Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
Powypadkowi - biegacze, którym los dał drugą szansę

Mówi się, że wypadki chodzą po ludziach. Po biegaczach jakby częściej. Zwłaszcza wypadki samochodowe wpisały się w życiorysy wielu znakomitych zawodników. Niedawno o swoim powrocie na bieżnię po groźnej kraksie poinformował David Rudisha. I to jest akurat jedna z tych historii, która może zakończyć się happy endem. Nie wszyscy jednak mieli tyle szczęścia. Warto o tym pamiętać, szczególnie w okresie powrotu do domu ze świąt.

Steve Prefontaine (na zdjęciu tytułowym auto, którym kierował 30.05.1975 roku), Mbuleni Mulaudzi, Nicholas Bett to bodaj najbardziej utytułowani biegacze, dla których podróż samochodem, była ostatnią czynnością, jaką wykonywali w życiu.

W Polsce wiele osób doskonal pamięta śmiertelny wypadek Bronisława Malinowskiego, do którego doszło na moście w Grudziądzu niespełna 40 lat temu. Nasz przeszkodowiec wszech czasów przygotowywał się do ME w Atenach i coraz częściej rozważał maratoński debiut. Kto wie, może jego wynik na królewskim dystansie pozostałby niepobity co najmniej do czasów Henryka Szosta? Wypadek samochodowy zabrał z tego świata również Piotra Gładkiego, rekordzistę kraju w półmaratonie, którego 1:01:35 ma już prawie 20 lat. Nie można również nie wspomnieć lekkoatletów, mistrzów olimpijskich – choć nie biegaczy – Tadeusza Ślusarskiego i Władysława Komara.

Na szczęście niektórym sportowcom wypadki samochodowe darowały życie.

Przeszkoda trudna do pokonania

W nocy z 6 na 7 czerwca 2008 roku poważnemu wypadkowi samochodowemu uległ olimpijczyk z Aten (12 miejsce w finale), Radosław Popławski. Jeden z najlepszych przeszkodowców w polskiej historii wracał z mitingu w Kędzierzynie-Koźlu, w towarzystwie trenera oraz młodszego kolegi-biegacza Artura Olejarza.

Do wypadku doszło w wyniku wymuszenia pierwszeństwa przez innego kierowcę, który nie zatrzymał się na znaku STOP i z impetem uderzył w Volkswagena, którym jechali sportowcy. Auto miało się następnie obrócić i z dużą siłą uderzyć w słup, od strony z której siedział Popławski. Wielokrotny reprezentant Polski przeżył, ale w wyniku ciężkich uszkodzeń ciała (włącznie ze złamaniem miednicy) – na skrzyżowaniu w Polkowicach zginęły jego marzenia o drugich igrzyskach w karierze. Cel teoretycznie był w zasięgu, bo w Kędzierzynie na kilka godzin przed wypadkiem zawodnik z Nowej Soli uzyskał olimpijskie minimum B na 3000 z pprz. (8:30.73). Trzeba jednak pamiętać, że minimum A rzeczywiście gwarantujące bilet do Chin było kilka sekund lepsze (o całej sytuacji informowaliśmy na naszym portalu).80246705_2197722480328036_7194366719572312064_n.pngPo rehabilitacji popularny „Redżi” wrócił na bieżnię, ale już nigdy do formy sprzed wypadku.

- Próbowałem wrócić do biegania, ale gdy już zdawało się, że jest ok pojawiały się nowe kontuzje. Ograniczyłem się jedynie do lekkich treningów i biegania w reprezentacji Wojska Polskiego... To już nie było to... Próbowałem swoich sił w bieganiu w latach 2013-2015. Występowałem sporadycznie głównie w imprezach na terenie naszego regionu. W 2013 roku spróbowałem startu na swoim koronnym dystansie, czyli na 3 km z przeszkodami w Mistrzostwach Polski w Toruniu. Udało mi się zejść poniżej 9 minut, uzyskałem 8.57,67 i zająłem piąte miejsce – wspominał jakiś czas temu Popławski w wywiadzie dla Gazety Lubuskiej.

Come back w stylu Fabryki Snów

O tym jak niebezpiecznie bywa na drodze, jesienią 1997 roku przekonał się także Paweł Januszewski. Podobnie jak w wypadku Popławskiego kluczowym elementem otoczenia był złą sławą owiany znak STOP. Przed wyjazdem na skrzyżowanie w ostatniej chwili zatrzymał się samochód. Tuż za nim drugie auto, w którym jako pasażer podróżował utalentowany płotkarz, który dopiero co w mijającym sezonie 1997, pobił podstarzały rekord Polski. Za samochodem z Januszewskim na pokładzie - hamowała laweta, niestety na tyle późno, że z dużą mocą uderzyła w tył pojazdu. 

Wydawało się, że do niczego groźnego nie doszło. Po kilku dniach sprinter miał zostać bowiem wypisany ze szpitala. Gdy zbierał się już do wyjścia nagle zasłabł. Okazało się, że powodem jest krwiak na lewej półkuli mózgu. Wyjście ze szpitala przesunęło się w czasie, ale sam krwiak zaskakująco szybko zaczął się wchłaniać.

- Pozwolono mi dość szybko wrócić do treningów. Uznano, że krwiak wchłonął się tak szybko z tego względu, że jestem sportowcem i jeśli zabroniono by mi treningu, to organizm tylko gorzej by na tym wyszedł – mówił nam kilka miesięcy temu Januszewski (przy okazji materiału o jego pojedynku z Rusłanem Maszczenką). - Wróciłem do pełnego treningu w marcu 1998 roku i chcąc nadrobić zaległości trenowałem nawet po 3-4 razy dziennie. Rano przed śniadaniem zbijałem wagę, bo trochę mi się przytyło przez te miesiące bez aktywności. Później robiłem normalne dwa treningi, a na wieczór siłownia: ćwiczenia statyczne i uzupełniające. W maju przyplątały się jednak kolejne problemy, doznałem dość banalnego urazu naderwania mięśnia dwugłowego uda i znowu miałem przerwę. Minimum na Mistrzostwa Europy w Budapeszcie zrobiłem w ostatnim możliwym terminie, podczas zawodów w Kielcach (1 sierpnia w Kielcach Januszewski pobiegł 49.73 – przyp. red.) - wspominał.

Przez ME w Budapeszcie Polak szedł jak natchniony, bijąc rekord Polski w półfinale. W ostatecznej rozgrywce, od samego początku wystartował jak rażony piorunem i nie oddał prowadzenia do samej kreski. Choć chrapkę na to, żeby zabrać Polakowi złoto miał rozpędzony Rusłan Maszczenko. Powrót Januszewskiego na bieżnię był jednym z bardziej spektakularnych w historii nie tylko polskiej, ale też światowej lekkiej atletyki. Od wypadku jesienią 1997, przez kontuzje, które dodatkowo utrudniały trenowanie na pełnych obrotach, aż po dwa rekordy Polski i tytuł mistrza Starego Kontynentu 20 sierpnia 1998 roku w stolicy Węgier.

- Wypadek sprawił, że bardziej zacząłem doceniać to, co mam, a zwłaszcza możliwość uprawiania sportu. Do tamtego momentu przez kilkanaście lat, od wieku młodzika, gdy zdobyłem swój pierwszy medal mistrzostw Polski, ciągle byłem w treningu. Nagle wszystko się urwało. Stałem się zależny od lekarzy, od ich decyzji i diagnoz. Paradoksalnie ta wymuszona przerwa w pewnym sensie zadziałała na korzyść - powiedział nam Paweł Januszewski.

Caleb wrócił z dalekiej podróży

O tym, co znaczy powrót do rywalizacji po bardzo ciężkim wypadku samochodowym, wie również młody Amerykanin Caleb Freeman. Biegacz i uczeń Newcastle High School w stanie Oklahoma dwa lata temu niemal stracił życie. Pierwsze dwa miesiące po wypadku spędził w śpiączce. Przeszedł niebezpieczną operację mózgu i jeszcze rok temu poruszał się tylko z wykorzystaniem specjalistycznego chodzika. Nie potrafił nie tylko chodzić, ale nawet mówić i jeść. Powrót Caleba do sprawności można było śledzić przez specjalnie stworzony profil facebookowy – Pray for Caleb.

Podczas jesiennych przełajów Caleb Freeman ponownie stanął na linii startu. Biegł swoim tempem, daleko za stawką. Kiedy wszyscy skończyli wyścig wrócili na trasę, żeby ostatnie metry przebiec wspólnie ze swoim kolegą. Dopingowany przez tłumy, upadał po drodze czterokrotnie, ale ostatecznie ukończył bieg.

Należę do tego świata

W sierpniu tego roku poważnemu wypadkowi samochodowemu uległ David Rudisha.

- Dziękuję Wszechmogącemu Bogu za dar życia. W sobotę około godziny 10.30 przeżyłem tragiczny wypadek drogowy w miejscowości Keroka, w drodze do domu w Kilgoris. To było zderzenie czołowe z autobusem jadącym drogą Kisii - Nairobi. Nie doznałem żadnych obrażeń, wszystko ze mną w porządku. Dziękuję za Wasze modlitwy – informował poprzez swoje media społecznościowe Kenijczyk.

Kosmiczny rekordzista świata na 800 metrów, który podczas IO w Londynie zatrzymał zegar na 1:40.91 miał dużo szczęścia. Oglądając zdjęcia zmiażdżonego auta mistrza, można śmiało użyć słowa – cud.68908128_2503112343081742_4595318344738930688_n.jpg- Taki wypadek potrafi zmienić człowiekowi perspektywę i we mnie zostawił ślad. Wierzę, że to dla mnie życiowa szansa - przyznał w rozmowie z World Athletisc podwójny mistrz olimpijski.

Ostatnie miesiące to dla niekwestionowanego króla 800 metrów trudny czas. Można powiedzieć, że wypadek samochodowym był wierzchołkiem góry lodowej, ale też – jak pokazują wypowiedzi mistrza – pewnym punktem zwrotnym w jego mentalności.

Kenijczyk ostatni raz na bieżni pojawił się 4 lipca 2017 roku. Kolejne dwa lata to dla Rudishy zupełnie stracony czas, bez treningów i bez startów, za to z wizytami u kolejnych specjalistów poszukujących przyczyny bólu w okolicach pleców. Zakazano mu biegać, dopóki całkowicie nie wyzdrowieje. Teraz mówi, że wreszcie ból ustał i powoli, stopniowo, ale wróci do biegania.

W międzyczasie Rudisha przechodził również problemy rodzinne – śmierć ojca i rozstanie z żoną. Ale po wypadku samochodowym paradoksalnie dostał wiatru w żagle, odżył i śmiało deklaruje, że jego celem są trzecie igrzyska. Najpierw musi zrzucić „parę” kilogramów...

- Nie jestem w formie. Przybyło mi jakieś 12 kilogramów. Najpierw muszę popracować nad swoją wagą. To jest mój pierwszy cel – szybko zrzucić niepotrzebne kilogramy i powoli zacząć trening. Jestem bardzo pozytywnie nastawiony, ponieważ Tokio 2020 jest czymś o czym od lat w kółko mówię. Zrobię wszystko, żeby wystąpić w Tokio. Niewielu ośmiusetmetrowcom udało się uczestniczyć w trzech igrzyskach - mówił w październiku w wywiadzie dla Olympicchannel.com. - Nadal czuję, że należę do tego świata. Czuję, że jeszcze nie skończyłem. Trudno mi być tylko obserwatorem. Jestem bardziej przyzwyczajony do bycia na bieżni, niż gdziekolwiek indziej – dodał.

Tych, którzy przeżyli tak groźną kraksę, jest zdecydowanie mniej, niż tych, którzy odeszli. Serwis sports-reference.com pokusił się o zestawienie olimpijczyków - ofiar wypadków samochodowych, motocyklowych, katastrofach kolejowych i tragedii na morzach i oceanach. Lista przedstawia aż 283 nazwiska. Poza wspomnianymi we wstępie - w samych wypadkach samochodowych zginęli też między innymi: Belg Ivo van Damme (srebrny na 800 i 1500 na IO w Montrealu), Argentyńczyk Delfo Cabrera (złoty w maratonie podczas IO 1948) czy Rumunka Maria Cioncan (brązowa na 1500 m w Atenach 2004).

Czy powrót Rudishy na bieżnię będzie przypominał hollywoodzki come back Pawła Januszewskiego i zostanie ukoronowany złotem olimpijskim? Czy może – posługując się stwierdzeniem Radosława Popławskiego – to już nie będzie to samo i nawet sam występ na trzecich igrzyskach okaże się tylko płonną nadzieją? Oczywiście, życzylibyśmy sobie, żeby życie napisało pozytywny scenariusz i Rudisha, którego nazwisko w języku Suahili oznacza – powrót, potwierdził, że rzeczywiście ciągle należy do tego świata. Świata najszybszych średniodystansowców wszech czasów.