Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

Bieganie - sposób na życie

Od pewnego czasu bieganie odgrywa w moim życiu bardzo dużą rolę. Jest jedną z moich ulubionych czynności, obok łażenia po górach, palenia ogniska albo gapienia się w gwiazdy. Można powiedzieć, że stałem się nałogowcem - zwykle biegam 60-70 kilometrów tygodniowo. Oczywiście, nie zawsze tak było. Jak do tego doszło?


Próby biegania podjąłem, gdy chodziłem do szkoły podstawowej. Niestety, nie miałem wystarczającej motywacji - nie miał mnie kto zachęcić. Na lekcjach WF głównie grało się w piłkę a jako zdecydowany indywidualista bardzo źle wypadam we wszelkich grach zespołowych. Potwierdziło się to w liceum - moja przydatność podczas gry w "kosza" czy siatkówkę była bardzo ograniczona. Nauczyciele byli zaskoczeni, gdy dość dobrze wypadłem podczas biegu na 800m (mimo, że pod koniec "wysiadłem" i ledwo dotarłem do mety), ale nie wyciągnęli z tego odpowiednich wniosków.


W 1989 roku poszedłem na studia (Uniwersytet Jagielloński, fizyka). Po pierwszym WF-ie podszedł do nas trener sekcji lekkoatletycznej i starał się nas namówić, żebyśmy przeszli do niego. Postanowiłem spróbować i... złapałem bakcyla.


Już podczas pierwszego treningu dowiedziałem się, dlaczego moje pierwsze próby były nieudane - po prostu próbowałem zbyt szybko biec i w efekcie szybko się męczyłem (należało raczej maksymalnie zwolnić ale przebiec założony dystans). Już wtedy dokonałem czegoś, co wcześniej wydawało mi się niemożliwe - zrobiłem pełne kółko wokół krakowskich Błoń (ok. 3600m). Wprawdzie lekkim truchtem i pod koniec ledwo żyłem, ale jednak. Nie zrażało mnie to, że byłem najsłabszy w grupie, co znalazło odbicie podczas pierwszych zawodów międzyuczelnianych.


Dość regularnie uczęszczałem na treningi i ku swej radości stwierdziłem, że znacznie mi się poprawiła kondycja. Czasem nawet ot, tak sobie ubierałem dres i szedłem pobiegać nad pobliską rzeką Rudawą - sprawiało mi to przyjemność. Stwierdziłem, że taki wysiłek zapewnia znakomite odprężenie np. po trudnym egzaminie. Poza tym stwierdziłem, że zdecydowanie wolę długie dystanse od krótkich. Przeżyłem miłe zaskoczenie latem, podczas wycieczek górskich, kiedy stwierdziłem, że mogę chodzić szybciej i dłuższe odcinki niż dotychczas.


Następny rok nie przyniósł rewelacji - wprawdzie na zawodach już nie bywałem ostatni (raczej przedostatni lub trzeci od końca ;-) ), ale efekty treningów nie były aż tak widoczne. Przełomowy był trzeci rok, kiedy ostro się przyłożyłem do biegania (treningi dwa razy w tygodniu a w sobotę lub niedzielę "przebieżka" nad Rudawą lub po Lasku Wolskim) i zacząłem zajmować punktowane miejsca (czyli 12-te i powyżej). Wtedy pobiłem swój rekord życiowy na 3 km (10:07.3).


Kolejne lata przyniosły spadek formy. Powód? "Skomputeryzowałem się" i to pochłaniało mi mnóstwo czasu, choć, oczywiście, miało to również swoje dobre strony - nabrałem wprawy w obsłudze komputerów, bardzo mi to pomogło przy pisaniu pracy magisterskiej i później w pracy zawodowej. W każdym razie, coraz rzadziej chodziłem na treningi (zwłaszcza, że od 4. roku WF nie był obowiązkowy) i biegałem. Wprawdzie po ukończeniu studiów nie zerwałem kontaktu z Sekcją i nadal brałem udział w zawodach, ale wyniki były coraz gorsze - doszło do tego, że na 3 km wynik poniżej 11 minut uważałem za "bardzo dobry". No i zacząłem tyć - z 56 kg "podskoczyłem" na 60, w maksimum miałem aż 64 kg. W górach też było coraz gorzej, choć nadal byłem w stosunkowo niezłej formie.


Ten regres trwał ok. 5 lat. Zdarzało się, że przerwy w bieganiu wynosiły 2-3 miesiące! Czasem nawet miałem zamiar biegać, ale akurat padało lub był mróz. Nie byłem z siebie zadowolony, ganiłem siebie za lenistwo ("co to za harcerz, który boi się deszczu?") ale jakoś nie mogłem się przemóc.


Parę razy zdarzyło mi się wyjechać za granicę, na różne szkoły letnie. Korzystając z tego, że było więcej czasu, biegałem wtedy codziennie, każdego ranka, dystanse ok. 5 km. Wprawdzie to nie to samo, co w domu (moja "zwykła" trasa miała ok. 15 km), ale za to znacznie częściej. Po każdym wyjeździe zauważałem znaczny wzrost kondycji - niestety, tylko chwilowy. Jakoś nie wyobrażałem sobie codziennego biegania w domu - najkrótsza "rozsądna" trasa miała niecałe 8 km i uważałem, że to zdecydowanie za dużo jak na codzienne bieganie.


Przełom nastąpił na początku 1997 roku. Wtedy na dwa i pół miesiąca pojechałem na uniwersytet w Durham, w ramach programu wymiany doktorantów (sponsorowane przez TEMPUS). Postanowiłem, że będę biegał codziennie. Warunki były bardzo dobre - niedaleko miasteczka studenckiego było sporo ścieżek. Zacząłem od nieco ponad 3 km ale po krótkim czasie ustaliłem dystans na ok. 5.2 km. Po jakimś czasie nawiązałem kontakt ze studenckim "Cross Country Club" i co niedzielę biegałem z nimi ok. 6 lub 13 mil (czyli 10 lub 21 km). Oprócz tego, co sobotę i niedzielę chodziłem na długie, piesze wycieczki. W efekcie, dość szybko zacząłem chudnąć a kondycja uległa znacznej poprawie.


Po powrocie do domu stwierdziłem, że szkoda byłoby stracić tak dobrą kondycję. Spróbowałem biegać we wszystkie dni powszednie 7.8 km a w soboty i niedziele 15 km (zimą odpowiednio 8.5 km i 15.5 km) - okazało się, że nie stanowi to dla mnie problemu. I tak już zostało (choć ostatniej zimy trochę się "opuściłem" i nie biegałem dłuższych dystansów, tylko codziennie 8.5 km). I znów na zawodach międzyuczelnianych (w których nadal biorę udział, niejako "z przyzwyczajenia") zacząłem osiągać przyzwoite wyniki, moja waga oscyluje w granicach 58-59 kg a w górach radzę sobie znakomicie (przynajmniej jak na moje możliwości).


Wczesną wiosną 1998 roku postanowiłem zrealizować swoje marzenie - przebiec dystans maratonu w czasie poniżej 3.5 godz. (próbowałem tego kilka lat wcześniej, ale udało mi się przebiec zaledwie 35 km). Co 2 tygodnie którejś soboty lub niedzieli biegałem zamiast 15 km odpowiednio dłuższy dystans, ale w płaskim terenie (wały nad Rudawą). Zacząłem od niecałych 20 km; gdy czułem, że "opanowałem" dany dystans (wystarczało przebiec ze dwa-trzy razy), zwiększałem go o kolejne kilka km. W końcu doszedłem do upragnionego maratonu (ściślej, było to ok. 43.1 km). Udało mi się przebiec 4 razy, za każdym razem z lepszym czasem - od ok. 4:10 do 3:34. Ten ostatni wynik, po odliczeniu ostatnich 900 m, dał czas poniżej 3:30 !!!


Następny rok poświęciłem krótszym dystansom, czyli biegałem nieco bardziej pod kątem zawodów międzyuczelnianych (gdzie najdłuższy dystans to 3 km). Niestety, nie udało mi się "zejść" poniżej 10 min. na 3 km - może nawet by się udało, ale gdy byłem w najlepszej formie, podczas biegu odniosłem kontuzję i miałem czas ponad 10:19, mój nalepszy wynik z tego sezonu to 10:11. Ale może jeszcze kiedyś się uda? ;) Za to pobiłem rekord życiowy na 1500 m (z tego co pamiętam, 4:37).


Jesienią tamtego roku postanowiłem wziąć udział także w innych imprezach biegowych. Ściślej mówiąc, chciałem to zrobić już wcześniej, ale nie udało mi się zdobyć odpowiednich "namiarów". Wystartowałem w nowohuckim Memoriale im. Bogdana Włosika (ok. 4.3 km) i Marszobiegu Niepodległości (spod kopca Piłsudskiego pod kopiec Kościuszki, ponad 5 km, teren pagórkowaty). Wyniki były zachęcające - wprawdzie nie mogłem się równać z najlepszymi, ale jak na amatora wypadłem całkiem przyzwoicie.


Ostatnio, gdy szukałem w Sieci informacji o innych biegach, udało mi się trafić na stronę www.bieganie.pl a w niej m.in. na kalendarz imprez biegowych. Zamierzam w niektórych wziąć udział (zwłaszcza w tych bliżej Krakowa i w górach). No i spróbować sił w maratonie - może jeszcze nie w tym roku, ale... Moim kolejnym marzeniem jest wystartować w słowackim Biegu Grzbietem Niskich Tatr (Bieg Hrebenom Nizkich Tatr, z Chaty gen. Stefanika pod Dziumbierem do Donoval, 45 km, czerwonym szlakiem przez Chopok, Vel'ką Chochulę i Kozi Chrbat, organizowany pod koniec czerwca) - najlepsi pokonują tą trasę w 3.5 godz., może udałoby się zmieścić 5 godz.?


Jaki stąd morał? Wiele zależy od nastawienia psychicznego oraz oceny własnych możliwości. Nie potrafiłem biegać 4, 10, 15 ... 43 kilometrów dopóki nie uwierzyłem, że jestem w stanie to zrobić. Same chęci nie wystarczą, ale kiedyś trzeba zrobić pierwszy krok. Podobnie z bieganiem codziennym - ciężko zacząć, ale potem jest coraz łatwiej. Jeśli się trenuje rzadko, łatwo jest się wybić z rytmu i bywa ciężko zacząć od nowa. Jeśli się biega codziennie, wchodzi to w nawyk i nawet najgorsza pogoda nie odstrasza. Doszło do tego, że jeśli mam przerwę w bieganiu wymuszoną np. kontuzją albo chorobą, czuję się nieszczęśliwy i staram się przerwę skrócić do minimum (nie dotyczy to wycieczek górskich - wtedy mam wystarczająco dużo wysiłku...).


Zdaję sobie sprawę, że nie każdy może sobie pozwolić na codzienne bieganie - ja jestem w tej sytuacji, że nie mam wyznaczonych godzin pracy, gdyż liczą się efekty w postaci publikacji a nie odsiedziany czas. Ale bieganie bynajmniej mi nie utrudnia pracy, wręcz przeciwnie. Najlepsze pomysły przychodzą mi do głowy podczas drogi do pracy albo właśnie podczas biegania, przy czym nie wtedy, gdy przepełnia mnie energia i myślę o biciu rekordu trasy, tylko gdy biegnę swobodnie, nie koncentruję się na biegu. Bieganie jest ważne tym bardziej, że w pracy większość czasu spędzam siedząc przy komputerze.


Jeśli ktoś mimo wszystko nie może się zdecydować na bieganie albo robi to bardzo nieregularnie, zawsze może spróbować znaleźć kogoś podobnego. Trudniej znaleźć wymówkę jeśli kolega uparł się, żeby danego dnia biegać :-)


I jeszcze jedno. Jeśli ktoś (tak, jak ja kilka lat temu) uważa, że najlepsze lata ma już za sobą i jest skazany na ciągły spadek formy, wcale nie musi mieć racji. Wystarczy, że zacznie mocniej i częściej trenować.