Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
Tatuaż za 2:29 - rozmowa z Krzysztofem Wiatrowskim

Krzysztof Wiatrowski, znany również pod pseudonimem TriWiatrak, jest jedną z barwniejszych postaci polskich zawodów triathlonowych. Poza tym, że na mecie robi show, dziękując kibicom za doping, ma ambitne plany wynikowe. Zwłaszcza jeśli chodzi o bieganie, które ukochał najbardziej spośród triathlonowych konkurencji. Nam opowiedział, jak poradził sobie z traumą po wypadku na rowerze, czy drugi raz ogoliłby się na łyso w ramach akcji charytatywnej, jaki ma patent na przełamywanie kryzysów podczas długich wyścigów oraz jak wyglądają nietypowe zawody swimrun.


Jak samopoczucie po starcie w Gdyni? Długo dochodzi się do siebie po połówce Ironmana?

Już następnego dnia czułem się dobrze. Przed startem borykałem się trochę z problemami z kostką i więcej, niż 10 kilometrów nie mogłem tak naprawdę biegać, ale jakoś poszło. Ten półmaraton na końcu mi w miarę poleciał. W niedzielę (zawody Ironman Gdynia odbyły się 6 września – przyp.red.) byłem totalnie zaryty, ale w poniedziałek już poszedłem normalnie trenować.

Mówisz, że bieganie „jakoś poszło” ale sprawdziłem wyniki i półmaraton poleciałeś, jak niektórzy zawodnicy z kategorii PRO. Było 1:25?

Zgadza się. Nawet dystans był domierzony, bo wyszło coś 21,5 km, a często Gdynia jest skrócona. Chciałem to pobiec szybciej. Pierwszą dychę leciałem poniżej 4 minut na kilometr ale potem przyszedł kryzys.wiatrak_1.jpg Ironman Gdynia to zawody, których nie odpuszczasz. Nie przeszkodziła pandemia, a kiedyś nie przeszkodził wypadek. Możesz opowiedzieć o tym więcej, to było na treningu kolarskim, tak?

Miałem trzy minuty do domu. To było na tydzień przed 1/2 Ironmana w Gdyni. Wracałem z treningu, jechałem na drodze z pierwszeństwem, a gościu zjeżdżał z obwodnicy, wiesz jak są takie ślimaki... Jechał dostawczym Ducato, spojrzał tylko w prawo i ruszył. Ja jechałem z jego lewej i po prostu ściągnął mnie z drogi. Samo uderzenie to była masakra. Poleciałem jak jakaś marionetka, uderzyłem głową o asfalt, nie mogłem złapać oddechu. Rower zniszczony całkowicie, a kupiłem go raptem tydzień wcześniej. Kask uratował mi łeb, więc serio jeździjmy w kaskach, bo naprawdę ratują życie. W szpitalu leżałem całą noc na desce, aż mnie przebadali i pozwolili zejść. Pamiętam, że pierwsze moje pytanie do lekarza brzmiało – Czy mogę za tydzień wystartować?

A doktor pewnie na to – Jasne proszę pana, jak najbardziej? (śmiech)

Tak (śmiech). Powiedział, że zaleca, żeby nie startować, ale jak bardzo chcę to tylko na własną odpowiedzialność. Było podejrzenie, że może być jakiś wyciek ze śledziony, czy coś takiego... No, ale koniec końców wystartowałem.

Ukończyłeś po ponad 6 godzinach. Biorąc pod uwagę, że normalnie byłeś wtedy na poziomie bliższym 5 godzin, to chyba musiałeś porządnie zgonować"...

Gdy wyszedłem z wody, to ludzie mówili, że byłem blady, dosłownie biały. Jakoś na tym rowerze się przemęczyłem, ale jak zsiadłem, to powiedziałem, że nie biegnę, że mam dosyć. Ale ubrałem buty i doczłapałem. Jest w sieci filmik, jak dziękuję kibicom na mecie. Od tego zaczęło się moje celebrowanie finiszów. Robię rundkę honorową... Ci ludzie stoją wiele godzin, czekają, kibicują, więc chcę z każdym przybić piątkę i podziękować.

Wracając do wypadku. Została trauma?

Na początku ciężko było mi jeździć. Każdy samochód powodował paraliż. Ale wychodziłem na rower, żeby to złamać. Chyba się udało. Aczkolwiek cały czas masz w głowie ten wypadek, wiesz, że to jest niebezpieczne i że nigdy nie możesz być pewny, czy wrócisz z treningu do domu. Od potrącenia chyba nie zdarzyło mi się ubrać na czarno. Jeżdżę w samych kolorowych, że tak powiem „oczowalących” strojach, żebym był widoczny z daleka. Więc gdzieś tam widocznie to w głowie ciągle siedzi.

Wypadki wśród kolarzy są chyba dość częste. Kojarzę, że Marcin Konieczny miał niedawno podobną „przygodę”.

Zdarzają się bardzo często. Co chwilę na różnych forach facebookowych czytam, że ktoś został potrącony. Naprawdę – co chwilę. Ponoć bardzo się to nasiliło po tej covideowej kwarantannie, jakby ludzie wypuszczeniu z domów zaczęli mocniej cisnąć samochodami...

Co do Covida, wiem, że miałeś sporo planów startowych na ten sezon, ale pandemia je pokrzyżowała. Miał być maraton w Londynie, w Norwegii, w Walencji... Tymczasem wyszło na to, że jednym z ważniejszych biegowych wydarzeń był póki co sprawdzian na „piątkę”. Gdzie to biegałeś?

Można powiedzieć, że trasa atestowana, bo kółkiem zmierzył ją mój trener Piotr Suchenia. To był asfalt niedaleko Redy, ruch tam jest minimalny, a na odcinku za szlabanem auta nie jeżdżą już wcale. Trasa była delikatnie pofałdowana, biegłem na zmęczonych nogach, a mimo tego wyszło super.wiatrak_5km.jpg Miałeś świetną obsługę ze strony trenera, który jechał na rowerze (Krzysiek zgonuje" po sprawdzianie na zdjęciu powyżej). To dużo pomogło?

Tak, to było ekstra! Trener z żoną mnie poganiali. Piotr pilnował czasu, więc ja zupełnie nie patrzyłem, jakim tempem lecę. Iwona mnie z kolei batowała". Samemu byłoby ciężko tak pocisnąć. A dzięki nim - poszedłem w trupa.

16:39 tym bardziej robi wrażenie, że masz już dość poważne 43 lata. Grubo pobita życiówka?

Już nie pamiętam poprzedniej, ale chyba nie pobiłem jakoś grubo, może o 20 albo 30 sekund...

No to grubo! 20 sekund na piątkę to już konkret.

No w sumie masz rację, na takim krótkim dystansie to już trochę jest. Chociaż moje marzenie to bujać się bliżej 15 minut.

Jednocześnie trenując do triathlonu?

Właśnie jestem trochę rozdarty pomiędzy bieganiem a tri. Ogólnie moim marzeniem jest pobiec maraton poniżej 2:30. Według Piotra jest to do zrobienia, ale musiałbym odstawić triathlon. Mówi, że mógłbym trochę zamieszać w lokalnych „podwórkowych zawodach”...

I co Ty na to?

Moje serce jest rozdarte. Póki co ustaliliśmy, że w przyszłym roku w pierwszej kolejności szykujemy się na 1/2 Ironmana w Gdyni i chciałbym tam zrobić 4:30. Z rozpędu we wrześniu robimy całego Ironmana, tam rozmieniam 10 godzin, chciałbym 9:30... W październiku lecę maraton w Londynie, ale pewnie ot tak, żeby zrobić. I w grudniu w Walencji, o ile się odbędzie, będę chciał złamać 2:40.

Widzę, że przyszły rok masz już rozplanowany w detalach...

Ja zawsze muszę mieć plan, muszę wiedzieć dokąd idę. Śmieję się, że grafik startów mam ustalony na 2 lata z góry.TRI_wiatrak.jpg Zainteresował mnie Twój niedawny start w konkurencji, co się zowie – swimrun. Startowałeś w duecie z Aleksandrą Muchą i mieliście wspólnie pokonać maraton, ale w formule 35 km biegu, 7 km pływania. Jak to wyglądało technicznie?

Technicznie wygląda to tak, że płyniesz w piance, w założonych butach i pullbouy (specjalna pianka ułatwiająca prawidłowe ustawienie w wodzie – przyp. red.) między udami. Dodatkowo mamy założone na dłoniach łapki, żeby mieć większą moc. Wychodziło się z wody, ruszało w trasę biegową i tak na przemian, potem znowu woda, bieg i tak dalej. To był nasz pierwszy raz i muszę przyznać, że swimrun bardzo pozytywnie nas zaskoczył. Kilometry mijały szybko. Trzeba było pilnować nawigacji w wodzie, potem skupić się na trasie biegowej, żeby się nie zgubić. Bieg miał charakter przełajowy i muszę przyznać, że krajobraz był obłędny. Te chaszcze czy błoto, w którym Ola się taplała po sam pas, to było ekstra. Niestety nie udało nam się ukończyć. Musieliśmy się wycofać, bo Ola skręciła kostkę i to dwa razy.
Ból był na tyle duży, że stwierdziliśmy jednogłośnie, że oszczędzamy nóżkę i wystartujemy w kolejnych zawodach swimrun w Nidzicy. To był nasz pierwszy DNF
(Do Not Finish - przyp.red.)... Ale przyjmujemy go na klatę z uśmiechem. Plan był taki, aby się dobrze bawić. Ze swojej strony bardzo dziękuję Oli za wspólny start, za walkę i za wspólną zabawę. Jestem z niej bardzo dumny. Wrócimy silniejsi. Każdemu polecam chociaż raz wystartować w takiej formule.

Chciałem Cię podpytać o działalność charytatywną. W podcaście na triathlonlife.pl powiedziałeś, że w skali roku udaje Ci się uzbierać nawet kilkanaście tysięcy złotych. Aktualnie masz na horyzoncie jakąś akcję tego typu?

Robię je z reguły dwa razy w roku. Najbliższą planuję na święta. Wygląda to w ten sposób, że albo wystawiam jakieś swoje rzeczy na licytację, na przykład bluzy z logo Triwiatraki, albo można wylicytować spotkanie. Kiedyś Wojtek Suchowiecki z Klubu Sportowego Nie Ma Nie Mogę napisał do mnie: „Ej, weź wrzuć kawę z tobą, będziemy licytować!” Ja mu na to, że chyba głupi jest, przecież nikt nie będzie chciał iść ze mną na kawę (śmiech). Ale okazało się, że trzy kawy poszły. Był też trening biegowy ze mną i poszedł za 500 złotych. Dostaję odżywki od ALE, to też je przekazuję na licytację, także staram się pomagać, tyle ile mogę. Była też akcja dla fundacji Rak'n'Roll, że jeśli uzbiera się 5000 złotych, to ogolę sobie głowę. Doszło chyba do siedmiu tysięcy, więc musiałem się ogolić.

Musiałeś wyglądać jak zbir.

Długo się z tą nową fryzurą nie mogłem oswoić. Chowałem się pod czapką. Nawet powiedziałem sobie, że już więcej niż takiego nie zrobię... No chyba, że stawka będzie naprawdę duża.

Może następnym razem zaproponuj, że zgolisz sobie włosy na nogach...

Nogi już mam ogolone, więc to by nie chwyciło (śmiech).

Wspomniałeś, że w przyszłym roku planujesz zrobić całego Ironmana. Dwa już masz na koncie. Co się myśli po niespełna 4 km pływania, ponad 180 km jazdy na rowerze, gdy do pokonania zostaje maraton? Przecież ten odcinek rowerowy jest długi, jak pełnoprawny etap Tour de Pologne, a po zejściu z siodełka trzeba jeszcze przebiec 42.195 km...

Ja wtedy myślę, że teraz to już z górki, że najgorsze za mną, że zostało mi coś, co kocham i lubię. Bo rower i pływanie to są dyscypliny, z którymi zdecydowanie mi pod górkę. Na bieganiu się nakręcam, a jeszcze jeśli są kibice na trasie, to tak naprawdę nikt z nich nie pozwala ci przejść do marszu, bo każdy krzyczy: „Dawaj! Do przodu!”. Mnie bieganie strasznie kręci, więc jestem szczęśliwy, kiedy mogą już zdjąć buty rowerowe, założyć biegowe i cisnąć.

Co Cię najbardziej motywuje na trasie? Na długich dystansach nie jest trudno o kryzysy, które trzeba przełamywać...

Ostatnio odkryłem, że moim najlepszym patentem na motywację jest pytanie się trenera, na ile mnie wycenia. Teraz przed Gdynią zapytałem Go: „Na jaki wynik oceniasz, że jestem gotowy?” Powiedział, że na złamanie 5 godzin daje mi 0.01 % szans. Jak ruszyłem na trasę biegową to początkowo myślałem: „Zrobię to na spokojnie”. Ale jak przyszedł kryzys na drugiej dyszce, to zacząłem wątpić. Jednak miałem w głowie te 0.01% szans i to mnie zmotywowało (Krzysiek finiszował w 4:56:54 – przyp. red.). Jeśli ktoś mnie widział na trasie, to krzyczałem jakbym umierał. Lubię się wykrzyczeć w trakcie biegu, to mi daje dodatkową moc. W każdym razie podziałało. Jak biegałem maraton w Paryżu, trener powiedział, że jak zrobię 2:55 to będzie super. Zrobiłem 2:49. Lubię coś takiego mieć do głowy włożone. Z Piotrem mamy taki zakład, że jak złamię 2:30 w maratonie, to on wytatuuje sobie „I love Wiatrak”. No to dobrze – ja to zrobię! (śmiech).

 

Zdjęcia pochodzą z fp TriWiatraki na Facebooku