie Osaka jest największym sukcesem? Był jeszcze brąz Mistrzostw Europy w Zurychu (2014), srebro Mistrzostw Europy w Amsterdamie (2016), a w końcu złoto Halowych Mistrzostw Europy w Belgradzie (2017).

Zdecydowanie najbardziej dumny jestem z medalu mistrzostw świata. Raz, że był to pierwszy taki sukces, dwa że były to mistrzostwa świata na stadionie. Nie ukrywajmy, że halowe mistrzostwa Europy - wszystko fajnie, zwycięstwo, złoty medal - to jednak jest tylko hala. W hali wszyscy nie biegają i sami zawodnicy różnie się do niej przygotowują, niekoniecznie traktując te zawody priorytetowo.

Przejrzałem Twoje wyniki od 2005 roku, kiedy jako 19 latek wbiłeś się do top 10 seniorskiej czterysetki w Polsce. Nie było sezonu, żebyś miał jakąś dłuższą przerwę. Kilkanaście lat startowania na najwyższym poziomie, w konkurencji, która powoduje kontuzje wyjątkowo często – jak pokazują chociażby przypadki Twoich kolegów z kadry (Krzewiny czy Omelki). Jak udało Ci się zachować taką ciągłość treningową?

Mądry trening. Od lat trenuje mnie ojciec, który zna mnie od... zawsze. Dużo rozmawiamy, zawsze mówię o wszystkich małych czy większych dolegliwościach, trening jest na bieżąco korygowany, nie ma w tym wszystkim przypadku. A widzę, co się dzieje w innych grupach treningowych, szczególnie tych dużych. Zawodnicy są wrzucani do jednego wora i albo ktoś wyjdzie z tego wora cało, albo przepadnie gdzieś tam na dnie... Tak to wygląda.

Twój trening od lat ma charakter indywidualny, w formule jeden zawodnik-jeden trener?

Zdecydowanie tak. Nawet jak jestem z kimś na obozie, to robię swój trening, dopasowany pod moją osobę. Nie próbuję wykonywać treningu innego zawodnika, który w danym momencie jest ode mnie lepszy, z myślą, że jak zrobię taką jednostkę, to siłą rzeczy poprawię swój wynik na zawodach. Jeździliśmy na zgrupowania z Rafałem Omelką, ale wyglądało to w ten sposób, że wspólnie tylko wychodziło się na trening, a potem na bieżni każdy z nas robił już zupełnie co innego.

Twój ojciec, Zbigniew Kozłowski trenuje Cię od 2007 roku, od śmierci legendarnego trenera Siennickiego, którego byłeś podopiecznym na początku kariery. Jak w ogóle do tego doszło, że to właśnie tata zajął się Twoimi przygotowaniami? Dużo się zmieniło w samej koncepcji treningowej?

Ojciec był kiedyś zawodnikiem trenera Siennickiego, u którego trenował 800 metrów. My generalnie mieliśmy wszyscy bardzo dobry kontakt ze sobą. Tato po moich treningach często rozmawiał z trenerem Siennickim i czerpał od niego dużo wiedzy. Na dobrą sprawę, na początku, kiedy zacząłem być prowadzony przez ojca, to trening był po prostu kontynuacją wcześniejszych założeń. Mieliśmy zbudowaną podstawę, na której można było działać, ale oczywiście z własną analizą, dostosowaniem do bieżącej sytuacji. Myślę, że ojciec wykazał się dużą intuicją trenerską i dopasował mi trening idealnie, bo w 2007 roku pierwszy raz zszedłem poniżej 46 sekund na 400. Tato sam był średniodystansowcem i dobrze orientował się w treningu pod 800 metrów, a czterysetki tak naprawdę dopiero się uczył. Jak pokazują moje wyniki – dał radę.

Ty za to coraz częściej bierzesz się za bary ze średnim dystansem. W 2017 roku pobiegłeś życiówkę na 800 metrów (1:52.06), w tym roku startowałeś już na 600 metrów...

Ta sześćsetka w Toruniu to był straszny niewypał. Myślałem, że pobiegną spokojnie poniżej 1:19 a tam przyjechaliśmy i deszcz, wiatr, 7 stopni, ogólna masakra... Nie jestem szczególnie dumny z nabieganego tam wyniku (1:21.49 – przyp. red.). Ale tak, próbujemy biegać coś dłuższego. Może gdybym wcześniej zaczął się przedłużać, jakieś 5-6 lat temu, może coś by z tego było, a teraz to jest tak na dobrą sprawę bardziej zabawa.

A czy te przedłużanie, nie ma może związku z tym, że próbujesz też swoich sił jako pacemaker? Rok temu prowadziłeś chociażby, mocno obsadzony bieg na 1000 metrów podczas Memoriału Wiesława Maniaka w Szczecinie. W stawce znalazł się Marcin Lewandowski, ale też mistrz świata na 800 z Moskwy Mohamed Aman, czy Jakub Holusa, halowy mistrz Europy na 1500.

Na pewno jestem w stanie poprowadzić 600 metrów w każdych założeniach, równo, dokładnie w taki sposób, jak chce organizator. Jak na razie zawodnicy czy menadżerowie są zadowoleni z moich usług. Dla mnie jest to też dobry bodziec treningowy. Wiadomo, że w takich biegach jak podczas Diamentowej Ligi w Monako, gdzie na sześćsetce Amos miał 1:15 byłoby mi ciężko pociągnąć aż tak długo. Ale w warunkach europejskich, gdzie zawodnicy chcą biegać okrążenie w 51, to pięćsetka w 63-64 sekundy byłaby dla mnie do zrobienia. Bardzo dobrze się czuję jako „zając”, wszystkie biegi w tej roli wspominam pozytywnie... choć tak naprawdę jak na razie prowadziłem dwa czy trzy razy. Patrzę z podziwem na Anetę Lemiesz, która chyba już nawet 2-3 razy tygodniowo rozprowadza biegi i to na dużych mityngach, nie mogę się z nią absolutnie porównywać. Aneta jest wyjątkowym przypadkiem, bo po przerwie, po macierzyństwie nagle wraca i biega 54 sekundy na 400, jest w czołówce krajowej, dla mnie niesamowita rzecz.

Rzeczywiście, na niektórych sprinterów jakby nie działał upływ czasu. Robert Maćkowiak jako 35 latek pobiegł 46.01 na 400 metrów i był to piąty wynik na polskich listach w 2005 roku.

I jest to rekord Polski weteranów, według mnie nie do pobicia. Wynik 46.00 daje pewny finał mistrzostw Polski seniorów, a nawet 4 miejsce w stawce i niemalże pewny wyjazd na każdą imprezę rangi mistrzowskiej międzynarodowej.

No chyba, że trenerzy zablokują wyjazd takiego zawodnika...

Lekkoatletyka jest sportem wymiernym i taki wynik według regulaminów powinien sam się bronić.

Korzystając z okazji, że rozmawiam z człowiekiem który od kilkunastu lat startuje na – chyba? - najbardziej „zakwaszającym” dystansie, jakim jest 400 metrów, a dodatkowo zna smak sześćsetki i osiemsetki... Do czego porównałbyś te mityczne zalanie kwasem na ostatnich metrach? Jakie to jest uczucie? Jak to wytłumaczyć komuś, kto nigdy się tak nie „zakwasił”?

Można to porównać do sparaliżowania mięśni w momencie, kiedy głowa jeszcze pracuje, człowiek chce się przesunąć do przodu, ale mięśnie mówią – nie. Jesteś dosłownie okładany bólem, jakby ktoś cię uderzał kijem baseballowym po nogach. Mięśnie robią się jak z waty, wielu zawodników przewraca się na mecie, nie mogąc ustać. W moim przypadku  zakwaszenie na ostatnich metrach to przede wszystkim ból i niemoc, bo głowa chce, a nogi nie są w stanie pracować. Straszny ból i straszna niemoc… Wszystko przychodzi tak naprawdę w ułamku sekundy. Miałem już takie biegi, że wychodzę na ostatnią prostą i czuję się super, biegnie się rewelacyjnie, mówię – jeszcze przyłożę tyle, ile mam... Ale zanim skończyłem o tym wszystkim myśleć, to już nie mogłem biec i był dramat. Można przesunąć moment, w którym zalewa kwas mlekowy, ale żaden czterystumetrowiec nie jest w stanie się z tego tak do końca wybronić. Komu uda się najdalej przesunąć tę granicę, ten wygrywa.

Pamiętasz swoją największą bombę?

W tym roku każdy bieg kosztuje mnie bardzo dużo. Wcześniej raczej byłem zawodnikiem, który dość szybko wracał po starcie do równowagi. Na początku lipca w Kutnie na ostatniej prostej czułem się jakbym szedł i zaraz miał się przewrócić. Tak mnie tam odcięło, jak chyba nigdy wcześniej.

kozlowski_3.jpg 

A propos umierania... Ukończyłeś Uniwersytet Warmińsko-Mazurski na wydziale bioinżynierii zwierząt, a temat Twojej pracy dyplomowej dotyczył wpływu wypoczynku przedubojowego na świnie. Ciekawe skąd czerpałeś inspirację, mnie bieganie 400 metrów trochę kojarzy się z ubojem...

Tak! Poruszałem w tej magisterce temat zmęczenia czterystumetrowca, wpływ działania kortyzolu, który pojawia się w obliczu stresu przedstartowego, czy zmęczenia potreningowego i zestawiłem z poziomem kortyzolu w ciele świń szykowanych do uboju.

Hah! Miałem nosa! Na koniec chciałem Cię zapytać - dokąd zmierza polskie 400 metrów? Jeśli chodzi o sztafetę to w 2018 roku mieliśmy do czynienia z prawdziwą sinusoidą nastrojów. Najpierw w marcu rekord świata w hali, ale już w sierpniu podczas Mistrzostw Europy w Berlinie, dopiero 5 miejsce.

Jest problem z dopływem świeżej krwi do męskiej czterysetki. Nie ukrywajmy, bieganie 46.50 - jeśli jest się w najlepszym wieku do uprawiania sportu, nie jest szczególnym wyczynem. Młodzi zawodnicy powinni łamać 46 sekund, a na tę chwilę – jak możemy zaobserwować – to głównie dominują starsi sprinterzy. Powinno to iść w drugą stronę i młodzi powinni co najmniej deptać im po piętach. Był taki moment, że Tymoteusz Zimny zaczął biegać w okolicach 46 sekund, później Kajetan Duszyński złamał 46, ale to były pojedyncze strzały. Mam nadzieję, że młodzi zaczną biegać szybciej, bo w tej chwili wygląda na to, że starszych jest coraz więcej, a młodzi się nie poprawiają.

Tomasz Czubak ze swoim rekordem Polski 44.62 z półfinału mistrzostw świata w Sewilli może spać spokojnie?

Na ten moment może spać spokojnie. Karol Zalewski odkąd przeszedł z dwustu metrów na czterysetkę, biega regularnie jedno okrążenie w 45 sekund z mniejszym czy większym haczykiem, ale mimo wszystko atakowanie rekordu Polski z pułapu 45.11 będzie trudne. Pół sekundy różnicy na tym poziomie to przepaść.

Warto przypomnieć, że wynik Czubaka z 1999 roku wcale nie dał awansu do finału mistrzostw świata...

To też pokazuje jakiś obraz dzisiejszej czterysetki w naszym kraju. Polskie 400 metrów powinno być mocniejsze, niż jest.


Wszystkie fot. Wake Me Sport