Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

Czuję potrzebę dopełnienia w pewnym sensie kronikarskiego obowiązku i dlatego tym razem długi tekst o najbardziej aktywnych użytkownikach Bieganie.pl i kilka słów o ważnych dla mnie osobiście.

O użytkownikach Bieganie.pl cz 1

Oto wykres pokazujący rok w rok najbardziej aktywnych użytkowników forum.

Jak widzicie, w aż 8 latach "liderem" byłem ja. Pewnie większość starszych użytkowników forum coś o mnie wie, ale pewnie coraz mniej, napiszę o sobie kilka słów pod koniec.


 

2001-2002 Wojtek


Początek lat 2000 to jak widać nieformalne zdalne “rządy” Wojtka Wysockiego. Zdalne, bo Wojtek mieszka od dawna w USA. Wojtek to niegdyś warszawski zawodnik biegający na poziomie 2:18-2:20 (życiówka z Budapesztu 2:18:33 z 1986 roku). Był pisarsko bardzo płodny nie tylko na forum ale i na portalu. Napisał naprawdę sporo fajnych historii osadzonych w bieganiu, szczególnie utkwiła mi w pamięci TA JEDNA.
W tych pionierskich czasach Wojtek był też wiodącym doradcą wszystkich początkujących, życiówka 2:18 jednak budzi szacunek.

Kiedy tworzyliśmy grupę SBBP (pierwsza duża grupa biegowa, która od roku 2002 spotykała się regularnie na cotygodniowych biegach) był jej nieformalnym członkiem i inicjatorem powstania i został upamiętniony w rocznicowym raperskim utworze:

W listopadzie pierwszym razem grupa w Lesie się spotkała
Liczba członków tego ranka była rzekłbym raczej mała
Sześć postaci się o ósmej przy szlabanie pojawiło
I od razu zrobiło im się raaaaazem bardzo miło

Skład był: Joycat, Grubcio, Fredzio, PAweł Pit oraz Kociemba
Wirtualna Wojtka była w tym, byyyyyla także ręka
Jako SBBP wkrótce sami się nazwali
I pod takim szyldem zawsze potem razem już biegali


Nie mogę nie wymienić tu jeszcze trzech osób, które dla portalu i forum były wtedy wg mnie ważne.

PAweł


PAweł był moim biegowym guru odkąd przeczytałem jego historię debiutu w górskim ultra (Swiss Alpine Marathon, 78km - link). Regularnie łamał 2:35 w maratonie, w moim debiutanckim i jedynym maratonie w Berlinie 2002 był najszybszym Polakiem (2:32), nie znaliśmy się wtedy jeszcze osobiście.
Chciałem kiedyś biegać tak jak on. PAweł też fajnie pisał choć w momencie kiedy stałem się na forum bardziej aktywny on skończył swoją pisarską aktywność.


Joycat


Joycat (Zuzanna, biegaczka z Warszawy) na początku lat 2000 była dla forum doskonałym katalizatorem, który powodował, że aktywność się zwielokrotniała. Skoro dziewczyna może się ustawiać na zimowe, nocne, poranne, mroźne treningi z chłopakami, to chyba chłopaki nie mogą pokazać, że są słabsi? Sama poczuła biegowego bakcyla gdzieś w tamtym czasie i to skłoniło ją do napisania kilku fajnych tekstów z których jeden zapadł mi w pamięć szczególnie: Manifest.  Mimo, że było to napisane z punktu widzenia kobiety to idealnie oddawało moje jeszcze niedawne wtedy odczucia i się z tym bardzo identyfikowałem. Gdyby nie Joycat SBBP nie urosłaby tak w siłę, bo jak mówił poeta:

Joycat pojawiła się tam trafem szczęśliwem
I zwłaszcza na początku była grupy spoiwem
Kiedy grzecznie kazała stawić się w zimowej scenerii
To nikt z nich nie wyczyniał najmniejszych histerii


Kociemba


Kiedy go poznałem w 2002 roku miał 38 lat (ja 34), tak jak ja wychowany w socrealizmie, który był dla niego inspiracją do różnych działań już w latach 2000. Nie był to wielki biegacz. Ale miał wielką moc w słowach, zarówno tych mówionych jak i pisanych. Trochę ściemniał, że niby nic, może kokietował, ale potrafił pisać z jajem, a potrafił też z iście słowiańską melancholią. Polecam wszystkim ten tekst: Miejscowy.
Zawodowo grafik, drukarz, co było (może jest) przez nie jeden bieg szukający pomysłu na medal lub koszulkę wykorzystywane. Zaprojektował broszurę KnowYourPace.

Poeta mówił o nim:

A Kociemba grupy był, grupy grafikiem
Dyplomów projektantem i Grześka przewodnikiem
Jeśli biegnąc z nim rozmawiasz, to musisz mieć baczenie
By ze śmiechu nie przewrócić się o jakieś korzenie


Powyższa grupka to głównie to “pierwsze bieganie.pl” i potem SBBP i Biegajznami.

W latach 2004-2006, kiedy część biegaczy obraziła się na Bieganie.pl za brak aktywności właściciela i administratora, na forum nieformalnie “rządził” Outsider, choć jeszcze w 2004 roku najaktywniejszy był Kaziq.

2004 Kaziq


Zaskoczyło mnie to, że miał wtedy największą aktywność. Niewiele o nim wiem, niewiele już pamiętam, choć nawet kiedyś spał u mnie w domu. Chyba się lubiliśmy, biegaliśmy na podobnym poziomie. Dziś jest chyba jakimś finansistą .

2005-2006 Outsider


Też niewiele o nim wiem. Chyba z Warszawy. Chyba nie jakiś wielki biegacz, ale dla wielu początkujących był bardzo pomocny. Niestety w 2006 roku kiedy zaczynałem już wprowadzać swoje “rządy”, wycofał się, bo miał pretensje do mnie, za ten exodus na Biegajznami z roku 2004. Był mistrzem cytowania, więc jego odpowiedzi potrafiły ciągnąć się długo jak chyba u nikogo innego. Ale pozdrawiam go, gdziekolwiek jest.

Nowa Era


Tutaj wielu z was już zna się pewnie nawzajem, chociaż od roku 2007 też były różne podokresy.

2012 Quba Krause

Sam o sobie:

Jestem strasznym szarakiem-przeciętniakiem. Praca biurowa, "zwyczajne" życie :) Dzielenie czasu między pracę, rodzinę i hobby.

Bieganiem interesuję się od około 8-9 lat, biegam dużo, ale mało trenuję. Interesują mnie głównie biegi trailowe i górskie, ale od czasu do czasu również ulica i bieżnia. Interesują mnie ciekawi ludzie, tzn. bez ciekawej historii zawodnicy mnie nie bardzo interesują, choćby i biegali szybko. Lubię widokowe trasy, piękne krajobrazy. Najwięcej ciekawego jest na facebooku i na youtubie, ale ja jestem leniwy i wolałbym jak najwięcej mieć zgromadzone w jednym miejscu, przefiltrowane, wyselekcjonowane itp.
Lubię bieganie, bo jest czynnością egalitarną, włączającą zamiast wykluczającą, minimalistyczną. Samo bieganie nic dla mnie nie znaczy, znaczenia nabiera dopiero to, czym się staje w rękach (nogach) konkretnego człowieka. Nie robią na mnie wrażenia wyniki sportowe, ale historie. Dlatego też nie bardzo interesują mnie wyczyny Kenijczyków albo starania polskich "zawodowców" :)

Nie pamiętam nawet, jak trafiłem na bieganie.pl. Zresztą niewiele pamiętam w ogóle ze swoich początków biegania, w szczególności jak od biegania zupełnie bezrefleksyjnego zacząłem przechodzić do interesowania się bieganiem i zyskiwać wiedzę biegową i okołobiegową. Na pewno jednak bieganie.pl miało w tym duży udział, bo było najlepszym źródłem informacji dostępnym w internecie. Powoli zacząłem się angażować w rozmowy na forum i mocniej wsiąkać w "środowisko". Zawsze interesował mnie ruch amatorski, ciekawi ludzie z ich historiami, a więc tego rodzaju treści szukałem. W pewnym momencie coraz więcej tych treści zaczęło pojawiać się w mediach społecznościowych, a więc i moje wsiąknięcie w bieganie.pl nieco zmalało...

Moim celem na ten rok jest złamać 3h w maratonie :) i jest to element większego zakładu koleżeńskiego.

2013 Rubin

Sama o sobie:

- "Zapalenie rozcięgna podeszwowego, psze pani"
- usłyszałam od ortopedy 7 lat temu – "To znak od Boga, żeby nie biegać".

Na bieganie.pl trafiłam przypadkowo, szukając informacji jak sobie poradzić z bólem stopy. Ja się tego nabawiłam zwyczajnie maszerując każdego dnia po 4 km z domu do pracy i z powrotem. Bo chciałam schudnąć i pozbyć się nadciśnienia. Od szczegółu do ogółu, czyli od działu kontuzje do głównej strony portalu zaczęłam marszobiegami wg 6-tygodniowego planu Adama. Najtańsze buty, ciuchy, a treningi wieczorami, żeby nikt nie widział jak faluje mi to i owo :)

Z czasem odkryłam, że mogę biegać nie tylko po lasku miejskim. Mieszkam na Jurze, więc w naturalny sposób znakomitą część swoich treningów przeniosłam na tereny Olsztyna Jurajskiego i Złotego Potoka. Systematyczność, brak "spiny" i chłodna głowa pozwoliły mi stopniowo, bez kontuzji zwiększać siłę, wytrzymałość, aż w końcu zaczęłam startować w biegach krosowych i górskich. Początkowo półmaratony, 36 km w Krynicy, w końcu ultramaratony. Czasami zdarzało się zająć fajne miejsce. Schudłam i odstawiłam pigułki na nadciśnienie.

Bieganie dla mnie to przede wszystkim przygoda. Nie chodzi o żaden "mistyczny ból", choć zdarza się, że pod koniec boli. Niektórzy pytają, jak można tak długo być na trasie. Jako biegowy autystyk nigdy się nie nudzę i nie boję, choćby sama w nocy na polanie porośniętej czosnkiem niedźwiedzim w Bieszczadach :), za to często się gubię i potrafię sporo trasy nadłożyć.

Fantastycznie jest wygrywać, nawet jeśli w kameralnych zawodach – to nakręca, ale równie fantastycznie jest po prostu oderwać się od codziennych schematów, ram i obowiązków. Dlatego moimi najwspanialszymi wspomnieniami biegowymi są te związane z prywatnymi inicjatywami. Kilka razy z przyjaciółmi zorganizowałam nocny kilkuosobowy ultramaraton jurajski; supportowałam online kolegę podczas udanej próby bicia rekordu GSB; rok później GSS. To dopiero były przygody! W tajemnicy wyznam, że szykuje się kolejne wyzwanie, na wrzesień:)

Nazywam się Monika Bilnik, mam 45 lat i dwie córki – 14 letnią Zuzię (na podwórku zajmuje ją deskorolka i parkour) i 21 letnią Julię, poważną studentkę 3 roku prawa.

Jeszcze w szkole średniej, później na studiach (tych pierwszych) grałam w kosza, bawiłam się w kajakarstwo. Od kilku lat jako członek Stowarzyszenia KLA Zabiegani jestem współorganizatorem Biegu Częstochowskiego. Właśnie minęła 11 edycja, mieliśmy rekord frekwencji :)

Teraz, po rocznej przerwie znów łapię zdrowie i sylwetkę w garść. Wolność już mam. Dalej chodzę do pracy i z powrotem pieszo. Czy i kiedy znów wystartuję w zawodach – kto wie...? :) A może zostanę sędzią LA.?
Na bieganie.pl zaglądam codziennie, bo to bardzo miłe miejsce jest/

2014 Katekate


Sama o sobie:

Rok 1993, mam 13 lat, jest lato, wieczór, ale nadal upalnie. Siadam na schodach i zakładam asicsy do siatkówki, które dostałam od cioci z USA. Są trochę za małe, ale miękkie, w sam raz do biegania. I tak jak co wieczór, wybiegam z domu w stronę najbliższej wioski, chyba sprawia mi to przyjemność. Zaliczam kolejną miejscowość, jestem jakieś 3-4 km od domu, postanawiam wracać, robi się duszno, bardzo duszno.

Przechodzę do marszu, kaszlę, nie mogę oddychać, próbuję biec znowu, znów maszeruję. Docieram do domu, kładę się na łóżku, stopy spuchnięte, jeden z palców krwawi, ale nie martwi mnie to. Skarżę się mamie na duszność, nazajutrz lekarz nic nie stwierdza, więc znów wychodzę pobiegać. Tym razem nawet nie dotarłam do 2km, muszę wracać. Idę i ryczę, chciałam w siódmej klasie startować w biegach przełajowych, jak mój brat, ale nie mogę biegać. Na testach na wuefie wszystkie biegi kończą się tak samo, duszę się. Totalnie odpuszczam moje samozwańcze treningi, chodzę od lekarza do lekarza i w końcu otrzymuję diagnozę-astma.


Rok 2013, mam 33 lata, jest lato, wieczór, ale nadal upalnie. Siadam na schodach i zakładam jakieś sportowe buty. Nie służą do biegania, ale nie ma to znaczenia. Mam potwornego kaca, po serii wakacyjnych imprez, kiedy próbowałam odbić sobie rozwód i korzystać z nieobecności dzieci, postanawiam pójść pobiegać, żeby wytrzeźwieć. Wdycham ventolin i ruszam. Dobiegam mocnym pędem prawie nad samo morze i szybko wracam, robię pętlę ok 7km. Pomogło.

Od tamtego czasu biegam regularnie, zawsze szybko, zawsze w nieodpowiednich butach. Na początku października łapią mnie bóle kolan, więc w wyszukiwarce wpisuję frazę ‘bieganie i ból kolan’ i….trafiam na forum bieganie.pl.

No i zaczyna się jazda bez trzymanki-mam złe buty, złą odzież, nie mam specjalistycznych książek i wiedzy, nie ćwiczę dodatkowo, nie mam zegarka z GPS i w ogóle k.rwa wszystko robię źle. Zaczynam pisać sobie na forum, dzieląc się z innymi doświadczeniami, kupuję wszystko co niezbędne, ćwiczę i ból kolan jakby ustępuje.

A potem dowiaduję się, że wszędzie ludzie startują w ZAWODACH, w międzyczasie przyklejam się do miejscowej grupy biegaczy.

Zapisuję się na zawody, zaczynam się ścigać. Pierwsza dycha 46.41, pierwszy HM 1.46, nakręcam się, startuję coraz częściej i coraz częściej staję na podium w gminno-powiatowych biegach ;) Puchary, koperty, sława, hahaha.

W treningach pomagają mi doświadczeni koledzy z forum, odhaczam kolejne rekordy. 2 lata później samodzielnie przygotowuję się do maratonu według metody braci Hanson. Nie ma zmiłuj, treningi 6 razy w tygodniu, kilometraż 80-100km/tydz, chudnę, wszystko mnie boli, nie słucham żadnych rad, przecież jestem już doświadczona. Maraton kończę poniżej 4h (chociaż celowałam w 3.40) w karetce, nawadniają mnie jakieś 4 godziny. Jestem wycieńczona fizycznie, może nie samym wyścigiem, tylko reżimem treningowym.

Wracam do domu i kompletnie przewartościowuję swoje życie. Odbywa się to etapami, najpierw wychodzę z ciężkiej anemii, potem wracam do regularnego biegania, ale psychicznie nie mogę się zmusić do tego, żeby ukończyć jakikolwiek plan treningowy, startuję coraz mniej.

Jest mi przykro, że coraz częściej odpuszczam walkę na zawodach, każda przerwa w bieganiu to dla mnie dramat, miotam się, chcę biegać szybko, ale nie potrafię już trenować. Po prostu biegam rekreacyjnie, startuję tylko okolicznościowo, całkowicie wypadam z obiegu. Szwankuje mi zdrowie. Ale jakoś udaje mi się co jesień przez 3 lata, kończyć w maratonach na Nocnej Ściemie na wysokich miejscach, tylko te pucharki przestają mnie już cieszyć.

 
Rok 2019, mam 39 lat, jest piękna wiosna, od tygodnia nie biegam, mam założone szwy po zabiegu, który odwlekałam od jakichś kilku ładnych lat (żeby tylko nie mieć przerwy w bieganiu). Nie martwię się jednak, że forma mi zniknie, że przytyję kilogram, że koleżanka mnie ogra, że nie zrobię życiówki w maratonie, że nie przygotuję się na kolejne ultra. Totalnie odpuszczam sobie zawody, patrzę na to z już innej perspektywy. Że moje rekordy, puchary i medale są do niczego nie potrzebne, ani mnie, ani dzieciom, ani sąsiadowi. Biegam z grupką najwytrwalszych ludzi z mojego miasta ;)i w ogóle nie rozmawiamy o bieganiu.

2015 Skoor

Sam o sobie:

Nazywam się Tomasz Korzeniowski - forumowy Skoor, lat 35. Jestem mężem, ojcem, złotą rączką, nieaktywnym graczem i oczywiście biegaczem - czasem mniej aktywnym, czasem bardziej, ale jak najbardziej biegaczem. Pracę określiłbym jako fizyczną ale statyczną czyli generalnie po pracy jestem sztywny i obolały w dziwnych miejscach ;)
Biegać zacząłem w 2013 roku pod wpływem impulsu przy porannej kawie. Ot rano sączyłem ten zacny trunek, a południem truchtałem swój pierwszy marszobieg. Nie pamiętam jak mi było podczas tego pamiętnego biegu, ale chyba całkiem nieźle bo opisuję to teraz. Z biegiem lat udało się osiągnąć przyzwoity poziom wytrenowania który na chwilę obecną jest chyba poza moim zasięgiem, czyli przeszedłem w fazę wynikowego regresu. Zastanawiając się co mnie w bieganiu najbardziej pociąga dochodzę do wniosku, że są to trendy/idee które są trochę poza głównym nurtem biegowym. Zaczęło się od Ciebie Adamie i Twojego materiału, że każdy zdrowy osobnik z marszu może biec 30min ciągiem. Jak to!!! Szok!!! To nie muszę robić planu 6-tygodniowego?! No i okazało się, że faktycznie, nie muszę. Okres 2013/14  przypadał na rozkwit nurtu minimalistycznego. Nurtu którego spróbowałem i się odbiłem stwierdzając, że to jednak ślepa uliczka. Kolejnym kamieniem milowym była współpraca z Rolandem znanym na forum jako Rolli. To jego wsparcie i porady (oraz plany które dla mnie układał) wykopały mnie na wyżyny mojego biegania. Pozostał jeszcze Jacek - yacool, którego poczynania w zasadzie inspirowały mnie od 2013 roku i obok Rolliego miał on największy wpływ na to jak obecnie biegam, dzięki niemu mam też kolejne "zboczenie zawodowe" do kolekcji... Nie potrafię przejść obojętnie koło biegacza, zawsze patrzę na jego ruch, patrzę i analizuję.

Obecnie jestem trochę na rozdrożu, nie wiem czego oczekuję od biegania, ale wiem, że go potrzebuję do... "zachowania integralności strukturalnej"

2018 Keiw

Sam o sobie:

„Dzieckiem byłem”
Jestem rocznik 1972, ruchu mi nigdy nie brakowało. Same początki biegania, bardziej poukładanego, zaczęły się już w szkole podstawowej w klasie 4, czyli gdzieś w wieku 10 lat. Mieliśmy wymagającego wuefistę, który u każdego z nas coś zauważał i starał się nas zachęcać do rozwijania w tym zakresie.
Biegaliśmy i ćwiczyliśmy, było sporo ogólnorozwojówki, jakieś zawody międzyszkolne. Na krótkich dystansach przegrywałem ale już na dłuższych byłem w czołówce.

„Umysł ścisły”.
Kolejnym etapem było LO, klasa mat-fiz. W klasie było kilku chłopaków, którzy trenowali w lokalnym klubie piłkarskim. W-F w LO to była w większości gra w „nogę”, ale dogadałem się z wuefistą i w czasie gry biegałem sobie dookoła boiska. Chodziłem czasami też na spotkania z wuefistą z podstawówki, który był wtedy dla mnie mentorem i zawsze coś doradził.
Byłem typem kujona a bieganie było dla mnie odskocznią. Do nauki lubiłem się przyłożyć a później  potrzebowałem odreagować i wychodziłem pobiegać.
W jakimś momencie nauki w LO pojawił się pomysł, by spróbować się dostać na uczelnię wojskową i zostać żołnierzem zawodowym.
Oprócz nauki skupiłem się nad większą sprawnością. Biegałem już dłuższe dystanse: 10 km i więcej.
Zacząłem chodzić na basen i trenować też pływanie. Oczywiście oprócz tego dużo było różnych ćwiczeń ogólnosprawnościowych. Dowiedziałem się co jest wymagane w wojsku na egzaminach i nad tym pracowałem.

‘W dorosłość”
Na egzaminie do uczelni wojskowej był m.in. bieg na 1000 m. Pobiegłem ten dystans w 2:44 uzyskując z całej mojej grupy najlepszy czas. Na uczelnię w Poznaniu dostałem się bez problemu.
Tu biegania było sporo, np. codzienna, poranna zaprawa, którą chyba jako jeden z nielicznych lubiłem
Dodatkowo biegałem sam sporo popołudniami, jak tylko znalazłem wolny czas – na początku było z tym gorzej ale już w późniejszym okresie nie było problemów.
Tu spotkałem też osoby, które trenowały od kilku lat. Mieliśmy kierownika katedry, oficera po AWF, który sam też był biegaczem. Ustawiał nam plany biegowe i trenowaliśmy pod dystanse jakie chcieliśmy.
Dyszkę w tym czasie biegałem w granicach 33 min. Na 3 km w umundurowaniu, wojskowych butach oraz z bronią przełożoną przez plecy i maska p-gaz w pokrowcu na plecach łamałem 10 min

„Praca zawodowa”
Po uczelni i promocji zacząłem służyć jako żołnierz zawodowy. Skończyłem uczelnię jako wojskowy ekonomista – finansista, czyli w większości praca za biurkiem.
Na początku człowiek chciał zaistnieć i chwalił się , że biega. W macierzystej jednostce była grupa biegaczy, którzy całymi dniami nic nie robili tylko trenowali. MON organizował zawody i typowano 3 zawodników, którzy będą jednostkę reprezentować. W lokalnych kwalifikacjach na 3 km byłem drugi.  Pojechaliśmy z chłopakami do Bydgoszczy na zawody organizowane przez MON.
Bieg był na 10 km. Zająłem 3’cie miejsce łamiąc 33 min. Pierwsi to były jakieś osoby z wojskowego klubu sportowego Zawisza Bydgoszcz.
Wróciłem w „chwale” do jednostki ;-) I co tu się okazało?
Ja dostałem „ucisk ręki prezesa” a mój przełożony dostał nagrodę pieniężną w wysokości przekraczającej moje ówczesne uposażenie.
Wkurzyłem się i to bardzo. Wyleczyło mnie to całkowicie z chęci jakiejkolwiek rywalizacji w wojsku.
Oczywiście na początku naciski były ale zawsze można było zwalić na kontuzję i na nawał pracy.

„Daleko od domu”
Na początku 1996 r. wyjechałem na trzynaście miesięcy na służbę poza granicami kraju.
Po powrocie do kraju służyłem w kilku jednostkach awansując na kolejne stopnie.
Praca za biurkiem mnie uziemiała, ale też jako żołnierz miałem sporo ruchu i różnych dodatkowych zajęć. Zawsze starałem się wyłuskać czas na pobieganie i tam gdzie miałem możliwość na popływanie. Biegałem o różnych porach ponieważ miałem jeszcze obowiązki rodzinne.
W moim życiu pojawiła się ukochana żona i córka
Systematyczne trenowanie pozwoliło w miarę utrzymać formę, dyszki kręciłem w okolicach 35 min. Nie czułem potrzeby ścigania się. Zaliczałem bez problemu coroczne egzaminy. Czasami komuś nosa otarłem – sporo osób nie wiedziało, że biegam a takiego „finansa’ nie uważali za żadnego rywala ;-)

„Afryka”
W 2006 r. wyjechałem po raz kolejny na służbę poza granicami kraju. Tym razem była to Afryka – dzika Afryka: Kongo :-D
Pracy było dużo ale i czasu na bieganie też nie brakowało. Wkręciłem w bieganie kilka osób. Nie było współzawodnictwa, było czerpanie przyjemności z biegania – o ile można czerpać przyjemność z biegania w takim upale :-D
Po pół roku wróciłem do Polski i w związku z nabytym doświadczeniem w 2008 r. wyjechałem ponownie do Afryki, tym razem do Czadu, gdzie spędziłem 8 miesięcy.
Tu było część osób, z którymi służyłem w Kongo. Pomijam sprawy służbowe i skupiam się na sprawach związanych ze sportem.
Ponownie udało się namówić kilka osób do biegania w tym mojego serdecznego kolegę, który kończył ze mną uczelnie w Poznaniu. uważam to za swój duży sukces.
Biegaliśmy przeważnie z samego ranka lub popołudniami. Popołudniami było ciężko ze względu na upał. W Czadzie było też pełno kurzu i piasku, ale jakoś dawaliśmy radę. Często w nosie miałem jakieś kawałki chusteczek jako namiastkę filtrów.

„Warszawa”
Byłem już w kraju. Zostałem przeniesiony służbowo w pod koniec 2010 r. do Warszawy. Nowa praca, nowe wyzwania. Jak zwykle popołudniami odreagowywałem bieganiem.  W nowym środowisku nikt nie wiedział, że biegam i było mi z tym dobrze, ale  …. no właśnie od jakiegoś czasu bieganie stało się modne.
Koledzy z pracy postanowili przebiec maraton warszawski w 2011 r. Plany były na łamanie 4-5 h w zależności od stażu biegowego i wagi startowej. Ci co biegali już kilka miesięcy ambitnie chcieli łamać 4 h. Maratonu jeszcze nie było ale słyszałem nawet rozmowy o triatlonie – no działo się
Tu niestety, pierwszy raz od iluś lat, obudziła się we mnie jakaś chęć rywalizacji, wykazania się w nowym środowisku, nie wiem, może udowodnienia czegoś sobie i innym.
Nie było mi łatwo z trenowaniem, bo dodam, że co tydzień (piątek-niedziela) pokonywałem pociągiem trasę Szczecin- Warszawa-Szczecin: dom-praca-dom.
Skupiłem się więc na czterech dniach treningowych pod rząd: poniedziałek-czwartek.

„Przyszła wojna”.
Nie taka jak można pomyśleć.
Do tej pory nie biegałem dystansów dłuższych niż 22-25km. Zacząłem szukać informacji w sieci w tym z bieganie.pl. Czytałem co ludzie piszą i mając już jednak sporo doświadczenia sam sobie ułożyłem plan. Założenia miałem takie, by bez większego ciśnienia przygotować się na złamanie 3h. Dyszkę wtedy biegałem w 36:xx i uważałem, że celuję realnie.
Treningi szły jednak opornie. Tłumaczyłem to sobie przemęczeniem, długimi dojazdami. Starałem się maksymalnie wysypiać ale z każdym tygodniem zamiast być lepiej, to było gorzej.
Nigdy tak się nie czułem i zacząłem podejrzewać, że coś jest nie tak.
Z maratonu zrezygnowałem choć nadal biegałem. W sierpniu trafiłem do szpitala gdzie przebywałem do listopada! Okazało się, że w czasie pobytu w Afryce złapałem chorobę tropikalną ale lekarze podejrzewali, że to nie tylko kwestia choroby tropikalnej. W końcu przyszła odpowiedź: nowotwór złośliwy. W trybie pilnym zostałem przeniesiony na onkologię.

„Walka”
Przeszedłem 12 cykli chemioterapii. Okazało się, ze to nie załatwiło sprawy. Musiałem przejść jeszcze radioterapię: najpierw miesiąc naświetleń klatki piersiowej a później jeszcze miesiąc naświetleń jamy brzusznej.
Walka trwała. W tym czasie oczywiście zero biegania. Do szpitala miałem około 9 km i często chodziłem na pieszo. Miałem to uzgodnione ze swoją lekarz. Źle znosiłem komunikację publiczną i wolałem chodzić. Pomagały mi tez te spacery psychicznie. Na radioterapię jeździłem czasami rowerem.
W międzyczasie stuknęła mi czterdziestka ale jeszcze musiałem walczyć.
Na początku 2013 r. pojechałem do Poznania na badania PET. Z niecierpliwością czekaliśmy na wyniki. Remisja!!!
Nie obyło się bez strat. Leczenie ratowało mi życie, ale też było bardzo obciążające. Miałem uszkodzony układ krwionośny, straciłem sporo żył, serce też było bardzo obciążone, dodatkowo bezpowrotnie, w wyniku naświetleń straciłem około 30% płuc – one się nie regenerują.
Dodatkowo rykoszetem dostały inne tkanki miękkie, stawy, itp. Mam też leukopenię i niestety nadal chorobę tropikalną.

„Przyjaciel”.
Tą historię już opisywałem na forum.
Mój kolega, o którym wspomniałem wyżej, podjął decyzję w 2012 r., że skoro ja nie mogłem (walczyłem wtedy o swoje życie), to on się przygotuje i pobiegnie w Warszawie maraton w "mojej intencji" - nie wiem jak to inaczej nazwać.
Maraton pobiegł we wrześniu 2013 r. biegnąc z kartką "Biegnę dla Jarka". Nie był biegaczem, ale też nie był kanapowcem. Przygotowywał się ponad rok i by sobie krzywdy nie zrobić leciał spokojnie, kończąc z czasem ponad 4h. W roku 2014 pobiegł jeszcze raz już sam dla siebie z celem złamania 4h, który spokojnie zrealizował. Więcej maratonów nie biegał.
Taka była jego przygoda i motywacja połączona z moją osobą.

„Wśród żywych”
Byłem i jestem do dziś pod stałą opieką lekarską.
W 2013 r. wróciłem do aktywności sportowej ale poprzez rower. Bieganie wznowiłem w 2014 r. Lekarz mi zezwoliła, ale musiałem kupić pulsometr. Wczytywałem się w różne wątki właśnie na bieganie.pl szukając informacji. Do tej pory całe życie wystarczał mi zwykły stoper
Potrzebując więcej informacji postanowiłem zarejestrować się na forum bieganie.pl, tym samym rozpoczynając tam swoją internetową przygodę. Treningi biegowe przeplatałem z innymi sportami. Musiałem uważać z basenem ze względu na obniżoną odporność. Bieganie zaczęło mi dość ładnie wchodzić. Pamięć mięśniowa to chyba nie mit ;-) ale jednak w wyniku leczenia miałem „przebudowaną” strukturę całego ciała i nie mogłem szaleć.
W 2015 pobiegłem mój pierwszy, "zaległy" maraton (3:46:39).

„Obecnie”
Biegam systematycznie od 2014 r. Od tego czasu liczę też swoje „życiówki”. Nie patrzę na to co było kiedyś – w końcu to moje drugie, może nie nowe ale już „inne” życie.
Kontroluję swój puls, swoje samopoczucie. Nie spinam się na wyniki, po prostu chcę w zdrowiu nadal robić to co lubię. Przebiegłem już kilka maratonów i jeden bieg górski ultra 68 km w Lądku w zeszłym roku. W tym roku mam w planach bieg 24 h oraz wracam do Lądka ale tym razem na K-B-L 110 km.

Najbardziej jestem zadowolony, że wkręciłem w bieganie kilka osób. Stanowimy fajną paczkę, która się wzajemnie wspiera i pomimo, ze mieszkamy w różnych częściach Polski, to kilka razy w roku spotykamy się na różnych zawodach.
Dzięki obecności na forum bieganie.pl poznałem też kilka osób, z którymi koresponduję ale też kilka osób poznałem osobiście – oczywiście na zawodach.

Moje bieganie nadal jest bardzo zdeterminowane przez moje ograniczenia. Choroba tropikalna już jest łagodniejsza, ale czasami potrafi mnie pozamiatać. Muszę to wszystko uwzględniać i jakoś sobie z tym radzę.

Dziś mam 47 lat. Cały czas trzymam wagę (obecnie 72 kg.), nigdy nie utyłem co mnie cieszy. Nie liczę też kalorii, ale dbam o to co jem, tym bardziej teraz.
 :D

2003, 2007-2011, 2016-2017, Adam Klein

Sam o sobie:

Bieganie było dla mnie zawsze łatwe, przyjemne. Teraz jest najgorzej, nie jest już takie łatwe i przyjemne, ale o tym innym razem.

Nazywam się Adam Klein. Lat 51. Mam trójkę dzieci, przez wiele lat praca przy komputerze, trochę w terenie.

Zacząłem biegać "na serio" gdzieś około 2001-2002 (co opisałem tutaj). Dosyć szybko zrozumiałem, że starty w zawodach mnie nie kręcą. Ale samo bieganie było jak narkotyk, zwłaszcza, w czasach, kiedy biegałem nieźle. Zaczynałem od spokojnego truchtu, zawsze sobie wtedy mówiłem, że właściwie to się dopiero do truchtu rozgrzewam. Po jakichś 10 minutach już truchtałem normalnie, tzn spokojnie i w tempie poniżej 5 min/km. Potem się mimowolnie rozpędzałem i po kilkunastu kilometrach czułem, że żyję. leciałem wtedy gdzieś w okolicach 4:20-4:30, z niskim tętnem, czasem mocniej. Kiedyś w sobotę rano pobiegłem trochę potruchtać, wyszło około 20 km, średnio po 5:10. Nie wiedziałem potem co mi nie pasuje. Dopiero po południu zrozumiałem, że byłem zwyczajnie nie wybiegany. Wyszedłem i pobiegłem te same 20 km ale już po 4:30. I wtedy czułem się dobrze. To była największa frajda. A zawody? Nie wiedziałem po co miałbym brać w nich udział. Raz wystartowałem w maratonie (Berlin 2002, 2:57:48), to jedyne zawody z jakich potrafię podać wynik, datę, miejsce imprezy. Wszystkie inne to raczej towarzyska zabawa lub tak zwane jajca (jak się potem okazywało tylko ja wiedziałem, że to jajca, za co moja żona ma do mnie pretensje, bo np w środowisku crossfitowym podobno krąży gdzieś z mojej winy jakaś legenda, że crossfit jest sportem lepiej rozwijającym  wytrzymałość biegową niż bieganie, bo w pojedynku zawodnika crossfitu z redaktorem naczelnym Bieganie.pl w teście Coopera wygrał crossfitowiec, takich przypadków było jeszcze kilka, sorry Kuba, że nie potraktowałem naszego Rzeźnika z należną powagą).

Dzisiaj niestety jestem baaardzo daleko od siebie sprzed 15-16 lat. Starszy, cięższy, ale ciągle licze na to, że jeszcze kiedyś poczuję wiatr we włosach.

Na forum Bieganie.pl zarejestrowałem się w 2002 roku, czyli w momencie mojego biegowego “szczytu”. Potem biegałem już tylko coraz wolniej i wolniej. Obserwowałem pogarszanie się mojego poziomu etapami. Paradoksalnie, pierwszy duży negatywny skok nastąpił jesienią 2007 roku, czyli w momencie uruchomienia Bieganie.pl pod moim kierownictwem. Od tego momentu miałem po prostu mało czasu na bieganie, bo przez blisko jeszcze dwa lata pracowałem jednocześnie w banku. Kończąc pracę w banku, czyli kończąc łączenie dwóch etatów byłem “strzępkiem” ;) biegacza. Wymieniony wcześniej Kociemba nie mógł kiedyś uwierzyć, że na biegu na 10 km nie mogłem złamać wtedy 1 godziny. Ale to były czasy kiedy stosunkowo szybko byłem w stanie się odbudować i ciągle wydawało mi się że gdyby tylko się przyłożył to ponowne łamanie 40 minut na 10 k jest “tuż za rogiem’” i generalnie, że moja biegowa “kariera” (faktycznie bardzo krótka) jest jeszcze przede mną.

To się nie udało, ale liczę, że może teraz po rozstaniu z Bieganie.pl uda mi się jeszcze kiedyś zrobić sportowo coś z czego będę zadowolony. Chociażby Rzeźnik solo czy Grań Tatr solo w niezłym jak na emeryta czasie.


Może niektórym użytkownikom wydać się dziwne, że jako tych "ważnych" wymieniłem tylko użytkowników z tego pierwszego,  dla mnie "dziewiczego" okresu, ale faktycznie tamten okres był dla mnie biegowo szczególny a wszystko co działo się po roku 2007 stało się pracą a nie hobby, ze wszystkimi tego konsekwencjami.