Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
Motywacja, czyli przestrzeń pomiędzy uszami

Motywacja, czyli przestrzeń pomiędzy uszami

Wychowałem się na peryferiach Warszawy. Tuż obok była Puszcza Kampinoska ze
Wojtek Wysocki
05-03-2007

Wychowałem się na peryferiach Warszawy. Tuż obok była Puszcza Kampinoska ze swymi urokami. Odkąd tylko pamiętam łaziłem tam godzinami, najpierw pod opieka dorosłych a potem zapuszczałem się sam.


Najbardziej pasjonowały mnie pozostałości wojenne. Uwielbiałem odkrywać linie okopów i umocnień, odkrywałem miejsca pochówku partyzantów.


W całym tym odkrywaniu zawsze pozostawało uczucie niedosytu. Ciągle chciałem wiedzieć co kryje się za następnym pagórkiem czy zakrętem.


Po latach miałem nareszcie sposobność zaspokojenia swojej ciekawości - zacząłem biegać zawodniczo, a w miarę progresji wyników stałem się profesjonalistą.


Zanim do tego doszło miałem możliwość wykazania się na lekcjach WF. Jeśli jednak myślicie, że byłem "orłem", to jesteście w błędzie. Grając w piłkę i starając się ją kopnąć najczęściej trafiałem... w ziemie. Jeśli już strzeliłem bramkę, to... własnej drużynie. Podczas sprawdzianów biegowych przegrywałem z... dziewczynami w sprincie. Największym "hitem" były skoki przez skrzynie, kiedy to cała klasa zaśmiewała się ze mnie do rozpuku. Krotko mówiąc byłem kompletnym patałachem, którego nikt nie chciał widzieć w swojej drużynie.


Muszę dodać, że w tym czasie trenowanie w klubie sportowym było wielkim szpanem (dzisiaj wołami nie zaciągniesz). Sami wiec widzicie jak nikłe były moje szanse na sportową karierę. Wyrobił się we mnie kompleks niższości i wiara w osobistego pecha. Tak, tak - kiedy zbliżał się termin atrakcyjnej wycieczki szkolnej, na której szalenie mi zależało, to w dzień wyjazdu budziłem się z wysoką gorączką. Życiorys jakby na miarę Piszczyka z "Zezowatego szczęścia".


Nietrudno zgadnąć jak potoczyłyby się moje dalsze losy gdyby nie przypadek. Byłem w trzeciej klasie ogólniaka, kiedy natknąłem się na Piotrka - dawnego kumpla z podstawówki. Kumplowanie polegało miedzy innymi na odpisywaniu wypracowania z polskiego. To znaczy: mnie zajmowało pięć, sześć godzin opracowanie i napisanie, a Piotrkowi godzina lekcyjna na odpisanie. Nauczycielka zawsze prosiła ochotników o odczytanie "wypocin". Ja się nie wyrywałem bo - wiadomo - kompleks niższości. Po ochotnikach przychodziła kolej na "niewolników". I wtedy trafiało na Piotrka, który czytając moje wypracowanie dostawał... piątkę!


To właśnie Piotrek był przypadkiem, który odmienił moje życie namawiając do biegania. Czas nie mógł być odpowiedniejszy - byłem w dołku psychicznym po tragicznej śmierci ojca, zacząłem palić, zawalałem naukę.


Amerykanie mówią "timing is everything". W mojej sytuacji powiedzenie to sprawdziło się w stu procentach. Właśnie wtedy intensywnie czegoś poszukiwałem - czegoś, co oddaliłoby przytłaczające uczucie beznadziei. Fakt, iż baza wypadowa biegaczy mieściła się w mojej starej podstawówce (czyli blisko domu) sprawił, że ani chwili się nie zastanawiałem. Już za dwa dni stawiłem się na pierwszym treningu.


Do dziś pamiętam jak rozpierała mnie duma po dobiegnięciu do półmetka trasy treningowej. Owego słonecznego zimowego poranka przebiegłem aż sześć kilometrów bez zatrzymywania się! Nareszcie byłem w czymś dobry!


W drodze powrotnej cała grupa bez litości zostawiła mnie, ale to nie było ważne. Liczyło się że zadziwiłem sam siebie i to było wielką motywacją do dalszych treningów - promyk nadziei do wydobycia się z mrocznego tunelu.


Całe to zauroczenie nie trwałoby zbyt długo gdyby nie ukochana Puszcza Kampinoska. Odżyła we mnie pasja odkrywcy. Biegałem coraz dłużej i dalej by poznawać coraz to nowe ścieżki. Wkrótce zacząłem zapuszczać się aż pod Palmiry, bo cały teren w promieniu piętnastu kilometrów od domu miałem dokładnie "obcykany". Nie biegałem więc z myślą o liczbie kilometrów ale o ilości wrażeń wyniesionych z treningu.


Co prawda na pierwszy obóz sportowy nie załapałem się, ale podczas ferii zimowych codziennie pokonywałem po dwadzieścia kilometrów na nartach biegowych. Trener nie wierzył że samemu chciało mi się cokolwiek robić, a poza tym chyba nie rokował wobec mnie żadnych nadziei.

Niedługo potem odbyły się moje pierwsze zawody - Przełajowe Mistrzostwa Warszawy w Podkowie Leśnej. Na dystansie czterech kilometrów było nas prawie dwustu. Był to spęd wszystkich dyscyplin sportowych - od lekkoatletów do kolarzy i kajakarzy.

Przed startem ustawiłem się na samym końcu bo nie chciałem by mnie stratowano. Co prawda Piotrek pożyczył mi kolce ale były o dwa numery za duże i balem się żeby nie spadły. Obawy te nie spełniły się, a w dodatku tempo biegu nie było aż takie straszne. Zacząłem wszystkich wyprzedzać i dochodziłem czołówkę ale zabrakło mi dystansu bo zaraz była meta. Zająłem wtedy dwunaste miejsce. Trener z radości skakał do góry a stojący obok Jan Mulak pogratulował mi udanego debiutu. Było się z czego cieszyć - zaczynałem biegać w styczniu, a przełaje odbyły się już w marcu.


Po roku na tej samej trasie byłem drugi, po dwu - pierwszy.


Zadziwiające było moje przeistaczanie się w miarę poprawy wyników. Nabrałem pewności siebie, przestałem wierzyć w osobistego pecha, a grając w piłkę zacząłem strzelać bramki nie sobie ale przeciwnikom.


Do tej pory nie dane mi było poznać smaku sukcesu, cóż wiec dziwnego, że uczepiłem się tego biegania jakbym walczył o życie. I chyba faktycznie tak było. Gdzież ja bym teraz był i cóż znaczył gdyby nie codzienna dawka kilometrów?


Niewątpliwym atutem w tej całej historii było moje miejsce zamieszkania. Mając pod nosem Puszczę Kampinoską, park w Młocinach, Lasek Bielański czy obiekty AWF łatwo było dokonać wyboru sportu. Trzeba jednak pamiętać, że zaczynałem stosunkowo późno - moi rówieśnicy zaczynali biegać jeszcze w podstawówce i z pewnością mieli lepsze predyspozycje do uprawiania sportu. Próbując im dorównać dokonywałem nadludzkich nieomal wysiłków. Po każdym treningu tempowym wymiotowałem...


Czas płynął, koledzy jeden za drugim wykruszali się, a ja ciągle się poprawiałem. Nie mogłem pozwolić sobie na powrót do codziennej szarzyzny. Już nie wystarczał jeden trening dziennie - aromat puszczańskich sosen był zbyt kuszący a sceny zapamiętane w dzieciństwie nazbyt żywe. Odnalazłem nowy sens życia i za nic nie chciałem niczego zmieniać. To była moja motywacja i tak właśnie zaprogramowałem sobie przestrzeń pomiędzy uszami. Skończył się patałach, zaczął się biegacz!