Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
Północ Scotta Jurka już w księgarniach - konkurs
W księgarniach pojawia się właśnie książka: "Północ", (autorstwa Scotta i jego żony Jenny) która jest opowieścią o rozłożonej na 3523 kilometry przygodzie. Wyruszając w podróż wiosną 2015 roku, Jurek spodziewał się bezlitosnego terenu, srogiej pogody i nieuchronnych kontuzji. Wiedział, że będzie musiał pokonywać 80 kilometrów dziennie w trudnym terenie, każdego dnia, przez prawie siedem tygodni. Zdawał sobie sprawę, że zmusi swój organizm do skrajnego wysiłku, wyrzekając się wygód i dłuższego odpoczynku.



Porównanie długości tras


Tego typu wyzwania są znane także w Polsce, tyle, że oczywiście na mniejsza skalę. Główny Szlak Beskidzki ma około 500 km, czyli miej więcej siedem razy mniej niż Szlak Apallachów i historia ataków na kolejny rekord przejścia (Maciej Więcek, Rafał Bielawa) była nie raz w internecie opisywana i dyskutowana.

Scott Jurek był swego czasu czołowym ultrasem na Świecie. W latach 1997-2009, wygrywał wiele kultowych biegów ultra, w tym: trzy razy Sparthatlon (246 km, lata 2006-2008), Hardrock 100 (160 km na średniej wysokości 3400 mnpm, rok 2007), siedem razy Western States 100 (160 km, najbardziej kultowy z amerykańskich 100 milowców, lata 1999-2005), Badwater (217 km, trudny ze względu na niezwykle gorące pierwszą część biegu, rok 2005) i wiele krótszych biegów.

Scott Jurek stawiając przed sobą wyzwanie rekordowego pokonania trasy Szlaku Apallachów postanowił jeszcze raz coś sobie udowodnić.

Scott zrobił zrobił to w 46 dni, 8 godzin i 7 minut, poprawiając o 3 godziny dotychczasowy rekord, należący do Jennifer Pharr Davis (poprawiony później kilkukrotnie, obecnie z suportem w wersji na północ: 41 dni, 7 godzin 39 minut).

Jako przedsmak książki przedstawiamy fragment przedstartowych wątpliwości żony Scotta Jurka:



Północ, fragment książki autorstwa Jenny Jurek:


Zanim zgodziłam się na tę wyprawę, kazałam Jurkerowi przysiąc, że zrobimy próbę generalną. Nie dla niego – on musiał tylko biec – ale dla m n i e . Bo to ja miałam jeździć vanem do odległych miejsc i kilka razy dziennie robić za mobilny punkt odżywiania i pomocy medycznej w jednym. Martwiłam się, choć miałam spore doświadczenie. Biegałam w ultramaratonach od trzynastu lat i wzięłam udział w dwóch górskich biegach stumilowych, wiedziałam więc, z jakiego rodzaju logistyką będę miała do czynienia. Tyle że tu nie chodziło o wyścig ani zawody, a raczej wielotygodniowe poszukiwanie olśnienia, i zapowiadało się na coś znacznie bardziej skomplikowanego od wszystkiego, co oboje do tej pory robiliśmy. Dlatego chciałam najpierw poćwiczyć.

Nic z tego.

Nie ma w tym winy Jurkera – ani w ogóle czyjejkolwiek. W kwietniu, akurat kiedy mieliśmy się wybrać na trzydniowy bieg po Szlaku Arizońskim, poroniłam po raz drugi, a potem trzydziestego kwietnia, dziewięć dni przed planowanym odbiorem vana, po którego mieliśmy jechać do Chicago, przeszłam łyżeczkowanie macicy. Liczyliśmy, że kupimy auto miesiąc wcześniej, ale ze względu na dodatkowe wydatki na leczenie, refinansowanie kredytu hipotecznego na dom zajęło dłużej, niż przewidywaliśmy. Choć były to jedynie mniejsze i większe komplikacje, a nie problemy przekreślające szanse na wyprawę, to jednak sprawiły, że przez pewien czas nie mogliśmy się pozbierać i w efekcie zabrakło nam czasu na próbę generalną. Dzień wyjazdu zbliżał się wielkimi krokami, a my nie tylko byliśmy w niedoczasie, ale też zdecydowanie za słabo przygotowani do wyzwania. Każdy z rekordzistów AT przewędrował go w całości – albo przynajmniej w dużych fragmentach – zanim podjął próbę ustanowienia FKT, czyli najszybszego znanego czasu (fastest known time). Tymczasem myśmy nawet nigdy nie byli w połowie spośród czternastu stanów, przez które prowadzi szlak. Z drugiej strony trudno nas było nazwać zupełnymi nowicjuszami. Kilka lat wcześniej Scott przemawiał podczas imprezy biegowej w Pensylwanii niedaleko jednej z krzyżówek z AT. Pojechaliśmy wypożyczonym autem i przebiegliśmy się pięć kilometrów szlakiem tam i z powrotem. Do tego – do tych pięciu kilometrów stanowiących raptem czternaście setnych procenta całego AT – sprowadzała się moja wiedza.

Ja się martwiłam, Jurker – nie. Zdawał się nie czuć presji uciekającego czasu. Nie ślęczał nad arkuszami kalkulacyjnymi i nie studiował międzyczasów poprzednich rekordzistów. Nie skakał obsesyjnie po blogach i nie zaczytywał się w opisach wcześniejszych prób pobicia rekordu. Zresztą, nawet gdyby chciał to robić, i tak niewiele by mu to dało, ponieważ w ostatnim czasie wszyscy atakowali rekord, zmierzając na południe, a myśmy się wybierali na północ. To miał być zupełnie inny bieg.

Całe planowanie Scotta sprowadziło się do tego, że stworzył pojedynczy arkusz kalkulacyjny, w którym rozpisał dzienny kilometraż, oraz kupił The A.T. Guide: A Handbook for Hiking the Appalachian Trail, Northbound 2015 (Przewodnik po AT. Jak wędrować Szlakiem Appalachów w kierunku północnym, edycja 2015). I już. Milczałam i nie komentowałam. Szczerze mówiąc, niedomaganie logistycznego planowania nie trapiło mnie aż tak, jak dręczyła obojętność Jurkera wobec treningu. Nie robił tego, co zapowiadał: nie biegał całymi dniami po górach, obarczony ciężkim plecakiem; nie zatrudnił trenera od przygotowania siłowego; nie nocował na szlaku. Ilekroć wierciłam mu dziurę w brzuchu o zaprawę, nieodmiennie słyszałam:

– Moim treningiem jest te dwadzieścia lat biegania w ultramaratonach.

Brakowało mi na to odpowiedzi. W ciągu sześciu lat widziałam, jak Jurker rezygnuje (albo jest tego bliski) z siedmiu zawodów wysokiej rangi. Tłumaczył się zawsze w taki sam sposób, którego nigdy nie potrafiłam zrozumieć: że stracił zapał.

Lepiej, żeby teraz go miał.

Nie zamierzałam marnować wiosny i lata na przedsięwzięcie, które on odwali na pół gwizdka. Wiedziałam, po czym poznać, że Jurker symuluje zaangażowanie. Najlepszym przykładem był wyścig Leadville Trail 100 w 2013 roku. Scott wmówił sobie, że będzie to jego wielki powrót i że wygra legendarne ultrazawody, w których dekadę wcześniej zajął drugie miejsce. Po czym zaczął stwarzać pozory, że się zabiera do rzeczy. Wczuł się w rolę, mówił, co trzeba, dopiął wszystko na ostatni guzik – poza samym biegiem. Nie wiem, czy liczył na pamięć mięśniową, czy może chciał dobiec do podium s i ł ą  w o l i, w każdym razie zabrakło zmysłu rywalizacji. Nawet ja się zorientowałam. Na trasie z trudem się utrzymywał w pierwszej dziesiątce. A potem, na mniej więcej trzydzieści kilometrów przed metą, zobaczyłam, że się poddaje. Nie udawał, że złapał kontuzję; nie zszedł ze szlaku. Po prostu się o d p r ę ż y ł. Przestał walczyć, zaczął biec tak jak ja: na luzie. Widocznie przeszła mu ochota na ból. Pięć kilometrów przed końcem wyścigu biegł już truchtem. Ale kiedy zobaczył linię mety, ożywił się i krzyknął:

– JLu! Chodź, dobiegniemy razem!

Wzdrygnęłam się. Było mi za niego wstyd, ale jak miałam mu to powiedzieć? Owszem, byłam dumna, że ukończył wyścig i że dopingował zawodników, którzy wyprzedzali go na trasie, ale też było mi przykro. Wiedziałam bowiem, że nie tego się spodziewał. Za metą krążył wśród uczestników i z pozoru niewzruszony przegraną chętnie rozmawiał ze wszystkimi. Może przyzwyczajał się do tego, że nie będzie więcej stawał na podium, a może rzeczywiście nie miało to już dla niego większego znaczenia. Wydawał się szczęśliwy. Nie jestem tak łaskawa i życzliwa jak Jurker. Myślałam tylko o tym, żeby jak najprędzej się stamtąd ulotnić.



W 2004 podczas ceremonii wręczenia nagród ludzie kłębili się wokół Scotta i ktoś z tłumu rzucił pytanie:

– Jak długo zamierzasz to robić?

To było jego szóste zwycięstwo z rzędu. Był na szczycie. Do dziś pamiętam jego odpowiedź, udzieloną natychmiast i tchnącą pewnością siebie.

– Jest jeszcze kilka rzeczy, które chcę osiągnąć – odparł. – Ale nie będę tego robił wiecznie. Przejdę na sportową emeryturę, kiedy skończę czterdzieści lat.

Teraz, mając czterdzieści jeden lat, nie był już tak pewny. Słyszałam to w jego głosie, widziałam w zachowaniu. Kiedy pytano go, czy skończył z wyścigami, robił się drażliwy. Jedenaście lat temu planował, że na tym etapie życia zawiesi buty na kołku, ale teraz odnosiłam wrażenie, że nie potrafi się rozstać z bieganiem. Rozumiałam go – w końcu cała jego kariera opierała się na wygrywaniu zawodów biegowych na całym świecie. Z drugiej strony zawsze mnie zapewniał, że nie może się już doczekać, kiedy będzie mógł zwolnić obroty, sypiać dłużej i spędzać więcej czasu w domu.

Cóż więc takiego próbował udowodnić na Szlaku Appalachów?


Scott i Jenny

Konkurs

Konkurs dla czytelników Bieganie.pl trwa do 15 września 2018 do godz 9:00. Jeśli ktoś udzieli więcej niż jedna odpowiedź, pod uwagę brana jest odpowiedź późniejsza. Dla autorów trzech najlepszych odpowiedzi mamy trzy egzemplarze książki.