Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
Rozmyślnik maratończyka, czyli Jerzy Skarżyński ciągle w biegu – rozmowa z Jerzym Skarżyńskim
Adam Klein: Jestem właśnie po lekturze Twojej najnowszej książki – „W biegu, czyli rozmyślnik maratończyka”. Ale za nim o niej porozmawiamy, przypomnij nam, jak się to Twoje pisanie o bieganiu zaczęło, czyli jak zostaje się pisarzem?

Jerzy Skarżyński: Jak zostaje się… pisarzem? W bardzo łatwy/trudny sposób (niepotrzebne skreślić :) ). Zakończenie kariery sportowej bywa zwykle trudnym momentem w życiu każdego sportowca. W roku 1994, w wieku 38 lat, po siedemnastu latach wyczynowego trenowania, doszedłem do wniosku, że moje szanse na trwanie w zawodowym sporcie nie ma już sensu i – jak to się mówi – zawiesiłem buty na kołku. Nie zawołałem wtedy „Premierze, jak żyć?!”, ale wziąłem swoje sprawy w swoje ręce.  Najpierw było dziennikarstwo w lokalnych tytułach i próba własnego biznesu (ogrzewnictwo – byłem po Politechnice Szczecińskiej), a potem kilkuletni okres pracy w firmie będącej dystrybutorem na Polskę produktów sportowej marki Fila. Jako dyrektor ds. marketingu stworzyłem wtedy polską „filię” FILA TEAMU, grupy, której członkami byli najlepsi wówczas maratończycy świata, w tym np. Kenijczyk Paul Tergat. Budując FILA TEAM Polska pomogłem m.in. Darkowi Kruczkowskiemu, Piotrkowi Drwalowi, Zbyszkowi Murawskiemu, Andrzejowi Nowakowi czy Karolowi Dołędze. To była bardzo skuteczna grupa – wygrywali wszędzie.



Czyli nadal w sporcie, jako inżynier długo nie popracowałeś

JS:: Chyba za długo w tym siedziałem, by zacząć „nowe życie” – inżynierskie, bez sportu. Dziennikarstwo było sportowe i FILA była firmą dla sportu. To było całe moje życie, więc rozstanie z biznesem grzewczym nie bolało. Jakby tego było mało, równolegle, w latach 1995-2001, organizowałem prestiżową Szczecińską Dwudziestkę, którą w roku 2000 przekształciłem w obecny półmaraton. Cóż, po serii zgrzytów z miastem powiedziałem sobie „Dość”.  Stąd do napisania pierwszej książki był już tylko jeden krok. Oceniłem, że mam wystarczająco dużo i praktycznej i teoretycznej wiedzy o treningu, by podzielić się nią z innymi.

Jako zawodnik w okresie biegania w kadrze byłeś dla siebie „sterem i żeglarzem” – trenowałeś siebie i grupkę uzdolnionej młodzieży. Czy z pisaniem było podobnie, czy korzystałeś z czyjejś pomocy?

Często pytają mnie: Kto Ci je napisał? A to w 100% moja praca! Dobre liceum i Politechnika Szczecińska, to wystarczające „papiery”, by dać sobie z tym radę. Jasne, bałem się trudności, ale… jestem z natury optymistą, więc wierzyłem, że mi się to uda. Chciałem napisać coś, czego brakowało wtedy na polskim rynku wydawniczym, czyli podstaw biegania napisanych przystępnym językiem, zrozumiałym dla każdego. Przesłaniem było stworzenie kompleksowego poradnika, czyli „all in one” – wszystko w jednym.

Równo rok zajęło mi działanie „od pomysłu do przemysłu”, czyli od napisania pierwszych akapitów książki do jej wydrukowania. Nie ukrywam, że kilka razy byłem bliski rezygnacji, ale w lipcu 2002 roku „Biegiem po zdrowie” ujrzała światło dzienne. Była skierowana do małej wtedy grupy biegających Polaków i prawie zerowej grupy biegających Polek. Większe imprezy gromadziły na starcie kilkuset uczestników, ale zwykle było ich kilkudziesięciu, w tym zaledwie kilka-kilkanaście kobiet. Takie to były czasy.
 
Po „Biegiem po zdrowie” pojawiła się „Bieg maratoński” (2004) i „Biegiem przez życie” (2006). A jednocześnie przybywało biegaczy i imprez biegowych, coś, co wcześniej było niewyobrażalne, wielotysięczne imprezy stawało się rzeczywistością.

Tak, rynek biegowy pęczniał z roku na rok, rósł więc i popyt na wiedzę. Musiałem za tym nadążać. Zwykle co dwa lata wydawałem rozszerzone wersje moich poprzednich książek i to w coraz większych nakładach! Nie tylko nakłady rosły. Aktualne, piąte już wydanie „Biegiem przez życie” (z 2015 roku) ma 520 stron, gdy „Biegiem po zdrowie” była ledwie 230-stronicową „chudziną”. To czytelny obraz rozszerzania tematów, którymi zajmowałem się w kolejnych wydaniach. Dodam, że tematy podsuwali mi sami biegacze, z którymi spotykałem się podczas wielu imprez biegowych oraz różnego typu szkoleń i pogadanek. Uważnie słuchałem swoich czytelników…



Wielu, także ja uważa, że to Twoje poradniki „rozruszały” Polki i Polaków. W podpisie pod odciskiem Twojej stopy w Alei Sław Biegania w Sobótce widnieją dużo mówiące słowa: „Trener Polaków”.

Myślę, że przeważającą rolę odegrała rosnąca świadomość korzyści wynikających z aktywności biegowej, którymi media ze wszystkich stron „atakowały” Polki i Polaków. Ale…  i ja mam w tym swój udział, bo pracowałem, bądź współpracowałem w tamtym okresie ze wszystkimi, którzy współpracą ze mną byli zainteresowani. A były i różnej maści czasopisma, i rozgłośnie radiowe, i przeróżne telewizje, i organizatorzy wielu imprez biegowych… Paweł Januszewski powiedział mi wtedy, że boi się otworzyć lodówkę, gdyż obawia się, że wyskoczę z niej z jakąś biegową pogadanką. To był bardzo pracowity okres.

„Trener Polaków”? Nie ja to wymyśliłem, ale cieszę się, że tak mnie postrzega wielu – nie tylko pomysłodawcy tego podpisu. Mówiąc górnolotnie, spełniłem się jako biegacz, ale spełniłem się też jako popularyzator biegania. Przynajmniej ja to tak teraz odczuwam.

Mówisz jak biegacz-emeryt, który przeszedł w stan spoczynku. Co pewnie nikogo nie zdziwi, bo masz za sobą aż czterdzieści pięć przebieganych sezonów i 180 tysięcy kilometrów w nogach. Czy „W biegu, czyli rozmyślnik maratończyka” jest biografią, podsumowaniem opisującym Twoją przygodę z bieganiem? 

To nie tak. Kogo interesowałaby moja biografia? Ale już przebieg biegowej kariery – mam nadzieję, że wielu. No właśnie, książka powstała na „zamówienie” moich czytelników, których interesowała droga mojego sportowego rozwoju, od zafascynowanego bieganiem ucznia liceum, do „etatowego” reprezentanta Polski, medalisty mistrzostw Polski w maratonie. Moje rekordy życiowe: 2:11:42 w maratonie z 1986 roku i 28:33,26 na 10 000 m z 1984 roku nawet dzisiaj robią duże wrażenie na każdym znającym temat. Piszę wprawdzie o sobie, więc ma ona wątek biograficzny, ale nie tyle chodzi mi o pokazanie siebie, co – przede wszystkim – namalowanie obrazów etapów mojej wspinaczki na szczyty polskich rankingów. Każdy mistrz jest najpierw biegaczem początkującym, ale start do kariery nie każdego mistrza zaczyna się – jak mój – z poziomu „mniej niż zero”, bo bez minimalnego nawet wsparcia szkoleniowego. A choćby tylko wzorców, które mógłbym podglądać i prosić o konsultacje. W dekadzie lat 70. XX wieku w Świebodzinie, gdzie mieszkałem do matury, nikogo takiego nie było.

Moja „inność” polega na tym, że z pierwszymi poradami trenerskimi zetknąłem się dopiero w szóstym sezonie biegowej przygody. Miałem wtedy już aż 21 lat! Dla wielu mistrzów kategorii juniorskich ten wiek oznacza… koniec biegania. A ja dopiero zacząłem swoją wspinaczkę w wymiarze wyczynowym. I doszedłem, gdzie doszedłem – do poziomu, o którym nawet nie śniłem. Swój wymarzony medal mistrzostw Polski zdobyłem w roku 1985, czyli w czternastym sezonie biegowej przygody, a dziewiątym wyczynowego treningu! Dopiero! To był pierwszy, potem – w latach 1986 i 1988 – były dwa kolejne. Ta książka jest źródłem wskazówek typu „jak to się robi”, zwłaszcza dla zafascynowanych bieganiem mieszkańców małych miejscowości czy wsi, w których nie ma klubów i trenerów.
 
Od pierwszych stron książki uderzają odniesienia do „tamtych” czasów. Na rozkładówce rozpoczynającej każdy rozdział, który jest kolejnym rokiem Twojego sportowego życia – od 1972 do 1992 – podajesz różnego typu fakty – polityczne, kulturalne czy sportowe. Zamieszczasz też zestawienia najlepszych Polaków w wybranych konkurencjach biegowych, a jeszcze dalej… ówczesne notowania list przebojów. Co chciałeś tym osiągnąć?   

Książka musi być „żywa”. Te dodatki, to przerywniki, które mają obrazować czasy, w których przyszło nam wtedy żyć. Co istotne – zaczynają się od wydarzeń w Polsce w roku 1969, a kończą wydarzeniami z roku 1992, czyli już po upadku „komuny”. Rok po roku przeprowadzam czytelnika przez te czasy. Nie miałem ambicji historycznych, ale chciałem przypomnieć (czytelnikom starszym) lub pokazać (czytelnikom młodym) „klimat” tamtych lat – także muzyczne przeboje, które wtedy nam towarzyszyły. Ku pamięci. Nie jednemu pewnie łza zakręci się w oku, albo… wybałuszy je z niedowierzania, że poziom sportowy 7. i 8. dekady minionego wieku był aż tak wysoki. 

Podczas lektury uderza precyzja faktów, wyniki wielu imprez biegowych, albo kulisy ciekawych wydarzeń, których byłeś uczestnikiem lub świadkiem. Mówisz, że nie miałeś ambicji historyka, ale ta książka jest swego rodzaju dokumentem „tamtych” czasów. Chyba żaden czytający ją historyk nie zarzuci Ci przeinaczeń lub błędów faktograficznych.

Z pamięcią u mnie jeszcze nie najgorzej, ale… mam w domu całe półki materiałów, które pomagały mi ją odświeżyć. Najważniejsze są dzienniczki treningowe, które skrupulatnie prowadziłem od czasów wyczynowego podejścia do sportu, czyli od roku 1977. Notowałem w nich (prawie) wszystko. Prenumerowałem też „Lekkoatletykę”, miesięcznik, który czytałem z wypiekami na twarzy „od deski do deski”. Były w nich i tabele najlepszych w każdej konkurencji, i wyniki wielu imprez, i dodatki z poradami trenerskimi dla różnych konkurencji, i wywiady z mistrzami, i… – wszystko w nich było dla mnie wciągająco ciekawe. Mam pełne roczniki z lat 1972-1989. Oprawione w twarde okładki robią na półce wrażenie. Ale przede wszystkim… ciągle się przydają, bo często do nich zaglądam. 



Jako biegacza, przed laty z ambicjami wynikowymi, zainteresowały mnie w książce opisy działań treningowych i Twoje po nich komentarze.    

Bo „goły” wpis o tym, co robiłem na treningu bez widniejącego pod nim komentarza, jest prawie bezwartościowy.  To właśnie – w mojej ocenie – czyni książkę kolejnym poradnikiem, tyle że w „biograficznej” szacie. Przy okazji – analiza mojej pracy treningowej w różnych latach była tematem wielu prac magisterskich i jednej doktorskiej, bo użyczałem ich zainteresowanym. A i moja trenerska praca dyplomowa na poznańskiej AWF, pisana pod kierunkiem profesora Janusza Jackowskiego, opierała się o zapisy z moich dzienniczków. Porównywałem BPS-y przed startami w maratonie wiosennym, letnim i jesiennym. Bo każdy z nich ma swoją specyfikę. Z tej książki można to wyłuskać.  

Na koniec trudne pytanie: czy łatwo pisze się książki?

Może zabrzmi to zaskakująco, ale w całym procesie ich tworzenia napisanie jest najłatwiejsze! Większym problemem – już po napisaniu – stają się rzeczy „techniczne”. Bo gdy materiał jest gotowy trzeba zaprojektować „image”, przygotować ewentualne tabele, ryciny, wykresy, obrobić zdjęcia, potem w specjalnym programie „złożyć” to do druku (robi to oczywiście fachowiec), dokonać korekt, a po złożeniu zlecić jej druk. Na to trzeba… pieniędzy – tym większych, im książka jest „grubsza” i w im bardziej wyrafinowany sposób chcemy ją wydrukować (cz-b czy kolor, ew. ile koloru, itp.). Do tej pory zawsze udawało mi się zebrać je u moich partnerów.

Ciekawostką niech będzie fakt, że gdy napisałem swoją pierwszą książkę – „Biegiem po zdrowie” – zjeździłem z maszynopisem różne warszawskie wydawnictwa z zapytaniem, czy są nią zainteresowane. Tylko jedno, duże i znane chciało ją ode mnie kupić. Miałem scedować na nich prawa autorskie, a resztą mieli zająć się oni. Był jeden problem, przynajmniej dla mnie. Za każdy sprzedany egzemplarz zaproponowano mi… złotówkę. Szok! Wtedy zdecydowałem, by założyć własne wydawnictwo i robić to na własną rękę. To mi się bardziej opłaca.

No i najważniejsze, ale najtrudniejsze w „cyklu książkowym” – trzeba ją… sprzedać! Co mi po tysiącach egzemplarzy, choćby ich druk nic mnie nie kosztował, gdy nikt jej nie kupi! Na moje szczęście z tym nie mam problemów. Wyprzedaję swoje książki do ostatniego egzemplarza. Żartowałem – z każdego wydania dwa egzemplarze zostawiam sobie na pamiątkę. I za to wam wszystkim, moi czytelnicy, dziękuję.

Jakieś następne plany wydawnicze?

Już w „W biegu…” zapowiadam kolejną swoją książkę. Jej (roboczy) tytuł brzmi „Pięćdziesięciolatkowie na start”. Oceniam, że porady dla ludzi ponadpięćdziesięcioletnich, z różnych przyczyn właśnie dla nich, i to nie tylko treningowe, przydadzą się każdemu. Bo choćby się miało teraz lat 25, to jednak kiedyś każdy zostanie 50-latkiem. Skąd ta liczba? Bo wkracza się wtedy do innego – fizjologicznie – świata. A fizjologia jest nieubłagana. Warto poznać procesy w nas zachodzące, gdy zaczyna się menopauza (u kobiet) i andropauza (u mężczyzn). Chciałbym przybliżyć te zmiany oraz zasugerować sposoby na omijanie zagrożeń. I nie chodzi tylko o pojawienie się zmarszczek na twarzy. Mam wprawdzie dopiero 63 lata, ale już wiele własnych doświadczeń dotyczących 5. i 6. dekady. O 70- czy 80-latkach też dużo wiem, bo jako trener miałem okazję i z takimi ludźmi współpracować. Nad tym teraz pracuję – zbieram i segreguję materiały, a potem wystarczy to tylko przelać na papier, czy raczej do komputera. Mam nadzieję, że książka ukaże się w połowie 2019 roku. Już teraz polecam – i to nie tylko pięćdziesięciolatkom…

Dziękuję za rozmowę.