Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

Z dziennika Agatki, 4/12 2016

Przeczytajcie pełną relację, z wyprawy:

Source of Champions, 24-26 listopada
Wreszcie w Iten: 27-29 listopada
2/12 Kamariny
3/12 - Zawody
4/12 - Zwiedzanie
5/12 - Yacool krytykuje Brada Colma

6/12 - Na skraju Wielkiego Rowu Afrykańskiego
10/12 - Ziwa Farmers Marathon

4/12


Na dziś zaplanowaliśmy rowerowy rekonesans okolicy. Od ubiegłego roku intrygowała nas góra, którą widać w połowie drogi z Eldoret do Iten, po lewej stronie. Na jej szczycie stoi maszt telefonii komórkowej. Umówiliśmy się z chłopakami od rowerów, że jak nie będzie dziś padać, to mają nam podstawić do hotelu na 10 rano dwa sprawne rowery. Rano poszłam pobiegać. Zrobiłam sobie 60 minut easy, po czerwonej ścieżce wzdłuż głównej drogi. Dziś jest niedziela i dużo mniejszy ruch panował z rana.



Pogoda była kiepska, zimno i pochmurno. Ale dziewczyny w hotelu powiedziały, że z tych chmur deszczu nie będzie. One potrafią naprawdę trafnie odczytywać pogodę. Potwierdziliśmy więc wynajem rowerów i ruszyliśmy asfaltem w kierunku naszego celu. Iten leży na sporym wzniesieniu. Yacool zaczął rozwijać niebotyczne prędkości, wyprzedzając matatu, dodatkowo mieliśmy wiatr w plecy. Ja kurczowo trzymałam ręce na hamulcach. Zatrzymaliśmy się na moment przy stadionie Lorny Kiplagat. Niestety brama była zamknięta, a pilnujący jej strażnik tylko na chwilę pozwolił nam wejść za nią. Yacool nauczył się powitania w języku kalenjin i tym rozbraja spotykanych Kenijczyków i bardzo ich sobie zjednuje.



Ruszyliśmy dalej, wciąż mocno z góry. Naszą górę było coraz lepiej widać, zjechaliśmy więc z asfaltu na tzw. dirty road, czyli czerwoną gruntową drogę. U nas te drogi są czarne, szare, tu ciemno pomarańczowe, ceglane. Komfort jazdy się obniżył, drogą była nierówna, naszpikowana kamieniami. Zaczynałam czuć tyłek na wybojach. Jak zwykle dzieciaki wybiegały ze swoich obejść krzycząc mzungu i chcąc podać nam ręce. Wśród nich był starszy chłopak na rowerze. Miał na imię Kevin. Zapytał dokąd jedziemy. Jak usłyszał, że na górę, to powiedział, że nas tam zaprowadzi.



Zaczynaliśmy się obawiać czy na pewno wie, gdzie chcemy dojechać, bo coraz bardziej oddalaliśmy się od wzniesienia. Stwierdził, że musimy wyjechać znowu na asfaltową drogę, bo tędy nie dojedziemy. Zaufaliśmy mu. Po drodze opowiadał nam o tym, że chciałby studiować na Uniwersytecie w Nairobi, na kierunku związanym z energią słoneczną. Był bardzo bystry i inteligentny, dobrze znał angielski. Jak usłyszał, że jesteśmy z Polski, od razu skojarzył Warszawę, Roberta Lewandowskiego i Piszczka.

Dojechaliśmy do końca drogi. Zostawiliśmy rowery przy jedynym obejściu i dalej poszliśmy pieszo. Okazało się, że na górę nie wejdziemy. Cały teren dookoła niej jest ogrodzony i wkrótce powstanie tu Rezerwat. Teren ten należał do rodziny Krugera. To ci sami, którzy mają słynny Park Narodowy Krugera w RPA. Teren ten należał do nich jeszcze przed uzyskaniem przez Kenię niepodległości, czyli przed 1963 r. Tutejsze prawo stanowi, że mogli ten teren posiadać przez 99 lat, potem ziemię przejmuje państwo. Kruger zawczasu sprzedał więc ten obszar Kenia Service Wildlife, które w przyszłym roku otworzy tu Rezerwat. Wielka brama wjazdowa już jest. Na sawannie, u podnóża góry, ma powstać pole golfowe, a po drugiej stronie wzniesienia hotel. Teren ten zamieszkują żyrafy, gazele, są ponoć i lwy. Po wielkich głazach wdrapaliśmy się na szczyt mniejszego wzgórza. Widok był niesamowity.



Olbrzymie otwarte przestrzenie, powiew gorącego wiatru, gdy słońce wyłaniało się zza chmur i zimno, gdy na moment zachodziło. Zauroczeni chłonęliśmy ten spokój. Na wzgórzu, wśród drzew wypatrzyliśmy stado żyraf! Było też kilka małych antylop, które chowały się w krzakach. Czekaliśmy jeszcze na lwa, ale to pewnie nie była jego pora łowów.








Z miejsca, w którym siedzieliśmy widać było Eldoret. Kevin mówił, że przy dobrej pogodzie widać stąd Mount Elgon, czyli granicę z Ugandą. Widać też było wzgórza, na których leży Iten i jeszcze wyżej położony region Marakwet, z wyraźnie zaznaczonymi górami.

Szkoda tylko, że nie mieliśmy ze sobą lornetki. Przyszło do nas jeszcze dwóch chłopców i chyba ich tata w czerwonej czapce świętego Mikołaja :) Dzieciaki przyglądały się ze zdziwieniem Jacka włosom na rękach ;)



Po godzinnej kontemplacji ruszyliśmy w drogę powrotną, świadomi że tym razem będzie ona prowadziła bezlitośnie pod górę i pod wiatr.

Do Iten dojechaliśmy nieźle zmęczeni. Na zjeździe z głównej drogi do hotelu, u mojej zaprzyjaźnionej sprzedawczyni kupiłam jeszcze siatkę owoców.

W hotelowej restauracji zamówiliśmy sobie obiad, ja ugali z sukumą i zasmażaną kapustą, yacool ten sam zestaw tyle że z frytkami. Poprosiliśmy też na deser o mandazi, w smaku podobne do naszych pączków, ale bez nadzienia i mniej słodkie. Wczoraj po kolacji kucharz specjalnie je dla nas usmażył. Mandazi dostaliśmy przed daniem głównym, ale kto by się tym przejmował. Na dodatek dołożyli nam do nich sałatkę z białej kapusty, marchwi, papryki i cebuli. Zestaw idealny. Ale chyba wiem skąd taki pomysł. Codziennie proszę o dokładkę tej surówki, bo bardzo mi smakuje, a standardowo dają ja tylko do ozdoby talerza. Widać w końcu zapamiętali moje zachcianki i teraz będą mi ją dokładać nawet do ciasta a może nawet i do herbaty ;)