Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
 Subiektywna relacja z XIV Biegu Rzeźnika – mojego pierwszego Ultramaratonu

Po ukończeniu ośmiu ulicznych maratonów i Zimowego Bieszczadzkiego, nadszedł czas, by wreszcie pokusić się o większe wyzwanie. Znacznie większe. Z Kwiatkiem biegamy razem od ponad pięciu lat, jak również wspólnie świętujemy urodziny w połowie czerwca, gdyż dzieli nas równo dwa lata bez jednego dnia. Jakiż więc lepszy prezent moglibyśmy sobie wręczyć, jeśli nie drużynowy start w legendarnym Biegu Rzeźnika?


Dla Michała miał być to już trzeci bieg ultra, natomiast mój debiut w tej dziedzinie. Choć obaj mamy dość osobliwe charaktery i kompletnie różne metody treningu, to poznaliśmy się już na tyle, żeby zaufać sobie nawzajem i stworzyć razem prawdziwy Zespół na dobre i na złe.

W grudniu, niemal na gwiazdkę otrzymaliśmy oczekiwaną informację, że dzięki zgromadzonym punktom z wcześniejszych imprez, udało nam się wylosować upragnione numery startowe. Trzeba więc było zweryfikować wszystkie plany na najbliższe pół roku. Przez te szybko upływające miesiące, pomimo życiowych i zdrowotnych przeciwności, rzetelnie odbyliśmy setki godzin żmudnych treningów siłowych, stabilizacyjnych i stretchingów. Wiele wczesnych wyjazdów w góry, przebiegniętych kilometrów w poziomie i pionie, spalonych i rozważnie uzupełnionych kalorii. Uniknięcie kontuzji, pełnia formy i poczucie bycia odpowiednio przygotowanym na dzień przed startem, to naprawdę znaczna część ewentualnego sukcesu. Już kilka dni wcześniej natomiast, percepcja rzeczywistości zaczyna się widocznie zawężać. Rozpiera Cię atomowa energia, której jeszcze nie można rozładować. Trudniej się na czymkolwiek skupić, a rozmowy jakoś nie chcą się kleić. Rozdrażnione ciało i umysł przygotowują się jak na wojnę. Choć wiesz, że będzie bardzo ciężko, chciałbyś już Tam być…

Przed startem


Dopiero będąc na miejscu w Bieszczadach, dociera do ciebie, że bierzesz udział w czymś naprawdę niezwykłym. Największy wpływ mają na to zupełnie obcy ludzie z różnych stron, którzy zwracają się do siebie z wzajemnym szacunkiem, uśmiechem i wyjątkową wyrozumiałością. Zawodnicy, Organizatorzy, Wolontariusze, Kibice. Wszyscy na przedstartowej odprawie doskonale wiedzą, w jakim konkretnym celu się tu znaleźli i każdy wyłącznie na własne życzenie. Ależ w tym jest moc. Nawet, gdy cały dzień leje złowróżbny deszcz i wszystko idzie nie po myśli, ta wspólna pasja nie dopuszcza grama pesymizmu, czy złego humoru. Masz poczucie, że jesteś w stanie zrezygnować z bardzo wielu potrzeb i oczekiwań, a i tak nic cię już nie zatrzyma przed zbliżającą się próbą charakteru. Najlepsze jest jednak to, że ten stan na długo zapisuje się w głowie, niczym słynna pamięć mięśniowa.

Nie będę bardzo szczegółowo opisywał całego biegu, ponieważ doskonale zrobili to już inni. Zresztą musiałbym chyba wydać książkę! Przed obowiązkową zbiórką przy autokarach o 1:30 w nocy, z całych tych emocji, oczywiście nie udało się ani na chwilę zmrużyć oka. Zupełnie jak szóstego grudnia w dzieciństwie. Przez głowę przelatywało wiele myśli, co zrobić wobec tak niespodziewanego załamania pogody w środku czerwca, jak ostatecznie się ubrać i wyposażyć. Znienawidzony zazwyczaj dźwięk budzika, tym razem był jednak niczym dzwonek po ostatniej lekcji w letnim semestrze. Rozpoczął ekscytującą przedstartową ceremonię, która punktualnie o 3:00 miała zakończyć się potężnym hukiem strzelby pomysłodawcy biegu, wśród bębnów i tysiąca ludzi najtwardszego sortu.

Start


Pierwsze betonowe kilometry z Komańczy w kroplach deszczu, wspominam jako badanie formy po kilku dniach zupełnego odpoczynku i diagnostykę wszystkich „systemów”. Everything’s fine, Houston! Uff… Bieganie przed wschodem słońca wprawia w kosmiczny trans, z którego najbardziej zapamiętam poruszający widok całej galaktyki latarek, wśród czarnych dziur, tajemniczych Jeziorek Duszatyńskich. Pierwsza lekcja na przyszłość: jedna czołówka na dwóch to za mało.

W końcu powoli zaczęło świtać, choć pierwsze nieśmiałe promienie z wielkim trudem przebijały się przez zalegającą, gęstą mgłę. Punkt kontrolny na Żebraku zuchwale minęliśmy bez zatrzymywania i dzięki heroicznej walce o przyczepność ze zdradliwym błotem, śliskimi kamieniami i podstępnymi korzeniami, do pierwszego przepaku wszystko szło zgodnie z planem. Do Cisnej dotarliśmy po czterech godzinach. Nasz wspaniały support nakarmił nas dobrą energią i po kwadransie znów zaczęliśmy się taplać. Lekcja numer dwa: nabyć kije trekkingowe i nauczyć się z nich korzystać. Jak ja ich Kwiatkowi zazdrościłem, z każdym kilometrem coraz bardziej. Na osławionej Drodze Mirka zapytał mnie, ile najwięcej przebiegłem w życiu kilometrów. Odpowiedź znajdowała się na wyświetlaczu mojego zegarka.

Na drugi przepak w Smereku, na około pięćdziesiątym kilometrze, wbiegliśmy po siedmiu godzinach od startu w całkiem niezłej formie i po uzupełnieniu zapasów wody, krótkim posiłku i porannej toalecie, w dobrych humorach ruszyliśmy dalej. Na którymś z kolejnych szczytów po raz pierwszy pomyślałem, że może nam się udać i trochę sobie nawet popłakałem ze wzruszenia, ale nie mówcie nikomu.

Nie taka jednak zabawa


Do sześćdziesiątego kilometra byliśmy wręcz przekonani, że to całkiem niezła zabawa, no i właśnie dopiero wtedy się zaczęło. Na podbiegach Michał zaczął narzekać na “czwórkę”. Na zbiegach z kolei, moje kolana błagały już o litość. Ze względu na kilka przepraw przez górskie potoki i wszechobecną wilgoć, stopy także pozostawiały już wiele do życzenia, a każdy jeden krok sprawiał dotkliwy ból. Tu odczuliśmy też w końcu niezwykłą trudność biegu ultra w parach. Nagłe przypływy i odpływy sił zaczęły nachodzić nas w różnych momentach i nie mogliśmy się już zsynchronizować. W dodatku traciliśmy energię szybciej niż dawała się uzupełniać i do ostatniej kropli wypiliśmy całe trzy litry płynów. W międzyczasie, w końcu wyszło słońce i dla odmiany zrobiło się nieprzyjemnie gorąco. Trasa do kolejnego punktu w Roztokach ciągnęła się więc w nieskończoność i zaczęliśmy się złościć na każde kolejne sto metrów do pokonania. Dotarliśmy tam nieco przybici w jedenastej godzinie biegu.

W tej sytuacji tutejsze krakersy z masłem orzechowym dorównywały wykwintnością wołowinie z Kobe! Ogromny podziw i podziękowania dla uprzejmej grupy najmłodszych Wolontariuszy. Któryś z nich pomógł uzupełnić mój wyschnięty bukłak, inny rzucił z uśmiechem, że do mety zostało już ledwie czternaście kilometrów. Po płaskim to przecież około godziny, ale dopiero teraz mieliśmy faktycznie przekonać się, czemu ten bieg zawdzięcza swoją nazwę. Słońce zadomowiło się już na dobre, zrobiło się nieznośnie duszno i w trakcie morderczej wspinaczki na Rosochę i Hyrlatą odechciewało mi się żyć, a licznik kilometrów jak gdyby stał w miejscu. Ze względu na nieustający ból kolan, zbiegi pokonywaliśmy wcale nie szybciej. Już samo to można by porównać do najgorszego sennego koszmaru, gdyby nie ostatnie sześć kilometrów. Nie wiem, jakim cudem, znów moje półtora litra wyparowało i Kwiatek musiał ratować mnie ostatnimi łykami swojej wody.

Misja Apollo


Czułem się jak uczestnik misji Apollo 13, gorączkowo szukający pojedynczych amperów, by wrócić bezpiecznie do domu. W drodze na ostatni szczyt, tak stromy, że momentami przeważało mnie do tyłu, byłem tak wściekły na siebie, że się na to zdecydowałem, że zacząłem już powoli tracić wiarę, czy dam radę. Z tego wszystkiego rozbolała mnie głowa i złapałem kolkę, ale właśnie wtedy, wreszcie usłyszeliśmy, dające nadzieję odgłosy z wiwatującej w oddali mety. Ostatni zbieg do błotnej ścianki wspinaczkowej przed samą metą, jakoś udało się więc przetruchtać. Podniosła atmosfera na finiszu i wspaniali Kibice sprawili, że znów ogarnęła nas fala radości i optymizmu nie do opisania. Pokonanie całej trasy ponad 80 kilometrów z sumą przewyższeń zbliżoną do wyprawy na Mont Blanc, zajęło nam ostatecznie 13 godzin i 44 minuty.

Swoje przygotowanie fizyczne do tej imprezy uważam za dostateczne, choć muszę pomyśleć, jak jeszcze bardziej wzmocnić kolana do tak stromych i śliskich zbiegów albo wybierać w przyszłości trasy o nieco mniejszej ilości przewyższeń. Oprócz ulepionego dosłownie i w przenośni z bieszczadzkiego błota medalu, wywożę stąd pełen plecak nowych, cennych doświadczeń. Zarówno sportowych, jak i tych na życie.

Ten bieg z całą pewnością zasługuje na miano Rzeźnika, dlatego nie jestem pewien, czy to najlepszy wybór na pierwszą przygodę z ultra. Przeżycie jest natomiast niesamowite i będę je długo i dobrze wspominał. W trakcie takiego wyzwania faktycznie zapomina się o wszelkich codziennych troskach, a po jego ukończeniu, wydają się one znacznie mniej poważne niż przedtem. I o to w tym wszystkim chodzi.

Gratuluję zatem Organizatorom i wszystkim Uczestnikom całego tego wspaniałego święta. Muszę także podziękować trenerowi Dawidowi za polecenie bezcennych amerykańskich elektrolitów, które uratowały nam życie, Wojtkowi za bezbłędny dobór brytyjskich suplementów i Mirkowi za polskie bułki z żółtym serem. Najlepszemu supportowi na świecie, czyli Lidce, Kasi i Weronice. Mojej wspaniałej Rodzinie za nieustanne i nieocenione wsparcie, a przede wszystkim bratu Maurycemu za wspólne wycieczki w góry. Kasi, Gosi i Michałowi, Arturowi, Filipowi, Sławkowi i całej reszcie za rady, inspirację i doping. Hannie za miłą niespodziankę. No i Tobie, Partnerze! To głównie Twoja sprawka, że już powoli zaczynam myśleć o „trzycyfrówce”! Dzięki i do zobaczenia na urodzinach! Prezenty już mamy…

Śródtytuły od Redakcji

Poniżej:  Andrzej i Michał