Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

Liceum Świętego Patryka w Iten – "Doskonałość na każdym kroku"

Liceum Świętego Patryka w Iten – "Doskonałość na każdym kroku"

Liceum Świętego Patryka w Iten – Doskonałość na każdym kroku


Niedawno obchodzono w Irlandii dzień świętego Patryka, pierwszego irlandzkiego biskupa. Szkoła w Iten, nosząca jego imię, swe urodziny świętowała wczoraj – 19 marca. To nie jest byle jakie święto! Liceum, z którego wywodzą się  kenijskie gwiazdy lekkiej atletyki, obchodzi pięćdziesięciolecie istnienia.



Brama główna Liceum św. Patryka



Plakat wieszczący święto szkoły


To szkoła z wieloma tradycjami i wartościami, przekazywanymi przez lata. Uczelnia, której dyrektorem był irlandzki misjonarz Colm O’Conell, należy do najlepszych szkół  dla chłopców w Kenii.

Brata Colma znają w Iten wszyscy. Spod jego rąk wychodzili ("wybiegali") najlepsi:  Peter Rono, Ibrahim Hussein, Cornelius Chrchir, Isaac Songok, Sally Barsosio, Wilson Kipketer, David Rudisha, Eliud Kipchoge,, Lydia Cheromei, Janet Jepkosgei. i Pamela Jelimo. Misjonarz z powołania, nauczyciel geografii z wykształcenia, stał się twórcą niezniszczalnego systemu treningowego, który znają wszyscy początkowi i profesjonalni biegacze w prowincji Rift Valley.





Wizja szkoły idealnej, to według St.Patrick’s: Być najlepszą szkołą zapewniającą edukację na najwyższym poziomie i stać się pierwszym wyborem kenijskich chłopców. Misją uczelni jest:  Dostarczać wiedzę na wysokim poziomie, kształtować poglądy w sposób innowacyjny i kompleksowy, oparty na wartościach chrześcijańskich. Te zdania oraz motto szkoły: Doskonałość na każdym kroku, są wypisane wielkimi literami przy głównej bramie placówki.





Podopieczni St.Patrick’s mają tu świetne warunki rozwoju edukacyjnego, (jak na warunki kenijskie) ale także sportowego. To właśnie do tej szkoły uczęszczali rekordziści świata na 800 m: Wilson Kipketer i David Rudisha. Oprócz tych słynnych nazwisk, na listach studentów było wielu utytułowanych kenijskich lekkoatletów. Każdy z nich ma posadzone na pamiątkę swoje drzewko wraz z tabliczką, na której widnieje jego nazwisko oraz największy sukces w karierze. Każdy mistrz własnoręcznie sadzi roślinę. Ten rytuał to dla każdego duży zaszczyt, to znak, że wiele udało mu się osiągnąć.


Drzewka mistrzów

Odwiedziny w St.Patrick's zaczęliśmy od szukania. Szukania brata Colma i drzewka, posadzonego przez Rudishę. Ku naszemu rozczarowaniu, za pierwszym razem nie udało się nam namierzyć żadnego z tych celów. Brat Colm był poza domem, mieszczącym się na terenie kampusu, a na przerwie, uczący się pilnie fizyki uczniowie przekazali nam:  –Niestety. David jeszcze nie posadził tu swojej roślinki.



Ale poszukiwanie korzeni myśli trenerskiej i korzeni drzewek mistrzów nie może być łatwe! Szukaliśmy więc dalej. Wejścia do szkoły pilnował sympatyczny pan strażnik, który zaprosił nas ponownie na godzinę 12. - Wtedy brat na pewno będzie w domu! – zapewnił. Niestety, również za drugim podejściem w domu misjonarza spotkaliśmy jedynie małego, ale głośno miauczącego kotka.

Mimo że podchody się nie udały, postanawiamy rozejrzeć się po kampusie szkoły. Wygląda imponująco. Chłopcy mają tu dwa duże, trawiaste boiska do gier w nogę, krykieta, czy innych sportów zespołowych, są też asfaltowe placyki do gry w kosza i tenisa. Teren wygląda na bardzo zadbany: skoszona trawa, jednolite, ceglane budynki z niebieskimi okienkami, które starannie wyciera gruba pani sprzątaczka, mnóstwo kwiatów i drzewek, wszędzie czysto i schludnie. Szkoła ma status tzw. boarding school, czyli internatu. Sprawdziliśmy, że mieszka tu 550 uczniów.









Klasy, które podejrzałam podczas lekcji przez okno, są duże i pełne uśmiechniętych uczniów. W St. Patrick's panuje spokojna atmosfera, a życie szkolne nie wydaje się przytłaczające. Słychać śmiechy, odgłosy gry na boisku. Zagadują nas biegacze, jeden w uśmiechu pokazuje białe, krzywe zęby. Pytamy znów o brata Colma. –Będzie po 14. O tej godzinie jada obiad – mówią, chwaląc się znajomością rozkładu dnia misjonarza.






Rzeczywiście. Tym razem na pukanie odpowiedział nam sam brat Colm. Rumiany na twarzy, w grubym swetrze i dużych prostokątnych okularach. Zaprosił nas do swojego domu i przedstawił kucharkę Cindy. W pokoju, oprócz portretu Jana Pawła II, na ścianach wisiały podziękowania od lekkoatletów, a na kominku stało kilka trofeów. Z odtwarzacza sączyła się muzyka z filmu - "Rydwany ognia" - a jakże! Z lekkim zakłopotaniem zorientowaliśmy się, że przerwaliśmy Irlandczykowi chwilę relaksu. Po chwili jednak siedzieliśmy już na kanapie, przed stołem zagraconym książkami i czasopismami, zaproszeni do rozmowy. Obiecywaliśmy, że będzie krótka. Trwała 2 godziny... Brat Colm z dobrotliwym uśmiechem zapewnił nas, że jest już przyzwyczajony do odwiedzin dziennikarzy, gościł już nawet raz Polaków.


Jest pan z pochodzenia Irlandczykiem. Co sprowadziło pana do Iten?
Do Kenii przyjechałem w 1976 roku w roli misjonarza. Kraj ten w 1963 roku odzyskał niepodległość, rozwijał się, więc potrzebowano tu nauczycieli., a swoich nie mieli. Przybyło wraz ze mną wielu misjonarzy z całego świata: USA, Kanady, Australii. Choć Kenia była kolonią brytyjską, to stacjonowało tu więcej Włochów, Irlandczyków niż Anglików. Kolonialiści z Wielkiej Brytanii byli tu zresztą gorzej odbierani niż inne narodowości.

Z wykształcenia jestem geografem, dlatego uczyłem geografii, potem wychowania fizycznego. St.Patrick’s to szkoła dla chłopców, ale powiązana jest także z liceum dla dziewcząt -  Sing`ore Girls Secondary School, gdzie także jestem trenerem.

A kiedy myśli pan o domu i ojczyźnie to…?

Moim domem i ojczyzną jest Kenia. Tu mam wielu przyjaciół, tu żyję i pracuję. Minęło już 35 lat odkąd działam w Iten, więc nie tęsknię za Irlandią. Przyjeżdżam tam za to co roku na kilka tygodni.



W Kenii jest pan znany, czy na Zielonych Wyspach również?
(śmiech) Pewnie niektórzy słyszeli o moich powiązaniach z kenijskimi lekkoatletami oraz o Liceum św. Patryka.

Obejrzeliśmy szkołę, wygląda imponująco.  Jakie trzeba spełnić kryteria, aby się tu dostać?
Liceum św. Patryka nie jest szkołą sportową, choć najbardziej właśnie ze sportu jest znana. To normalna, rządowa placówka. Ponieważ wyróżnia się na tle naukowym, zdaje się do niej specjalne egzaminy z przedmiotów humanistycznych oraz ścisłych.



A co, jeśli do szkoły chcą trafić chłopcy, którzy nie mają zdolności naukowych, a są świetnymi biegaczami?
Właśnie. Zauważyłem ten problem i w latach 90-tych postanowiłem dawać szanse takim uczniom. Jeśli widzę talent nie pozwalam na to, aby się zmarnował. Tacy chłopcy mają dostęp do akademików, ale uczą się w łatwiejszy dla nich sposób. Po prostu uczęszczają do innych szkół.

Uczniowie liceum pochodzą z Iten lub Eldoret?
Niektórzy tak, ale jest to szkoła, do której uczęszczają chłopcy z całej prowincji Rift Valley, np. miejscowości Kapsabat i Kaptagat. Ogólnie mówiąc, Eldoret jest miejscem, w którym dobrzy biegacze mają swoje domy, a na treningi przyjeżdżają do Iten.

Jest pan trenerem i nauczycielem rekordzistów świata. W tym ostatniego - Davida Rudishy. W Europie David po pobiciu rekordu na 800 m, był przedstawiany w mediach jako pasterz. Jak jest naprawdę?
David nie jest z zawodu pasterzem. Pochodzi z plemienia Masajów, więc w ich społeczności, czy gospodarstwie, wypasanie owiec i kóz przez dzieci jest normalną sprawą. On także pomagał rodzinie i pasł bydło, ale nie można powiedzieć, że jego głównym zajęciem było pasterstwo.



Tak właśnie sądziłam. A czy pana podopieczni często tu wpadają?
Tak. Gdy tu przyjeżdżają nie traktuję ich jak gwiazdy, zresztą oni sami chcą się czuć normalnie. W Europie często przyjmują ich jak celebrytów, dla mnie zawsze będą moimi uczniami.

Kiedy ostatnio widział pan Davida?
Wpadł na spotkanie wigilijne, które corocznie organizujemy w Iten. Na święta przyjeżdża do nas wielu sportowców, są to bardzo miłe chwile.

Czy sportowcy wspierają szkołę w jakiś sposób?
Tak, ich pomoc jest bardzo cenna. Niektórzy opłacają biedniejszym uczniom czesne, inni dają sprzęt sportowy. Poza tym organizujemy spotkania uczniów z lekkoatletami, aby dowiedzieli się więcej o wyczynowym sporcie. Gwiazdy biegów uczą ich nie tylko tego, jak się wygrywa, ale również umiejętności poradzenia sobie z porażką.  To taki holistyczny ogląd sportu, który staram się przekazać młodym biegaczom.

Wielu Kenijczyków nie umie znieść porażek. Pamiętam, że Rudisha bardzo przeżywał swoje niepowodzenia. Pierwszym był brak kwalifikacji na IO w 2008, a w 2009 roku nieudany start na MŚ w Berlinie. Wylądował wtedy na dziewiątym miejscu, tuż za finałem. O tym również opowiada moim uczniom.

Tak, ale już rok później poprawił dwukrotnie niesamowity rekord świata Kipketera, innego pańskiego podopiecznego. No właśnie, wiemy, że na terenie szkoły rośnie drzewko  "tego właściwego" Wilsona Kipketera i Wilsona Boita  Kipketera, mistrza świata na 3000 m pprz. Zbieżność nazwisk...?

To po prostu popularne nazwisko. Mieliśmy dwóch Kipketerów, którzy uczyli się tu w podobnym okresie. Starszy o rok, Wilson Boit Kipketer specjalizował się w biegu na 3000 m pprz, a Wilson Kipketer, jak wiadomo, na 800 m. Z obojgiem zawodników wiążę wspaniałe wspomnienia. W 1997 roku na MŚ w Atenach obaj tego samego dnia sięgnęli po złote medale. Co więcej, kilka dni potem na mityngu w Zurychu, pobili rekordy świata. Boit na 3000 m pprz – 7.59.08, a Wilson na 800 m – 1.41.24. Odbierałem w tamte dni pamiętne telefony.Takie wydarzenia są niepowtarzalne.



Tak, rzeczywiście... Zauważyliśmy, że w Iten wszyscy biegacze mają podobny system treningowy. Czyli: siła biegowa w poniedziałek, we wtorek tempo na stadionie, w czwartek fartlek, w sobotę długi trening wytrzymałościowy. Słyszeliśmy, że ten system to pana pomysł. To prawda?
Tak, ale wydaje mi się, że trenerzy, którzy prowadzili innych biegaczy, doszli do tego samego wniosku, co ja. Mogą być między nami drobne różnice, ale generalnie system treningowy jest podobny. Ostatnio rozmawiałem z trenerem Janet Jepkosgei, która jest produktem mojego systemu szkoleniowego, znam ją od dziecka. Mówiliśmy o jej treningu seniorskim. Porównałem go potem do tego, jaki wykonywała u mnie jako juniorka i naprawdę wiele jej obecnych metod treningowych nie różni się od tych sprzed lat. Czasem robi treningi w inny sposób, ale generalnie chodzi w nich o to samo. Jeśli mówimy więc o stworzonym przeze mnie systemie, to nie definiuję go w sposób, jak to nazywają niektórzy: O, on ma dobra metodę szkolenia, musimy robić tak samo, to też będziemy mieli sukcesy. Sądzę, że system jest dobry wtedy, gdy się sprawdza u wielu zawodników i kiedy można go rozwijać, choćby podchodząc indywidualnie do zawodnika. Nie można użyć tego samego systemu do trenowania wszystkich. Czasem to biegacz rozwija system, a nie tylko na odwrót. Myślę, że trzeba na to patrzeć z tej perspektywy.

Czyli treningu uczył się pan od zawodników?
Tak. Zawsze to podkreślam. Przyjeżdżając tu nie miałem wielkiego pojęcia o lekkiej atletyce, a tym bardziej treningu. Najlepszą wiedzę o trenowaniu daje mi zawsze sam biegacz. Do każdego staram się podchodzić w sposób bardziej mentalny, niż fizyczny. Myślę, że to właśnie w psychice tkwi przewaga Kenijczyków w biegach na tle światowym. 


Domek dla zawodników, w którym mieszkał David Rudisha




Rozmowa powoli dobiega końca, ale brat Colm nie bardzo chce nas puścić. Dyskutujemy jeszcze na odchodnym o tegorocznej formie... piłkarzy Arsenalu, którym kibicuje  trener. Chyba nas polubił - z wzajemnością.
Mówi, że irlandzkim zwyczajem jest odprowadzenie gości do wyjścia. Tak też robi - idzie z nami do samej bramy. A po drodze pokazuje apartament, w którym mieszkał Rudisha. Stoi po sąsiedzku z domem brata.  Dwa niepozorne budynki na obrzeżach niewielkiego miasteczka, w którym być najlepszym biegaczem - znaczy być najszybszym człowiekiem na Ziemi.