Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

Selekcja naturalna - poranna 30-stka w Iten

Selekcja naturalna - poranna 30-stka w Iten
Selekcja naturalna - poranna 30-stka w Iten



W Polsce środek nocy – 3:45, wszyscy twardo śpią. W Iten 5:45. Na czarnym niebie błyszczy księżyc. Ciemno jak… Słychać tylko odgłosy piania koguta i porannej modlitwy z pobliskiego meczetu oraz… tupot stóp. Kenijscy biegacze o 6:00 ruszają na zabójczy trening – 30 km w terenie. Grupa ponad pięćdziesięciu zawodników (kobiet i mężczyzn) spotyka się zawsze w sobotę, w umówionym miejscu w pobliżu stacji benzynowej, na rogu niepozornej polnej drogi i asfaltowej szosy Eldoret-Iten.



Z każdą minutą przybywa biegaczy, pytam jednego z nich, czy jadł przed takim wysiłkiem śniadanie. Odpowiada, że wypił jedynie herbatę z mlekiem. Kuba zagaduje innego, który mówi mu, że Kenijczycy wiedzą, jak przygotować się do najcięższych treningów i są prawdziwymi biegowymi profesjonalistami.



Swoich sił w treningu z Kenijczykami spróbują też dwaj mzungu, trenujący w Iten - Andrea Lalli i Mariusz Giżyński. Przed nimi naprawdę trudne zadanie, Mariusz jeszcze nigdy nie biegał o tak wczesnej porze – przyznaje, że w Polsce przewraca się w tym czasie na drugi bok. Dla Andrei to już drugi taki trening, więc wie, że będzie bolało. Tyle kilometrów na nizinach to nie lada wyzwanie, a co dopiero na wysokości 2350 m n. p. m?

Na 30-stkę wraz z biegaczami rusza terenowy samochód z paką. Kierowca po drodze ma zbierać rzeczy zawodników, podawać napoje i zgarniać z trasy słabszych biegaczy. Bardzo chcemy zobaczyć jak wygląda ten trening, więc pytamy kierowcę, czy możemy z nim jechać, usadowieni na pace. Oczywiście zapłacimy. Godzi się, ale po chwili podchodzi do nas kolejny Kenijczyk, którym okazał się Gilbert Kirwa, właściciel samochodu i wyniku 2:06:14 w maratonie. Mówi, że nie zgadza się na robienie zdjęć, bo to jest trening i będziemy rozpraszać zawodników. Hm… Po krótkich negocjacjach godzi się, ale tylko (ku mojej rozpaczy) na 10 minut fotografowania i kręcenia kamerą. Nazywamy go potem hersztem bandy. Trochę się nawet obawiamy o to, że rozkaże wysadzić nas po drodze w szczerym polu lub, co gorsza, zabierze aparat.



Start biegu jest niespodziewany. Samochód rusza nagle za pędzącymi postaciami, znikającymi w ciemności, po dziurawej, jak szwajcarski ser, drodze. Trzymamy się mocno, bo w każdej chwili można wylecieć za burtę. Wyścig się rozpoczął. Za chwilę stado biegaczy znajdzie się na trzykilometrowym zbiegu, gdzie ich prędkość będzie sięgać 3 min/km. Czerwona, kręta i wyboista trasa biegnie w większości na zachód do miejscowości Kipkessum, następnie skręca ostro na północ, by na dwudziestym drugim kilometrze osiągnąć asfaltową szosę Eldoret-Iten (8 km).

Po kilku kilometrach spostrzegamy, że biegnie kilka grup zawodników, niektórzy ruszyli wcześniej, inni później. Na twarzy każdego widać szczególną zaciętość i motywację do treningu – potem dowiadujemy się, dlaczego.



Zauważamy różnice poziomu biegowego Kenijczyków, ale każdy z nich gna, ile sił w nogach. Tu nie ma miejsca na kalkulację, czy taktykę i rozkładanie sił. Ci mniejsi, z krótkimi nóżkami, wyglądają komicznie przy długonogich kolegach z grupy. Są starsi i młodsi, kobiety z większymi pupami i takie, które wyglądają na bardzo obiegane. Zresztą kilka pań daje z początku radę utrzymać męskie tempo.

Robi się już jasno, wraz ze wschodzącym słońcem, na niebie lecą żurawie koroniaste. Jest naprawdę pięknie. Stawka bardzo się rozciąga, na czerwonej drodze widać różnokolorowe stroje biegaczy. Cały bieg wygląda jak crossowe zawody, podczas których są też chwile dramatyzmu.



Widać stopujących biegaczy w pobliskich krzaczkach, inni dyszą niemiłosiernie, drudzy zalewają się potem. Bieg utrudniają dodatkowo ciężkie buty, do których przylepia się świeża, jeszcze wilgotna po wczorajszym deszczu, czerwona glina. Jest też pierwszy Kenijczyk, który zrezygnował z kontynuowania treningu po 10 km. Skarży się na ból w nodze i wskakuje na pakę. Wydaje się lekko zawstydzony, że dziś nie podołał zadaniu. Wskazuje na nogę i dyszy. Nic nie pije. Za chwilę dyskretnie wymiotuje.




Zagadujemy go, udając, że nie widzieliśmy jego słabości: Co, dziś tempo mocne? Odpowiada z zadyszką: Tak, dziś wyjątkowo szybko wszyscy biegną. Potem dowiemy się, że Kenijczycy myśleli, że Kuba jest managerem z Europy i każdy chciał wypaść jak najlepiej na treningu, aby mu zaimponować.... Przypuszczamy też, że właśnie dlatego Kirwa nie życzył sobie fotografowania – jego duma i ambicja nie chciały dopuścić, aby ktoś spoza Kenii dowiedział się, że są tu od niego szybsi na treningu.

Około dwunastego kilometra spotykamy Andreę, który wytrwale trzyma się pierwszej piętnastki biegaczy. Wielu Kenijczyków dziwi się, że mzungu potrafi dotrzymać im kroku, a nawet być od nich szybszym. Na twarzy siódmego zawodnika ME widać skupienie i zaciętość, ale też zmęczenie. Mariusz skończył już swój bieg po sześciu kilometrach w czasie 3.07-3.20. Lalli, który w wysokich górach trenuje już ponad miesiąc, dał radę przebiec 16 km poniżej 3:15/km. Dzik.



Minęła już godzina biegu. Robię mnóstwo zdjęć, mimo że pięciokrotnie przekroczyłam darowany nam przez kierowcę limit czasowy fotografowania. Kiedy mnie upomina, to udaję, że nie wiem, o co chodzi i uśmiecham się uroczo. W końcu jestem blondynką! Kuba ostentacyjnie chowa kamerę do plecaka, potem wykazuje się pomocą, od czasu do czasu, zbierając bluzy rozgrzanych już do czerwoności zawodników i zasłaniając mnie w lusterku kierowcy, abym mogła nadal pstrykać fotki. Czego się nie robi dla czytelników bieganie.pl!



Wreszcie dogoniliśmy czołówkę, której kierowca podaje bidony z wodą. Gilbert Kirwa, w bladoniebieskiej koszulce, obficie polewa się wodą. Zwycięzca maratonu w Wiedniu i Frankfurcie (oba w 2009 roku) jest w ścisłej czołówce treningu, ale nie może dotrzymać kroku „bezimiennemu” zawodnikowi, który posturą przypomina bardziej piłkarza niż długodystansowca. Herszt Gilbert to nie byle kto, oprócz sukcesów maratońskich, posiada drugi w historii wynik na 25 km 1:11.58. Gdy ustanawiał ten rezultat, jego międzyczas na „połówkę” wynosił 1:00.42.

Na pace siada coraz więcej zawodników. Niektórzy nie wyglądają na zmęczonych, rozmawiamy z nimi przyjaźnie i dajemy słodycze, które zamiast od razu zjeść – chowają do kieszeni. Mamy trochę wyrzutów sumienia, że inni się tak męczą, a my sobie siedzimy, zamiast biegać.



Zdarzają się mocne zbiegi, na których biegacze „puszczają” nogi, a my jeszcze mocniej trzymamy się auta. Jedziemy już tylko z czołówką, pecha mają ci zmęczeni, którzy chcieliby załadować się na samochód. Już raczej nas nie dogonią.

Wjeżdżamy na asfalt. Czerwona glina odlepia się od butów i kół samochodu. Biegacze pokonują ostatnie 8 km pod bardzo mocny wiatr, omijani przez pędzące matatu i karmieni spalinami przez ciężarówki. To w miarę płaski odcinek, na którym świetnie widać rozciągniętą stawkę długodystansowców. Z przodu, w odstępach 150-metrowych biegną najlepsi. Prowadzi „piłkarz”, drugi to ubrany w koszulkę Pumy chudy „bezimienny”, a Kirwa jest trzeci. W oddali widać jeszcze, biegnących pojedynczo i w małych grupkach biegaczy w kolorowych strojach. Po drodze zgarniamy jeszcze bardzo zmęczonego biegacza, który po 25 km biegu, nie ma nawet siły wydusić z siebie słowa.





To już ostatnie kilometry, zaraz zacznie się finisz. Meta treningu jest przy starej, pomalowanej w kenijskie barwy, bramie wjazdowej do Iten, tuż przy posterunku policji. Jako pierwszy przekracza ją niezmordowany „piłkarz”. Koledzy przybijają mu na mecie piątkę, gratulując udanego treningu. Na drugiego zawodnika już nikt nie czeka na kresce, liczy się tylko zwycięzca. Kirwa przybiega trzeci ze spuszczoną głową, nie ośmielam się mu nawet zrobić zdjęcia.



Kierowca dostaje ode mnie napiwek, staram się go udobruchać i dziękuję za współpracę. Podchodzę też do najlepszego biegacza dzisiejszej 30-stki. Gratuluję mu, a ten radośnie pokazuje mi czas na zegarku: Dziś 1:40! Mówię tylko: Wow, you are amazing! Bo rzeczywiście jest „emejzing”, pokonał 30 km w zabójczo ciężkich warunkach w średnim tempie 3:20 na kilometr.



Ten sobotni trening wchodzi w skład czterech akcentów, jakie wykonują w tygodniu Kenijczycy - siłę biegową w poniedziałek, ciężkie tempo na stadionie we wtorek, fartlek w czwartek, 30-stka w sobotę. W niedzielę zazwyczaj mają wolne, a ci lepsi zawodnicy udają się na wybieganie. Zazwyczaj wszyscy biegają dwa razy dziennie, a maratończycy nawet trzy.
Zgodnie z kenijską zasadą: Train hard, win easy – Trenuj ciężko, wygrywaj łatwo, na treningu nie ma lekko. Wybijają się tylko najsilniejsi. Selekcja naturalna wyłoni przyszłych rekordzistów, mistrzów świata i zwycięzców igrzysk.



Szkoda, że jednak nie jesteśmy managerami…