Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
Odpowiedzialność trenera - odpowiedź na zarzuty czytelników
Chciałbym napisać komentarz do dyskusji, ale ponieważ poruszono wiele wątków, więc muszę to zamienić w jakiś tekst nie na forum. Oczywiście jeśli ktoś czuje potrzebę do polemiki nie przez forum to zapraszam.

Najważniejszy temat: Czy trener jest za zawodnika odpowiedzialny? Generalnie. Nie chodzi o ten konkretny przypadek.

Chciałbym wszystkim przedstawić mój punkt widzenia.

Mówimy, że ludzie którzy trenują (tzn zawodnicy) to są dorośli ludzie, sami decydują się na trenowanie. Padły tutaj porównania, że jeżeli prowadzimy samochód i spowodujemy wypadek, to ani nasz nauczyciel nauki jazdy ani producent samochodu nie odpowiadają za nasze zdrowie,

Czy jednak nasz instruktor nauki jazdy nie odpowiada za nas w trakcie kursu nauki jazdy, kiedy siedzi obok ? Przecież to jest analogia z trenerem, który „prowadzi” nas do wyniku.

Czasami jestem pytany o to, dlaczego ja nie trenuję zawodników. Mam przecież jakieś własne koncepcje, produkuję się na łamach bieganie.pl na temat takich czy innych koncepcji, ba, sam je wymyślam. Do tego regularnie otrzymuję propozycje, żeby kogoś trenować, tylko dwa razy w życiu zdarzyło mi się na to zgodzić, ale generalnie odmawiam. Dlaczego? Ze względu na odpowiedzialność. Czuję, że jeśli miałbym być trenerem to musiałbym być za zawodnika odpowiedzialny, bardzo się angażować nie tylko w trening ale i jego życie. Oczywiście im trudniejszy przypadek tym konieczność większego zaangażowania się. Takie zaangażowanie wymaga czasu i poświęcenia, czas to pieniądze czyli gdybym miał kogoś trenować to musiałbym pewnie brać ze 3 tysiące zł na miesiąc.

To jest moja stawka (teoretycznie, bo przecież nikogo nie trenuję, te dwa przypadki to było hobbystycznie). Biorę pieniądze, biorę odpowiedzialność. Nawet jeśli przyjmuję, że człowiek jest dorosły. Dlaczego go trenuję?

1. Bo on tego chce, czyli ma do mnie zaufanie, wierzy, że moja wiedza sprawi, że stanie się lepszym biegaczem i że jeśli prowadzę go jakąś wybraną przeze mnie drogą, to to jest droga na której nawet jeśli on nie rozumie ryzyk, to ja je rozumiem.
2. Bo ja tego chcę, jestem gotowy podjąć się wyzwania i sprawić, że ten człowiek będzie lepszym biegaczem ale że ten lepszy poziom osiągniemy w sposób gdzie nie ryzykujemy jego życiem, mimo że w sposób kontrolowany jestem w stanie zaryzykować działania które nie są powszechnie rozumiane jako zdrowe.

To trochę jak z przewodnikiem wysokogórskim. Jeśli idzie z kimś w góry i bierze na siebie odpowiedzialność, że go przeprowadzi taką czy inną trasą, to bierze za tego człowieka odpowiedzialność, nawet jeśli tamten podpisze mu wszystkie cyrografy zdejmujące ryzyko prawne.   

Co teraz się dzieje, jeżeli mój zawodnik nie robi tego czego od niego oczekuję? Jeżeli robi coś co uważam za niewłaściwe i nie chce się podporządkować moim sugestiom ? Rezygnuję ze współpracy. Inaczej byłoby to nieetyczne. Dlatego zresztą skończyła się moja współpraca z Jarkiem Gniewkiem. Jarek nie będąc przygotowanym chciał startować w różnych dziwnych biegach. (z Jarkiem nadal się chyba lubimy).

Oczywiście duże pieniądze, to możliwość pracy z zaledwie kilkoma zawodnikami. Małe pieniądze, oznaczają, że jeden trener takich zawodników ma wielu. Pewnie nawet 50 lub więcej.

Kiedy pojawia się odpowiedzialność? Kiedy weźmiemy pieniądze? Kiedy zdecydujemy się kogoś trenować? Nie wiem tego dokładnie. Jeżeli współpraca z zawodnikiem wygląda tak, że co jakiś czas wysyłamy mu plan a on daje nam co najwyżej feedback jaki wynik zrobił na zawodach, to wielkiej odpowiedzialności nie ma. Tak naprawdę, nie wiemy co się z tym zawodnikiem dzieje, wierzymy, że nic złego, nawet jeśli nie ma progresji, kasa płynie, progresja pewnie będzie prędzej czy później.

Co innego jednak kiedy znamy zawodnika, kiedy z nim rozmawiamy, kiedy zaczyna on nam przekazywać informacje o swoim stanie zdrowia. Skoro zawodnik przekazuje nam informacje o swoim stanie zdrowia to jest dla nas jakiś komunikat. Nawet jeśli zawodnik zgrywa herosa i próbuje minimalizować powagę swojego stanu. Obowiązkiem trenera jest wg mnie zainteresować się co się dzieje. Bo skoro zawodnik nam o czymś mówi to oczekuje, że my (trenerzy) to przeanalizujemy i zrobimy z tego właściwy użytek (np. mniej takiego lub więcej takiego treningu). Jeżeli trener nie podejmuje się analizowania stanu zdrowia zawodnika to powinien mu to jasno powiedzieć:

„Słuchaj, nie opowiadaj mi o swoim zdrowiu, nie jestem lekarzem, nie wiem co Ci dolega, jeśli coś Cie niepokoi idź do lekarza”.

Tylko który trener tak powie? Żaden. Dlatego zawodnik mniema, że trener wprawdzie nie jest lekarzem ale jako, że jest trenerem to ma większe doświadczenie i jeśli będzie działa się coś naprawdę niepokojącego to podejmie odpowiednie kroki.

Pisałem już, że generalnie mamy dwie grupy zawodników. Takich, których hamulce włączają się wcześniej i takich, których hamulce włączają się później lub się nie włączają. Jeśli trener bierze pieniądze od człowieka, któremu hamulce się nie włączają to jest w 100% współodpowiedzialny za wszelkie konsekwencje.

Albo nie trenuje takiego zawodnika, albo jest współodpowiedzialny Nie ma innej możliwości. Za dzieci bierzemy odpowiedzialność bo ich świadomość, ich hamulce się jeszcze nie wykształciły. Jeżeli ktoś skończył 18 lat i ma nadal nie wykształcone hamulce to albo z nim nie pracujemy albo jesteśmy współodpowiedzialni.

Wyobraźmy sobie, że nieżyjący Paweł był osobą, której hamulce się nie włączały. Ale był fajnym gościem, lubili się z trenerem, płacił trenerowi (tego nie wiem, tylko zakładam). Ktoś się mnie zapytał: „W jaki sposób trener mógł zmusić 38 letniego upartego człowieka do tego, żeby się zbadał ?”

Zaprzestać  z nim współpracy natychmiast po uświadomieniu sobie tego, że zawodnik nie wykonuje poleceń (poleceń w stylu „Zbadaj się!”). Czy ja bym potrafił zrobić to natychmiast? Bez wahania? Czy nie zachowałbym się tak samo jak Hubert (nie wiem jak się zachował Hubert, tylko gdybam. przyjmuję, że nakazywał się Pawłowi udać do lekarza a on tego nie robił)? Czy gdyby Paweł przyszedł do mnie w niedzielę (lub sobotę) przed maratonem i powiedział, że czuje się źle ale, że chce przebiec chociaż 25 km czy zabroniłbym mu pod groźbą zerwania współpracy? Nie wiem. Może powiedziałbym mu jakiś frazes w stylu: „Ale uważaj na siebie, jutro musisz iść do lekarza”. Nie wiem. Być może. Być może jeszcze tydzień temu bym mu tak powiedział. Na pewno nie powiedziałbym tak dzisiaj. Na szczęście dla mnie, nie znalazłem się w takiej sytuacji, na nieszczęście dla Huberta on się w takiej znalazł.

Poruszam ten temat dlatego, bo chcę, żeby każdy trener, który trenuje 50 czy nawet 10 zawodników   uświadomił sobie, że jest za nich współodpowiedzialny. I jeżeli przychodzi o was zawodnik i skarży się na stan zdrowia to musicie działać na rzecz jego zdrowia. Tylko i wyłącznie. Jeżeli zawodnikowi coś się stanie będziecie współodpowiedzialni.

Wracając do tej konkretnej historii. Nie interesowały mnie relacje trener – zawodnik. Interesowało mnie jakiego rodzaju komunikat przekazywał Paweł Hubertowi nie po to, żeby robić wkoło tego sensację ale po to, żeby się nauczyć, a potem nauczyć WAS, jakiego rodzaju symptomy mogą być niebezpieczne. Ciągle słucham od kardiologów i lekarzy różnych okrągłych zdań o potrzebie badań itd. ale rzadko słyszę konkrety. Jakie symptomy są niebezpieczne? Jak powinienem się czuć, żebym wiedział, że nie ma mowy o biegu?

Oczywiście etos niezniszczalnego herosa także trochę nad tą sytuacja ciąży. Rozmawiałem dzisiaj z kimś i ta osoba uświadomiła mi jakiej nieodpowiedzialności dopuściła się Agata Matejczuk i organizatorzy lub sędziowie (nie wiem kto dokładnie) w trakcie ostatnich Mistrzostw Polski w biegu 24 godzinnym, kiedy po zemdleniu, podawaniu kroplówki zdecydowała się biec dalej a organizatorzy jej nie zdyskwalifikowali. Matka trójki dzieci? Halo! Jest tam kto? Pewnie takich przypadków jest więcej. Organizatorzy czasami muszą być twardzi, sędziowie muszą być twardzi, trenerzy muszą być twardzi żeby przeciwstawić się tego typu zachowaniu. Nie może być tolerancji dla szastania własnym zdrowiem. Nasze zdrowie nie jest tylko nasze, od nas uzależnieni są inni. Tłumaczenie, że jesteśmy dorośli jest nie na miejscu. Jeżeli ktoś koniecznie musi szastać własnym zdrowiem to niech to robi sam, na własny rachunek, bez konsekwencji dla innych.

Czy badania są konieczne?

Często przewija się przy okazji powracający temat obowiązkowych badań dla biegaczy. Z moich doświadczeń i obserwacji wynika, że byłaby to fikcja poprawiająca najwyżej stan finansów dużego sektora prywatnych przychodni. Jestem pewien, że lobbing tego sektora zaciera ręce w związku z ostatnim nieszczęśliwym przypadkiem. To argument dla prawodawcy, że: „Proszę, nieodpowiedzialni biegacze nie wiedzą co czynią, trzeba ich przebadać.” Wiem z rozmów, wywiadów, że badania, nawet przy zrobionym EKG czy Echo Serca to sito przez które gładko przejdzie znaczna większość zawodników i nie daje to żadnych gwarancji, że ktoś z nich potem nie umrze na zawodach. Z drugiej strony, czy jest prawdopodobieństwo że obowiązkowe badania spowodują, że zostaną wychwycone jakieś choćby nieliczne przypadki, gdzie bieganie jest rzeczywiście ryzykowne?” Pewnie jest. Więc może dla dobra ocalenia tych kilku jednostek biegacze powinni poświęcić swoją „wolność obywatelską” ?

Jestem jednak przekonany, że organizatorzy mogą już teraz zrobić coś więcej niż tylko zatrudnić najlepsze możliwe zabezpieczenie medyczne. Mogą zmusić zawodników przy rejestracji do wypełnienia ankiety zdrowotnej, która zmusi zawodnika do refleksji w trakcie jej wypełniania. Do jakiej refleksji?

Mowa ciała

Otóż stawiam tezę, że prawdopodobnie w znacznej większości przypadków (a może zawsze?) nasze ciało wcześniej informuje nas o tym, że coś jest nie w porządku. A my lekceważymy te objawy. Dlatego tak chciałem poznać jakie komunikaty przekazywał Paweł, bo to dla nas jako środowiska niezwykle ważna informacja na przyszłość.

Ciało mówi nam, że coś jest źle, my to lekceważymy, biegamy, startujemy, jakoś to w końcu się po kościach rozchodzi, ale nie wiemy czy gdzieś tam nie powstają jakieś trwałe ślady które w przyszłości będą powodami już poważniejszych problemów, jakichś zaburzeń rytmu, niewydolności jakiegoś składnika systemu krążenia. Taki formularz przy każdej rejestracji stale przypominałby zawodnikowi o tym, że jakieś objawy czy nasze cechy są w formularzu nazwane, określone i że być może trzeba się jednak zastanowić. I dopiero wtedy iść na badania wskazując lekarzowi co konkretnie wywołało nasz niepokój i dopiero wtedy robić badania ukierunkowane na konkretną sprawę.

Wszystkich tych, którzy poczuli się zawiedzeni moim postępowaniem, że wg nich jest to szukanie sensacji i że zawiedli się na bieganie.pl i nas opuszczą chciałem powiedzieć, że bardzo żałuję. Każdy czytelnik jest dla mnie cenny. Dosłownie i w przenośni. Nie powiem wam: „Nic nie szkodzi, jest tyle portali, znajdźcie sobie inny”. Powiem wam, że to co robię, robię dlatego, że w to wierzę, że tak trzeba. Zarzucacie mi, że miałem czekać na pogrzeb? Nie ma na co czekać. Taka sytuacja może się powtórzyć dzisiaj, jutro. Statystyka pokazuje, że mam za sobą więcej lat niż większość czytelników bieganie.pl, także więcej niż większość trenerów trenujących biegaczy amatorów. Jak wiadomo "mądrość rośnie z wiekiem” (żeby nie było zbyt megalomańsko, niech będzie: "doświadczenie rośnie z wiekiem") więc może musicie mi zaufać.