Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

Opowieść Wigilijna 2017 - cz 3

Opowieść Wigilijna 2017 - cz 3

Etap IV


Ruszyliśmy w dół. Po 200 m spotkaliśmy zmasakrowaego Coxa. Wlókł się. Ale nie można go było lekceważyć, od tego momentu zaczynał się prawie cały czas zbieg, czasami zwłaszcza ostatnie 20 km prawie płasko, to jego domena, mógł nas łatwo dojść.

Zbiegliśmy do podnóża i ruszyliśmy w prawo. Droga była szeroka, wygodna, ale jednak stale w dół i choć czuliśmy się pewnie, to nie szarżowaliśmy.

Tom milczał. Widać, że spotkanie z Nikki było dla niego jakimś szczególnym doznaniem. Nie przeszkadzałem mu. Po kilkunastu minutach zaczął opowieść.

- Miałem kiedyś żonę. Miała na imię Nina
- Nina? Rzadkie imię.
- Była Rosjanką
- Ooo - zdziwiłem się - gdzie ją poznałeś?
- Właściwie Ukrainką. Poznaliśmy się na mityngu, gdzieś w Czechach
- Aa, kiedy trenowałeś w latach ‘60 tych, tak?
- Tak
- Miałeś trenera, czy sam trenowałeś?
- Miałem, nawet właściwie kilku, ale najważniejszy był Węgier, Michaly Igloi...
- Co? To był przecież trener Boba Schulla !
- Ooo, słyszałeś coś - zaśmiał się Tom
- Wow! No pewnie, trochę się tym interesowałem - byłem naprawdę podekscytowany, rozmawiałem z człowiekiem który biegał w czasach jedynych amerykańskich złotych medalistów z Igrzysk Olimpijskich na 5 i 10 tys m
- Ale mało ludzi wie, że już w sierpniu 1963 roku, czyli na rok przed Igrzyskami, Schull zaczął trenować sam. Bazował na treningu Igloi ale trenował wg własnych pomysłów, samopoczucia. A w 1964 roku osiągnął wszystko za co pamiętamy go dzisiaj.
- A Ty skąd tak dobrze to pamiętasz?
- W 1963 roku Bob zmienił uniwersytet, pojechał do Miami, przez zupełny przypadek ja też przeniosłem się do Miami, czasem razem biegaliśmy.
- Ale nadal trenowałeś z Igloi?
- Niby tak, ale wiesz jak to jest treningiem na odległość, zwłaszcza sprzed epoki internetu. Dlatego faktycznie spory wpływ miał na mnie Schul, który sam zaczynał trenować zawodników. Był, ba, nadal jest postacią nieco charyzmatyczną. Bob chyba od zawsze był trochę mądralą, zawsze miał swoje uwagi do treningu. Kiedy Igloi dawał nam jakiś trening, to on to komentował: “Ale ja bym to zrobił...” i tłumaczył swoje podejście. Igloi czasem się denerwował. Dzięki temu nawet wśród żartów popularne wśród nas stało się powiedzenie, kiedy ktoś miał problem życiowy, z dziewczyną czy samochodem: “A co zrobiłby Bob?”.
- Ale czym się faktycznie ten trening różnił? Zawsze słyszałem, że u Igloi nie robiło sie kilometrów tylko ciągły interwał.

Tom zastanowił się chwilę

- Bez próby wyobrażenia sobie pewnych spraw, trudno jest zrozumieć co zawodnicy naprawdę robią. Trener ma jakąś tam koncepcję, ale historia notuje tylko ten zapisany w planie trening, tak naprawdę główny akcent, który się dyskutuje, omawia, przekazuje dalej. Ale jeśli się nie zastanowisz, to nie wiesz jak ten trening wyglądał. Nawet Igloi mógł Ci powiedzieć, że trening wyglądał wg niego jakoś, a faktycznie wyglądał inaczej. Igloi miał bezdyskusyjnie wielkie sukcesy ale z Bobem była ciekawa historia, że on tak naprawdę mało w życiu trenował i największe sukcesy miał kiedy odszedł od Igloi. Dlatego wg mnie nie wiemy ile z tego wszystkiego to efekt treningu Igloi a ile talentu Boba. Poza tym, Bob generalnie nie miał tak zwanego farta. Można powiedzieć, że u niego jak nie dżuma to cholera. W wojsku, praktycznie z marszu pobiegł 3:55 na 1500m, wtedy jego dowódca namówił go do trenowania z Igloi. Rzeczywiście szybko zaczął się poprawiać ale jednocześnie pojawiły się kontuzje, potem jakiś ciągły stan chorobowy, jakieś zapalenie migdałków. Tego wcześniej nie było i Bob uznał, że to efekt zbyt intensywnego treningu u Igloi.
- Czyli, że Igloi był takim rzeźnikiem?
- Wg mnie Igloi nie był rzeźnikiem, ale zawodnicy faktycznie robili trening rzeźnicki
- Nie rozumiem jak to możliwe
- Czasami pewnie pozornie małe detale robią dużą różnicę. U Igloi biegaliśmy na przykład taką jednostkę: 20x300m z przerwą 100m w truchcie. Czyli co 400 m startowaliśmy do kolejnego powtórzenia. I to był tylko jeden element treningu, który łącznie stanowił około 15-16 km. Igloi kazał nam trenować oddzielnie ale jak jesteś na stadionie z kolegami to trudno jest taki stan osiągnąć, więc faktycznie biegaliśmy grupkami. Jak kończyliśmy te 300m odcinki przechodziliśmy do truchtu. Ale wiesz jak to wygląda w grupie. Nikt nie chce pokazać, że jest słaby. Wszystkim się wydawało, że muszą ruszyć razem, trzymać się przodu, więc truchtali żwawo, dla części zawodników ten trucht był za krótki, nie więcej niż 40 sekund. Każdy myślał, że im szybsza będzie średnia na treningu tym lepiej, a chodziło o jakość tych szybkich odcinków, a te 100m było po to, żeby faktycznie odpocząć. Bob widać czuł, że dla niego taki trening to rzeźnia i chciał to zmienić, zwłaszcza, że na tym 300m odcinku mieliśmy często pilnować właściwego ruchu. On uważał, że te 100m w truchcie powodują, że nie tylko zawodnik nie odpocznie ale nawet nie ma czasu zastanowić się nad błędami jakie zrobił lub na czym się skupić na kolejnym powtórzeniu. Ponieważ nie chciał robić Igloi przykrości to użył pretekstu, że przenosi się na studia do Miami. I tam faktycznie mógł zacząć trenować tak jak chciał.
- Ale to znaczy, że to wcale nie było mało biegania, wbrew temu co mówią legendy.
- Nie, skądże. Biegaliśmy raczej sporo, tylko wszystko podzielone było na krótkie odcinki.
- Czyli jak to wyglądało?
- Nadal to nieźle pamiętam, choć teraz coś mogę pominąć, ale trening, który obejmował pewnie ponad 25 km, to było:
... 6 kółek w truchcie na rozgrzewkę
... 15x100m żwawo, na krótkich przerwach
... 16x400m, przerwa 150 m w truchcie, lub 400m co 4 powtórzenie
... 800m w truchcie
... 3x800m, przerwa 200m w truchcie
... 800m w truchcie
... 8x150m, przerwa 50 m w truchcie
... 800m w truchcie
... 3x200m, przerwa 200m w truchcie
... 10x100m
To był naprawdę długi trening, kończyliśmy mięśniowo zajechani ale wytrzymałościowo nie bardzo

Tom wyrecytował to prawie bez zająknięcia, czym znowu wywołał mój podziw. Biegniemy w końcu nie tak wolno a on recytuje trening jaki robił 50 lat temu.

- I to wszystko z jakimi prędkościami?
- Trochę się różniły, generalnie Igloi miał trzy określenia do opisania nam tego czego od nas chce: fresh, good, hard. I tak sie z nami komunikował, czasami dodając jeszcze jakieś elementy techniczne, ale Bob potem to odrzucił i twierdził, że Igloi też
- A trening Boba czym się różnił od Igloi? Tylko tymi przerwami w marszu?
- Praktycznie tak, choć to nie było takie tylko, to była wg mnie bardzo duża jakościowa zmiana, powodująca, że trening stawał się bardziej przemyślany
- To jak długie były te przerwy?
- Bob nie określał jak długo mają trwać. Jeśli po 200 metrowym odcinku miałeś 50 m marszu, to miałeś te 50 m przejść naprawdę powoli, żeby się chwilę zastanowić nad tym co zrobiłeś. Ale to zastanawianie było od razu autoselekcyjne. Wielu zawodnikom nie chce się nad niczym zastanawiać, nie bardzo nawet rozumieją nad czym tu się zastanawiać. Chcą zapierdzielać.
- No i te zmiany spowodowały u Boba taki postęp?
- Nie wiadomo czy tylko to, bo może gdyby nadal trenował z Igloi też byłoby dobrze. Ale fakt, że z nim nie trenował a po treningach u Igloi często nie czuł się dobrze. A rok po odejściu od Igloi, w 1964 roku złamał kilka rekordów kraju, w tym 5000m, rekord świata na 2 mile, nie przegrał w 1964 roku chyba ani jednego biegu od 1500m do 5tys m. Wygrywał ze wszystkimi najlepszymi zawodnikami. No i przede wszystkim  złoto na Igrzyskach w Tokio. Trudno jednak inaczej wytłumaczyć ten skok niż jego własnym treningiem.
- A co było z Tobą? Trenowałeś z nim, brałeś udział w przedolimpijskich kwalifikacjach?
- Ze mną był ten problem, że nie mogłem się zdecydować, czy w ogóle trenować.

Tom potknął się lekko co przerwało jego monolog.

- Czasami prowadziłem w głowie taką debatę - zaśmiał się - pytałem się siebie: “Co zrobiłby Bob ?” Z jednej chciałem projektować domy, studiowałem architekturę a z drugiej chciałem dobrze biegać. Trudno było to połączyć, zwłaszcza w czasie egzaminów a potem pracy.
- To skąd znalazłeś się na mityngach w Czechach?
- Ja tam byłem od strony Amerykańskiej Federacji Lekkoatletycznej, ktoś musiał pomagać załatwiać przejazdy, hotele, a traf chciał, że znałem rosyjski
- Skąd?
- Miałem chyba 15 czy 16 lat, chyba jako kolejne odreagowanie tej historii z szachami. Wymyśliłem, że się nauczę. To był środek walki z komunistami, żyliśmy w kraju w przeświadczeniu, że jesteśmy otoczeni przez komunistycznych szpiegów, agentów ZSRR. Dosyć naiwnie pomyślałem, że muszę poznać język wroga. Potem się przez to zaczęły problemy, bo pochwaliłem się w szkole, rodziców wezwano do szkoły, mnie dyrekcja też przesłuchiwała, wspominam to teraz zabawnie ale wtedy mi do śmiechu nie było. Musiałem tłumaczyć, że to z pobudek patriotycznych. Chyba byłem przekonujący bo w końcu dali spokój, zresztą niedługo potem cały Makkartyzm się zawalił. A ja się rosyjskiego nauczyłem i kiedy się okazało, że zawodnicy jadą na mityng do Europy i że szukają kogoś kto zna rosyjski, zgłosiłem się i mnie wzięli.

Na chwilę znaleźliśmy się w lesie, biegliśmy gęsiego, Tom z przodu, ja zaraz za nim.

- Nina skakała wzwyż. Od razu zwróciłem na nią uwagę na stadionie, kiedy przyszliśmy na pierwszy trening. Miałem stać przy naszych zawodnikach, żeby im w razie czego pomagać w komunikacji ale nie mogłem się powstrzymać i cały czas kręciłem się koło skoku wzwyż. Urzekła mnie jej twarz, nieco indiańska, smagła cera, ciemne włosy, Twoja dziewczyna mi ją przypomina.
- Była dziewczyna
- Ok, była. Sytuacja polityczna była napięta, dwa lata po Kryzysie Kubańskim. Nienawidziliśmy Rosji. To była taka propagandowo zbudowana nienawiść, wszystko nas w tym utwierdzało, ta oficjalna i mniej oficjalna propaganda, czy choćby filmy fabularne jakie wtedy powstawały. Ale Nina burzyła całą moje nastawienie. Stałem tuż przy materacu do zeskoku, z założonymi rękoma. Wiedziała, że jestem z drużyny USA i denerwowało ją moje zachowanie ale nic mi nie powiedziała. Usłyszałem tylko jak skarży się jakiejś koleżance, że jakiś Amerykanin chyba stoi tam celowo, żeby ją dekoncentrować. W końcu, zagadałem ją, była miła. Trochę się bała na początku ze mną rozmawiać, bo jeśli my ich nienawidziliśmy to oni nas na pewno nie mniej. Była zaskoczona, że tak dobrze mówię po rosyjsku. Chciałem się z nią jakoś spotkać po treningu ale powiedziała, że nie może.

Następnego dnia były zawody. Ninę spotkałem wcześnie rano na stadionie, rozgrzewała się. Chyba mnie w końcu polubiła bo rozmawiała ze mną swobodnie choć z pewną nieśmiałością, nie wiedziałem czy to wynika z jej charakteru czy sytuacji w jakiej byliśmy. Okazało się, że za trzy tygodnie mieliśmy szansę spotkać się w Kijowie gdzie zaplanowany był mecz lekkoatletyczny Rosja-USA. Oni jeszcze po drodze jechali do Niemiec na mecz z Niemcami ale potem wracali i mieli spotkać się z nami.

Nie pamiętam co się działo przez te trzy tygodnie. To znaczy, pamiętam mgliście, byliśmy chyba w Finlandii, na Węgrzech.  Ale myślałem tylko o Ninie.

Kiedy przyjechaliśmy do Kijowa i przyszliśmy na stadion od razu zacząłem jej szukać. Na początku byłem przerażony, bo wydawało mi się, że jej nie ma. Kiedy zapytałem się o nią kogoś z jej reprezentacji słyszałem tylko głuchą ciszę, jak gdybym mówił do nich w jakimś innym języku.

A jednak była. Musiałem biegać czasem do naszych zawodników i pomagać im w jakichś bytowych sprawach. A to komuś trzeba było przynieść wodę, a to ktoś zgubił jakiś identyfikator. Ale kiedy tylko mogłem wracałem do Niny.

Podszedłem do niej na dłużej po kilku godzinach, kiedy miała przerwę i siedziała obok materaca, poza nią nie było nikogo. Usiadłem na trawie obok niej. Wtedy dotknęła mojej ręki i powiedziała, że myślała o mnie. Zrobiło mi się z jednej strony gorąco a z drugiej zimno. Chciałem ją objąć ale nie mogłem, mimo wszystko to byłoby na stadionie zauważone. W tym momencie zrozumiałem, że nie wyobrażam sobie życia bez niej.

Zawody były tego samego dnia wieczorem. Wiedziałem, że za kilka godzin się rozstaniemy, nie wyobrażałem sobie tego. Reprezentacja USA miała zaraz lecieć do Moskwy i stamtąd następnego dnia do Polski na kolejny mecz. Wymusiłem na niej, żeby się jakoś ze mną poza stadionem spotkała. Zgodziła się nawet bez większych oporów ale powiedziała, że będziemy musieli uważać, że to może być dla niej i dla mnie niebezpieczne.

Umówiliśmy się po zawodach, przed wejściem do biblioteki publicznej, niedaleko stadionu.

Mecz przegraliśmy, chyba 116 do 122. Nasi zawodnicy zrobili super robotę choć przetrzebieni byli kontuzjami. Ale ja myślałem tylko o spotkaniu z Niną.

Do odjazdu miałem dwie godziny. Pobiegłem pod bibliotekę jak najszybciej mogłem i czekałem. Wyróżniałem się niestety kolorową czapką z napisem USA. Kiedy podeszła Nina natychmiast ją zdjęła, wzięła mnie za rękę i weszliśmy do biblioteki. Szukaliśmy jakiegoś miejsca na chwilę rozmowy. W końcu znaleźliśmy na trzecim piętrze pomiędzy wielkimi półkami książek z dziełami Lenina.

Zacząłem coś mówić ale ona bez słowa wzięła moją twarz w dłonie i zaczęła całować. To mnie rozłożyło zupełnie. Czułem, że to jest ta jedna jedyna, ta bez której nie mogę żyć. A jednocześnie wiedziałem, że za chwilę się rozstaniemy i praktycznie nie mamy szansy na spotkanie w przyszłości a jeśli to po bardzo długich staraniach z bardzo niepewnymi rokowaniami.

Powiedziałem jej, że nie wyobrażam sobie życia bez niej. Lekko się uśmiechnęła. Co chwila się całowaliśmy i milczeliśmy.

Nagle odsunęła mnie na nieduży dystans, spojrzała się poważnie i zapytała, czy jestem zdecydowany, że chce z nią być. Odpowiedziałem oczywiście bez wahania, że tak.

Nina zapytała się mnie, czy się z nią ożenię. Powiedziałem, że tak. Wtedy ona powiedziała, że to w Rosji nic nie zmienia, że i tak nie dadzą nam wyjechać. I że jeśli jestem pewien, to musimy uciec. Mówiła to w sposób tak zdecydowany, że aż mnie zaskoczyła. Wyglądało na to, że była zdeterminowana.

Milczała chwilę wpatrzona w okno, wzięła jakiś kawałek leżącej obok gazety i coś zaczęła rysować długopisem wyciągniętym ze wojskowego plecaka. Nie wiedziałem co się dzieje, w końcu powiedziała:

- Słuchaj Tom. Ja jestem tak naprawdę Ukrainką. Moja rodzina pochodzi ze wschodu Ukrainy. Jedyna szansa, to przedostać się z przez granice Ukraińsko-Polską i stamtąd musieliśmy dotrzeć do waszej ambasady w Polsce, najlepiej, żebyśmy byli już po ślubie. Wtedy jest jakaś szansa.
- Tak - pomyślałem - to jest jakaś szansa. Ale czy w Polsce nie wsadzą nas do więzienia?
- W Polsce - powiedziała Nina - jest inaczej niż w Rosji czy na Ukrainie, tam mamy szansę, tam ludzie są inni.

Zdawałem sobie sprawę z tego, że liczba rzeczy które muszą się pod drodze udać była ogromna zacząłem to jakoś rozkładać na czynniki pierwsze.

- Ale jeśli mnie złapią przechodzącego przez granicę to wezmą za szpiega - powiedziałem.
- Tom - przerwała Nina - Ciebie od razu by zauważono, jesteś “nie swój”. Dotrzeć do granicy od strony Ukrainy ja muszę sama, Ty musisz czekać na mnie po polskiej stronie.

Patrzyłem na nią z podziwem. Zaplanować coś takiego?

- Ale co to są za tereny - zapytałem się - to jakieś pustkowia?
- Tak, to są góry
- I będziesz sama szła przez góry ? - byłem przerażony
- Uśmiechnęła się - to są moje tereny, urodziłam się przy granicy polsko-ukraińskiej, nie martw się, biegałam tam kiedy byłam dzieckiem

Czas płynął nieubłaganie, zacząłem ją całować, ale odsunęła się, i powiedziała:

- Tom - posłuchaj - to bardzo ważne, dzisiaj jest niedziela, jutro wieczorem będziesz w Polsce, we wtorek masz czas na dotarcie w Bieszczady, to góry na granicy polsko-ukraińskiej, tam blisko granicy jest cmentarz w małej wiosce której nazwę zapisze Ci na ręku bo kartkę łatwiej zgubisz, będę tam na Ciebie czekała w środę rano, spotkamy się przed wejściem na cmentarz, rozumiesz? Powtórz
- Tak, dobrze, zapisz - mówiłem rozgorączkowany bo wiedziałem, że za chwilę się rozstaniemy. Powtórzyłem jej cały plan.

Wzięła moje przedramię i napisała jakąś krótką nazwę, zerknąłem pobieżnie, jakaś: Wieniona, pomyślałem, że jak dotrę do Polski będę musiał kupić mapę. Kiedy skończyła pisać znowu się całowaliśmy.

- Idź - przerwała w pewnym momencie - spóźnisz się…..pamiętaj, cmentarz. Wymieniła nazwę miejscowości ale nie zapamiętałem jej wtedy, byłem spokojny, że mam ją zapisaną - Tom pamiętaj, środa rano, przez granicę muszę przejść sama.

Złapała moją twarz mocno rękoma, dała długi namiętny pocałunek, i powiedziała:

- Uciekaj, masz mało czasu, będę czekać.

Wybiegłem z biblioteki. Lunął deszcz, ale nie czułem go, biegłem szczęśliwy, zdenerwowany ale szczęśliwy, do autobusu dotarłem absolutnie zmoczony, mokry od potu i deszczu wpadłem do środka i odjechaliśmy w kierunku lotniska. Siedziałem na siedzeniu i rozmyślałem o Ninie, o tym co mnie czeka w najbliższych dniach. Zerknąłem na nazwę tej miejscowości i…. zmartwiałem. Po napisie zostały niebieskie plamy. Deszcz lub pot zmyły wszystko. Jak to się nazywało? Pierwsza litera to było chyba B, czyli po rosyjsku W, jakaś Wenona? Liczyłem, że jak zobaczę mapę to sobie przypomnę. W każdym razie to podniosło mój już i tak nie mały poziom stresu.

Nie pamiętam drogi do Polski, byłem nieobecny, w nocy nie mogłem spać. Koledzy chyba pytali się ale nie słyszałem. Myślałem tylko o niej. W Polsce kiedy dotarliśmy do hotelu zasnąłem natychmiast. Rano obwieściłem kolegom, że nie mogę z nimi jechać dalej, że mam tu coś do załatwienia. Byli zaskoczeni ale nie dałem im nawet szansy na rozmowę. Od razu zacząłem poszukiwać informacji o tym jak się dostać w te góry, gdzie kupić mapę.

Najpierw poszedłem do konsula. Powiedziałem mu, że chce trochę pobiegać po polskich górach blisko wschodniej granicy i czy muszę to komuś zgłosić. Trzeba pamiętać, że było to w zaledwie trzy lata po kryzysie kubańskim w 1962 roku i mogłem sobie wyobrazić, że jakiś Amerykanin błąkający się przy granicy z ZSRR mógł się wydawać szpiegiem. Konsul powiedział, że mogę jechać ale żebym poszedł na dowolny posterunek Policji jaki znajdę gdy już będę na miejscu i dał im list, który dla mnie przygotował. List tłumaczył, że jestem członkiem amerykańskiej reprezentacji lekkoatletycznej i jestem na treningu w górach. Bardzo mu podziękowałem, choć oczywiście nic o prawdziwej przyczynie mojego wyjazdu nie mówiłem, wiedziałem, że jeśli wszystko się uda to za kilka dni spotkamy się pewnie w bardziej nerwowej atmosferze.

Mapę kupiłem w księgarni. Jedyna droga dostania się w Bieszczady to był pociąg. Ale jedyny pociąg odchodził wieczorem i jechał całą noc, przyjeżdżał do małej wioski Komańcza. Spakowałem plecak, pozostawiając niepotrzebne rzeczy w ambasadzie i pojechałem. Ambasada to był świeżo oddany w 1964 roku budynek, nie było jeszcze dużo personelu, pozwalali nam się tam przespać.

W pociągu spałem dobrze, nad ranem jeszcze przed przyjazdem, kiedy tylko się obudziłem studiowałem mapę. Najgorsze, że miejscowości Wenona nigdzie nie było. Nagle jednak zauważyłem, że jest Wetlina, jedyna, która nazwą trochę pasowała, nie byłem pewien, że to właśnie to ale nie było wyjścia. Po przyjeździe pociągu w Komańczy znalazłem autobus do Wetliny.

Cieszyło mnie, że radziłem sobie. Jeszcze w ambasadzie powiedzieli mi, że Polacy raczej nie lubią Rosjan ale kochają Amerykanów i żebym nie próbował mówić po Rosyjsku. Niestety mało kto mówił po angielsku, więc dogadywałem się na migi, ewentualnie najpierw próbując po angielsku a potem wrzucając jakieś rosyjskie słowa.

W Wetlinie najpierw poszedłem na Policję. A raczej Milicję, bo tak się to w Polsce nazywało. Komendant przestudiował list popatrzył na mnie, pokiwał głową, gdzieś zadzwonił, chwilę rozmawiał, potem uśmiechnął się, podstemplował na nim jakąś pieczęć i oddał mi go. Podziękowałem i wybiegłem w poszukiwaniu cmentarza, przy którym jutro miałem spotkać się z Niną.

Poszedłem do jakiejś lokalnej gospody. Tam poznałem Ewę, córkę właściciela. To była młoda dziewczyna, ze 20 lat. Pomagała ojcu w pracy i jak się okazało nieźle znała angielski. Kiedy jej powiedziałem, że szukam cmentarza nie odpowiedziała od razu.

Nie wtajemniczałem jej po co tu przyjechałem, wytłumaczyłem jedynie, że czekam na znajomą, z którą mamy udać się na wyprawę w góry szlakami turystycznymi.

Ewa po namyśle, powiedziała, że jest kilka małych przycerkiewnych lub przykościelnych cmentarzyków a główny cmentarz jest o 3 km od Wetliny. To było dla mnie niepokojące, skąd miałem wiedzieć gdzie mamy się spotkać?

“Co zrobiłby Bob” - pomyślałem. Dziwne mi się wydawało to, że Wetlina nie jest tuż przy granicy, że Nina ryzykuje samotne przedzieranie się przez kilkanaście lub kilkadziesiąt kilometrów od granicy z Ukrainą. Uznałem, że Ninie chodziło pewnie jednak o ten większy cmentarz 3 km na północ od Wetliny.

Ewa z Ojcem zaproponowali mi, że mogę u nich tę noc przespać, mieli dom niedaleko gospody.

Następnego dnia z samego rana, zjadłem coś małego, pożegnałem z gospodarzami i pobiegłem 3 km drogą w stronę cmentarza. Na miejsce dotarłem po około 20 minutach. Była dopiero ósma rano. Usiadłem przed wejściem i czekałem.

Około południa zacząłem się niepokoić. Może to nie ten cmentarz? A może ją złapali?

O pierwszej pobiegłem z powrotem do Wetliny, dobiegłem do cerkwi rozglądając się za Niną, potem do kościoła katolickiego. Niny nigdzie nie było. Wróciłem do gospody. Ewa przywitała mnie zdziwiona. Byłem zdenerwowany, ona chciała mi jakoś pomóc, ale widziała chyba, że nie mówię wszystkiego.

Z rozmowy z nią zrozumiałem, że nie przepada za komunistyczną władzą. Kiedy kilka razy poprosiła, żebym powiedział jej o co chodzi, w końcu opowiedziałam w skrócie historię z Niną. Ewa zadała kilka konkretnych pytań, a na końcu skąd wiem, że to akurat tutaj mam czekać.

- No - powiedziała mi, że przy cmentarzu - odpowiedziałem z wahaniem
- Ale tu nie ma charakterystycznego cmentarza, poza tym jest daleko od granicy - logicznie powiedziała Ewa

Był jakiś długi ciepły letni dzień, niezbyt gorąco, siedzieliśmy przy bufecie, Ewa wydawała mi się całkiem ładną dziewczyną. Ale moje serce było z Niną

- A znasz charakterystyczny cmentarz blisko granicy? - zapytałem raczej retorycznie
- Tak - opowiedziała
- A jak się to miejsce nazywa - zapytałem się raczej tylko z ciekawości
- Beniowa

To było dla mnie jak grom z jasnego nieba. Przecież właśnie to była nazwa, którą wymieniła Nina. Beniowa! A ja sobie ubzdurałem, że Wenona, pewnie dlatego, że byłem przyzwyczajony do tego, że w Rosji pisali cyrlicą, a Nina napisała mi nazwę tej wioski normalnym alfabetem, łacińskim. po Polsku, a ja, zamiast się na tym skupić myślałem wtedy tylko o rozstaniu z nią i ewentualnych ostatnich pocałunkach. A potem deszcz i pot zmyły napis.

- Tak - krzyknąłem - Beniowa - Jak się tam dostać - wyciągnąłem mapę

Ewa przyglądała się mapie chwilę

- Tu jej nie ma, za mało dokładna, dam Ci moją - powiedziała

Wyciągnęła spod bufetu jakąś sfatygowana starą mapę, rozłożyła na blacie i chwilę szukała
- Widzisz, tu tutaj - wskazała palcem

Rzeczywiście, tuż obok granicy był napis: Beniowa
- I tam jest jakiś cmentarz?
- Tak, stary cmentarz jeszcze z czasów pierwszej wojny światowej
- A jak to jest daleko?
- Stąd? Pewnie około 40 km. Górami

Byłem przygnębiony. Była druga po południu, czyli Nina czekała tam już wiele godzin, a ja byłem 40 km od niej i nie wiedziałem jak się tam dostać.
- Słuchaj - powiedziała Ewa - jeśli chcesz, mogę poprosić ojca, żeby Cię podwiózł do Ustrzyk, może kawałek dalej, ale dalej już musiałbyś iść sam, pewnie około 20 km
- Tak, proszę - krzyknąłem, bardzo byłem jej wdzięczny - te 20 km dam radę dobiec tak, żeby dotrzeć do niej jeszcze przed zmrokiem

Ewa poszła po ojca, coś mu słyszałem tłumaczyła. Po chwili wyszedł z zaplecza i z jego tłumaczenia zrozumiałem, że tylko umyje ręce
- Czy on wie gdzie mnie zawieźć? - pytałem się zaniepokojony
- Tak, nie martw się, wie, zawiezie Cię dokładnie w to miejsce - stałem już, ale przyciągnęła mnie do bufetu - będziesz musiał wejść w góry.
- Dam radę - odpowiedziałem bez wahania
- Zobacz - przytrzymała mnie bo już chciałem wychodzić - najbliżej będzie, jeśli Tata podwiezie Cię do Wołosatego. Ostatnio padało ale da się tam dojechać. Ale dalej już będziesz musiał iść sam. Mogą tam jeździć jakieś pojazdy wojskowe. Ale rzadko. Wołosate jest na wysokości 700m, najwyższy punkt tej drogi jest po dziesięciu kilometrach i to jest około 1250 m - pokazywała mi to na mapie
- Świetnie znasz te miejsca - skomentowałem
- Tu się wychowałam - uśmiechnęła się - jeździmy tam czasem z tatą - potem aż do Beniowej będziesz cały czas miał zbieg - złożyła mapę i wręczyła mi ją- weź coś do jedzenia i picia
- Nie, nie jestem głodny - odpowiedziałem

Uśmiechnęła się pakując coś za bufetem
- Teraz nie jesteś, kto wie ile godzin Ci to zajmie, oj nie masz Ty doświadczenia w długich marszach - zaśmiała się

Rzeczywiście nie miałem. Najdłuższe treningi jakie robiłem nie przekraczały godziny. Dała mi do ręki jakiś pakunek, wyrzuciłem wszystko z plecaka i schowałem, wcisnęła tam jeszcze jakiś płaszcz, mimo, że protestowałem
- Będziesz mi jeszcze dziękował - mruknęła
- Weź jeszcze butelkę z wodą - wręczyła mi jakąś aluminiową butelkę której nie chciałem najpierw wziąć - Bierz! - była zdecydowana - bez picia nie dasz rady

Ojciec wyszedł z zaplecza
- Go - powiedział pokazując palcem na nas i na zewnątrz

Uściskałem Ewę i wybiegłem. Wyszliśmy i wsiedliśmy do jakiegoś samochodu wyglądającego na wojskowego Jeepa, choć to był chyba taki rosyjski Jeep
- Tom - krzyknęła Ewa z progu - uważaj na niedźwiedzie
- Co - silnik już pracował - co to znaczy uważaj - żartujesz czy na poważnie?
- Na poważnie - zaśmiała się Ewa - nie zaczepiaj ich ale i nie uciekaj jeśli spotkasz, ale jeśli...

Ojciec gwałtownie ruszył i nie usłyszałem co mówiła dalej

Ojciec Ewy nie znał angielskiego więc całą drogę jechaliśmy w milczeniu. Po około 20-30 minutach zjechaliśmy z utwardzonej drogi w jakąś bardziej wyboistą i błotnistą, tutaj musieliśmy zwolnić.

- Pięć kilometrów - wydukał ojciec Ewy po angielsku pokazując do przodu

Strasznie mi się te 5 kilometrów dłużyło, samochód wył momentami na wybojach, zacząłem żałować, że nie wysiadłem na początku tej drogi bo chyba biegłbym szybciej. W końcu po około 20 minutach zatrzymaliśmy się, dalej już rzeczywiście nie dało się jechać, była droga ale zbyt trudna dla samochodu. Ojciec Ewy uścisnął mi rękę i pokazał kierunek. Ruszyłem.

Była 15:00. Niesiony euforią i zniecierpliwieniem nie doceniłem tej drogi. Pięła się wciąż w górę ale łagodnie, dlatego myślałem, że mogę spokojnie biec tempem jakim normalnie biegałem na treningach nawet szybsze, ciągłe odcinki. Niestety po około 10 minutach poczułem, że przesadziłem i musiałem zwolnić. Po 20 minutach przeszedłem w marsz. Byłem na siebie zły, że niby taki doświadczony biegacz a tu się okazuje, że nie daję rady. Pomyślałem, że trochę odpocznę i za chwilę ruszę biegiem dalej. Rzeczywiście po około 5 minutach zacząłem biec. Droga cały czas szła w górę, w końcu zamieniła się już w zwykłą górską drogę. Teraz biegłem już mądrzej. Starałem się cały czas trzymać taką intensywność jaką biegam na spokojnych treningach. Chciało mi się pić, błogosławiłem Ewę za butelkę z wodą którą miałem w ręku i którą uzupełniałem w napotykanych strumieniach.

Po około 50 minutach dotarłem do chyba najwyższego miejsca na trasie, bo dalej droga szła w końcu w dół.



W dół biegło mi się fajnie, widoki były fajne, spadek nie na tyle duży, żebym nie mógł się rozglądać. Absolutne pustkowie, nie tylko, że nie widziałem nikogo ale poza Wołosatem nie widziałem nawet żadnych domów.

Biegłem już łącznie 1h30 i był to najdłuższy mój bieg w życiu. Zacząłem się trochę niepokoić skąd będę wiedział, że to już Beniowa. Wprawdzie Ewa mi powiedziała, że jeśli będę pilnował się drogi, to powinienem dosłownie wybiec na ten cmentarz. A wcześniej dobiegnę do rzeki San, droga powinna skręcić w prawo i powinienem kawałek biec wzdłuż Sanu aż dobiegnę do cmentarza. Po około 1h40 minutach usłyszałem szum. To była rzeka. I zgodnie z tym co mówiła Ewa, droga biegła wzdłuż rzeki. W pewnym momencie zobaczyłem jakiś zagajnik i mur, rozwalony mur, ale wyglądało to na coś co mogłoby ewentualnie uchodzić za cmentarz. Zwolniłem i wpatrywałem się w ciemną gęstwinę drzew w których gdzieś być może ukryty był cmentarz. Szedłem. I wtedy …. zobaczyłem stojąca postać. Ja byłem na odkrytym terenie i mnie było widać dobrze, ale postać była w cieniu i dobrze jej nie widziałem. Przeszedłem w marsz idąc niepewnie w kierunku postaci, która nagle wyszła z cienia. To była Nina.

Krzyknąłem i rzuciłem się w jej stronę. Bałem się, że ma do mnie pretensje, że tak długo mnie nie było, ale po jej reakcji zorientowałem się, że to nie ma znaczenia. Prawie się na mój widok rozpłakała, zaczęliśmy się tulić i całować. Przepraszałem ją i tłumaczyłem, że pomyliłem cmentarze ale ona tylko powtarzała: “To nic, to nic”.
Po kilku minutach czułości Nina powiedziała:

- Tom, nie mamy dużo czasu. Musimy ruszać

Była piąta po południu, do zachodu słońca jakieś trzy, trzy i pół godziny. Opowiedziałem jej jaką drogą tutaj dotarłem, powiedziała, że zna ją, ale, że tą drogą jeżdżą często patrole Wojsk Ochrony Pogranicza. Ja nie spotkałem żadnego, ale powiedziała mi, że jeśliby nas spotkali to na pewno ja trafiłbym do więzienia a ona wylądowałaby w Gułagu.

- Musimy iść górami

Nie protestowałem. Ruszyliśmy. Poczułem głód. Wyjąłem z plecaka jakieś dwie kanapki które przygotowała mi Ewa i zaproponowałem Ninie, ale ona nie chciała, miała coś swojego.

Zjadłem pierwszą, potem drugą i nadal czułem się głodny. Zeszliśmy z głównej drogi i zaczęliśmy podchodzenie. Poczułem, że mam drżenie nóg i stają się one niczym z waty. Głupio mi było przed Niną, że ona sama dotarła tu przez granicę, a ja, mężczyzna zaczynam mieć problemy. Nic jej nie mówiłem, ale w pewnym momencie, kiedy zacząłem zostawać zbyt daleko w tyle nie dało się już ukryć, że coś jest ze mną nie w porządku.

Wyjaśniłem jej, że to chyba z głodu. Wyciągnęła jakiś swój mały kawałek chleba i dała mi. Zjadłem, ale było niewiele lepiej. Szliśmy ale powoli.

- Nie martw się - pocieszała mnie Nina - dzień jest długi, dotrzemy przed zmrokiem..

Wiedziałem, że to nie prawda. Dochodziliśmy do Halicza, osiem kilometrów zrobiliśmy w półtorej godziny. Byliśmy w głębokiej dupie. Zbliżała się siódma, a przed nami jeszcze ze 12 - 15 km marszu do najbliższej wioski. A co dalej? Miałem czarne myśli. Okazało się jednak, że nawet się nie spodziewałem jak czarna okazać się może rzeczywistość.

Wchodziliśmy na szczyt, Nina szła nieco przede mną. Nagle zauważyłem, że znieruchomiała. Nie zrozumiałem na początku dlaczego. Myślałem, że czeka na mnie, choć jej dziwna, lekko zgarbiona poza powinna dać mi do myślenia. Doszedłem do niej powoli … i też znieruchomiałem.

Około 50 - 70 m przed nami, w trawach na zboczu, nieco w dole, stał wielki niedźwiedź. Trudno było się zorientować czy nas zauważył, widać wiatr wiał od jego strony, ale było oczywiste, że jeśli zaczniemy się ruszać to od razu nas zauważy.

Co zrobiłby Bob?

Staliśmy tak chyba kilka sekund, które wydawały mi się wiecznością.
- Mark - wyszeptała Nina - pamiętaj, jeśli o na nas ruszy natychmiast połóż się na ziemi, najlepiej na boku, zwiń w kłębek i nie ruszaj się. A teraz bardzo powoli zacznij się cofać

Mój pierwszy krok do tyłu i trzask - trzasnęła jakaś gałąź

Niedźwiedź natychmiast podniósł łeb. Chwilę zamarł patrząc się na nas. I nagle pędem ruszył w naszą stronę.

- Kładź się - krzyknęła Nina - i nie próbuj się ruszać - zobaczyłem, że sama rzuciła się na ziemię zakrywając głowę rękoma i zwijając się w kłębek. Zrobiłem to samo starając się padać najbardziej bezwładnie.

Kiedy tylko się przewróciłem dopadł do mnie niedźwiedź. Popchnął mnie łbem w trawy tak że przeturlałem się kilka metrów. Ryknął krótko. Słyszałem jak chyba kilka razy przepycha Ninę, nagle podbiegł znowu do mnie i znowu przepchnął łbem. Ale tym razem zaczął sie wwąchiwać w mój plecak, pewnie zostały tam jakieś ślady zapachu kanapek. Nie wiedziałem jak zdjąć plecak bez poruszenia rękami, ale w pewnym momencie poczułem, że już nie mam plecaka, musiał go zerwać. Teraz słyszałem jak się z nim szamocze. Była chwila ciszy.

Potem znowu jakaś szamotanina i jakieś krótkie porykiwania. Potem znowu wrócił do mnie. Obwąchał mnie, oparł łapę na moim biodrze i chwilę pokiwał. Potem podbiegł pewnie w kierunku Niny, znowu jakieś szamotanie. I potem cisza.

Nie wiedziałem jak długo tak leżałem. W każdym razie zaczęło się ściemniać, kiedy podniosłem głowę. Rozejrzałem się. Niedźwiedzia nie widziałem ale bałem się bardziej wychylić, poza tym słabe światło nie dawało już komfortu oceny sytuacji.

Nie mogłem wołać bo nie wiedziałem czy nadal go przy nas nie ma. Podniosłem się na łokciach. Nie było go. Wstałem jak najciszej potrafiłem. Nie widziałem ani niedźwiedzia ani Niny. Nagle usłyszałem jakąś gałąź i dosłownie zlałem się potem ze strachu. Coś podnosiło się z traw. Nina. Też bała się ruszyć. Była sporo niżej ode mnie, dalej od drogi, widać, że odepchnął ja dalej.

Nina powoli, rozglądając się ruszyła w moją stronę.
- Nic Ci nie jest ? - wyszeptałem
Pokręciła głową

- Musimy powoli i po cichu iść - powiedziała szeptem kiedy doszła do mnie - musimy bardzo uważać na szlak bo jeśli zabłądzimy to naprawdę możemy mieć problemy.


Ruszyliśmy powoli. Było już w pół do dziewiątej. Na szczęście spory fragment szliśmy odkrytą przestrzenią. Księżyc świecił i dało się całkiem komfortowo iść. Z Halicza było ostro w dół, potem w górę. Widzieliśmy szlak, którego białe paski odcinały się wyraźnie na ciemnym tle drzew, problem był jednak w tym, że tam drzew było bardzo mało i przemieszczaliśmy się właściwie tempem bardzo wolnego spaceru bo co chwila wydawało się nam, że zgubiliśmy drogę i próbowaliśmy wchodzić w każdą odnogę. W końcu drzew pojawiło się wkoło więcej ale to sprawiło, że naprawdę zrobiło się ciemno i tym razem znowu szliśmy bardzo powoli nie chcąc robić hałasu na drodze.

Te niecałe 12 km to była prawdziwa męka, jeden z najtrudniejszych momentów w moim życiu, także sportowym. Wydawało mi się, że to nigdy się nie skończy, chyba tylko poczucie odpowiedzialności za Ninę nie pozwalało mi się załamać.

Zejście zajęło nam prawie trzy godziny. Około 23 dotarliśmy do szosy i napisu: Ustrzyki Górne. Wyjście z gór dawało najpierw jakieś większe nadzieje ale po zastanowieniu się sytuacja wydawała się dość beznadziejna. Noc, my w jakiejś górskiej wiosce, nie możemy za bardzo pójść do czyjegoś domu, żeby poprosić o nocleg, bo ryzykujemy, że nocne odwiedziny Amerykanina z Rosjanką czy Ukrainką nawet dla niechętnych komunistom Polaków będą zbyt ekstremalne, żeby mogło nie zostać to zgłoszone na milicję.

Byłem bezradny ale przed Niną udawałem, że panuje nad sytuacją. Ona była wyciszona, widać było, że tutaj już nie czuje się pewnie, że to nie jej grunt. Powiedziałem jej, że musimy podejść do jakiejś wiaty przystanku autobusowego i tam przenocujemy a rano pojedziemy do Komańczy. Zgodziła się bez słowa. Szliśmy poboczem, w wydawało mi się właściwym kierunku.

Nie wiem czy nie bałem się wtedy bardziej niż w górach, kiedy groził nam tylko niedźwiedź. Tutaj szliśmy przez miejskie tereny i każdy ewentualnie napotkany człowiek stanowił potencjalne ryzyko komplikacji. Poza wszystkim było ciemno. Wysokie drzewa na poboczach, szliśmy jak we mgle.

Nagle z daleka zobaczyłem zbliżające się światła samochodu. Nie wiedziałem w pierwszym odruchu co robić. Schować się na poboczu nie było jak bo nie widzieliśmy co jest na poboczu, czy tam nie ma jakiegoś urwiska lub stromego zejścia. Rzucić na ziemie w trawę obok drogi? Przecież dla każdego będzie to na maksa podejrzane. Iść dalej? Ktokolwiek kto się w tym miejscu o tej porze znajdował był podejrzany. O tej porze ludzie siedzą w domach lub śpią łóżkach. Nic nie wymyśliłem. Ze strachem skonstatowałem, że samochód powoli się zatrzymuje. Wziąłem Ninę za rękę, myśląc że to koniec naszej wspólnej podróży.

- Tom - usłyszałem od strony samochodu - to ja, Ewa

Nie wiem czy miałem w życiu jeszcze taka sytuację, żebym się na czyjś widok tak bardzo ucieszył. Przewidywalność i empatia Ewy były niesamowite. Kiedy zaczęło się ściemniać wyciągnęła ojca z domu i kazała mu jeździć wzdłuż drogi licząc, że może gdzieś nas zgarną. Byłem jej tak wdzięczny, że nie wiedziałem jak to okazać. Zawieźli nas do siebie do domu, nakarmili, mogliśmy się wykąpać. Dali nam pokój w którym było wielkie małżeńskie łoże. Byliśmy z Niną zmęczeni ale z drugiej strony byłem niezwykle podekscytowany tym, że będę spał z nią w jednym łóżku a z drugie strony skrępowany tym, że może ona sobie tego nie życzy.

Nie bardzo wiedziałem jak się zachować. Ona poszła do łóżka pierwsza, potem po wyjściu z łazienki przyszedłem ja. Było na tyle ciemno, że nie widziałem czy śpi, czy ma oczy zamknięte czy nie. Położyłem się obok nie cicho.

I wtedy ona wzięła moją dłoń i dosyć jednoznacznie położyła sobie na piersi. Zaczęliśmy się całować i potem kochać. Po wszystkim przytuliła się do mnie i po chwili zasnęła. Ja tymczasem nie mogłem zasnąć długo. Rano Nina zachowywała się super, wyglądały na zaprzyjaźnione się z Ewą, zjadła śniadanie. Ewa z ojcem odwieźli nas do Komańczy na pociąg do Warszawy. Nigdy ich już niestety nie spotkałem.

W pociągu mieliśmy przedział z innymi ludźmi, od razu udaliśmy, że idziemy spać, żeby nie musieć z nikim rozmawiać, żeby nikt nie zorientował się że nie jesteśmy Polakami. Po dotarciu do Warszawy poszedłem z Niną do kilku kościołów, chcąc znaleźć księdza który zdecyduje się od razu udzielić nam ślubu.

Nie było to wcale łatwe, czasem nie było księdza, czasem odmawiali tłumacząc jakimiś względami proceduralnymi, że wymagany jest czas, że nie można tak nagle. Ale w końcu znaleźliśmy księdza, który powiedział, że nam pomoże. Zorganizował jakichś świadków i w ciągu kilku godzin od przyjścia do niego zostaliśmy mężem i żoną. Wypisał nam jakiś papier, pobłogosławił.

Teraz mogliśmy iść do Ambasady. Niny nie chcieli wpuścić, musiała poczekać na zewnątrz w budce strażniczej.

Tak jak przypuszczałem, kiedy trafiłem do konsula i wytłumaczyłem co się stało najpierw złapał się za głowę. Potem opierdzielił. Potem znów złapał się za głowę, chciał gdzieś dzwonić ale ja nalegałem, żeby zgodził się na wpuszczenie Niny do środka. To trwało kilka godzin. W końcu się zgodzili ale powiedzieli, że nigdzie dalej poza pierwsze drzwi nie może wchodzić i że będzie przy niej cały czas strażnik. Kiedy szła do toalety szła z nią jakaś pracowniczka Ambasady i strażnik.

Telefony i trwały całą noc. Rozmawiałem potem z ambasadorem, który tłumaczył mi w jak niezręcznej sytuacji go stawiamy, jego i cały Rząd Amerykański. Tłumaczyłem, że miłość, na co on, że rozumie ale komunistyczna partia nie zrozumie.

Kontaktowali się z nami potem z Departamentu Stanu, długo ze mną rozmawiali, potem rozmawiali ze mną chyba jacyś ludzie w ciemnych garniturach nie wiadomo skąd. Następnego dnia poinformowali w końcu Polaków i Ambasadę ZSRR, że na terenie Ambasady USA znajduje się obywatelka ZSRR które nie chce wracać do ZSRR bo właśnie wzięła ślub z Amerykaninem.

Rozmowy ciągnęły się dwa tygodnie, w tym czasie Nina spała w odosobnieniu w pokoju w Ambasadzie blisko wejścia, nie mogłem się z nią kontaktować bez obecności innych pracowników Ambasady. Nie wiem co się w końcu stało, ale nagle któregoś dnia pozwolili jej stamtąd wyjść a mnie poinformowali, że następnego dnia lecimy do USA. Musieli się wystarać o paszport konsularny dla Niny, bo po opuszczeniu Ambasady mogłaby ją zgarnąć polska milicja.

Na szczęście wszystko się udało, choć bałem się cały czas póki nie wylądowaliśmy na lotnisku JFK. Cały czas mi się wydawało, że mogą nas jeszcze zawrócić.

Nagle stanąłem przed faktem konieczności zorganizowania nowego, dorosłego życia. Do tej pory byłem studentem, który żył raczej na utrzymaniu rodziców. Teraz miałem żonę i musiałem zapewnić nam jakieś utrzymanie.

Pochodzę z Alabamy ale przez wiele lat już tam nie mieszkałem, w ostatnich latach głównie w akademikach. Pomyślałem, że jednak najpierw zaczepimy się u moich rodziców a kiedy tylko Nina dostanie amerykańskie obywatelstwo czegoś poszukamy.

Wydawało mi się, że jest szczęśliwa, moi rodzice ją lubili, uczyła się angielskiego bardzo szybko, praktycznie już po miesiącu sobie radziła, a po trzech mówiła już całkiem płynnie. Po sześciu miesiącach Nina zdała egzamin i otrzymała obywatelstwo Amerykańskie. I następnego dnia… zniknęła. Zostawiła mi tylko list.

Napisała, że wie, że nie powinna mi tego pisać, ale kocha innego. Że ona dwa lata temu zakochała się w czeskim tyczkarzu, który niecały rok temu uciekł do USA i że teraz wreszcie może z nim być. Że bardzo przeprasza, że mnie tak długo oszukiwała, że wie, że mnie skrzywdziła ale nie mogła inaczej i że ma nadzieję, że jej kiedyś wybaczę.

Czy powinienem ją gdzieś odnaleźć i przekonać, że ją kocham i że powinna być ze mną? Czy w ogóle mogłem tu coś jeszcze zmienić? Nic nie zrobiłem, czego potem przez lata żałowałem.

Ta historia wpędziła mnie w depresję, przez wiele lat nie mogłem się z tego podnieść, nigdy już nie związałem się z żadną kobietą. Z mężczyzną też nie, żeby było jasne.

- Więc kończąc - powiedział Tom po chwili milczenia - chciałem Ci uświadomić, że kobieta może pójść na wielkie poświęcenia jeśli tylko coś naprawdę chcę osiągnąć.

Słuchać było tylko nasze kroki. Co za historia. Sport, polityka, historia, miłość, cierpienie. Wszystko w jednym człowieku. Nie wiedziałem co powiedzieć.

- Spotkałeś ją jeszcze kiedyś? - zapytałem w końcu
- Nie, nigdy. Ale kilka lat temu znalazła mnie przez Facebooka, właściwie jej córka pytała się w jej imieniu. Napisała, że ją to męczy i czy jej wybaczyłem.
- I co odpisałeś?
- Że wybaczyłem.
- I to wszystko?
- Tak
- Dlaczego? Nie chciałeś się dowiedzieć jak jej się w życiu ułożyło?
- To mnie nadal boli. Nie mam do niej pretensji, rozumiem jej zachowanie ale to mnie nadal boli. Przecież moje życie w tym aspekcie rodzinnym, uczuciowym, psychicznym zostało właściwie zrujnowane. Nie chciałem jej o tym mówić, po co ją tym obciążać?

Pokiwałem głową

- Więc pamiętaj, że jeśli masz sytuację, która zmienia Twoje życie nieodwracalnie na gorsze to sprawdź, czy na pewno jest to tak jak myślisz, żebyś potem nie żałował

Cały czas nie do końca rozumiałem o co mu w moim kontekście chodzi, ale nie miałem czasu się zapytać bo zbliżaliśmy się do punktu kontrolnego na 63 kilometrze. Ten odcinek  to był najdłuższy odcinek na trasie. Co jakiś czas w trakcie opowieści Toma odwracałem się do tyłu sprawdzając czy zobaczę Coxa, ale nie widziałem go ani razu.

Dobiegliśmy do punktu kontrolnego dość rozpędzeni prawie wpadając na Nikki, która stała z kilkoma wolontariuszami. Uśmiechnęła się do nas. Chciałbym móc tam z nią zostać ale skupiłem się na uzupełnianiu płynów, Tom jadł banana i napełniał swój bidon przyglądając się co jakiś czas Monice.

Etap V


- Nic wam nie potrzeba - zapytała raczej retorycznie
- Nie, chyba nic, Tom - krzyknąłem - potrzebujesz czegoś ?

Pokręcił głową. Głowiłem się jak Nikki jakoś zaczepić.

- Będziesz na ostatnim punkcie ? - nic innego nie przyszło mi do głowy
- Tak, zaraz ruszamy - pokazała na helikopter z tyłu - chociaż pewnie trochę wejdę w trasę bo nie chce mi się stać na szosie
- A na mecie ?
- Może - odpowiedziała raczej wymijająco

Nie chciałem być zbyt nachalny

- To do zobaczenia - zawołałem
- Do zo - odpowiedziała

Ruszyliśmy z Tomem na ostatnie płaskie dwadzieścia kilometrów. Ostatni punkt odżywiania i pomiarowy był za 8 km, przy szosie. Po chwili słyszałem za naszymi plecami startujący helikopter. Spojrzałem w niebo odruchowo myśląc, że dojrzę Nikki, ale nic nie było widać.

Biegliśmy w ciszy. Cały czas myślałem o młodości Toma, Ninie, czasem wracałem myślami do Nikki. Po mniej więcej czterech kilometrach od wybiegnięcia z punktu zorientowałem się, że Tom zostaje nieco z tyłu. Na początku nie zwracałem na to uwagi ale w końcu zorientowałem się, że to dla niego dosyć nietypowe. Wyraźnie zaczął zwalniać. Przez kilometr biegł po prostu wolniej, ja tez zwolniłem. W końcu po sześciu kilometrach zrównałem się z nim.

- Coś się złego dzieje Tom ? - zapytałem zaniepokojony

Milczał chwilę lekko się krzywiąc

- Chyba za dużo emocji, wspomnień - powiedział
- Co masz na myśli
- No, że jakoś nie czuję się najlepiej

Kurcze, jesteśmy niedaleko szosy i punktu z pomocą medyczną, dobrze by było, żeby tam jakoś dotarł, w razie czego będę dzwonił ale jak oni nas znajdą

- Tom mamy ze dwa kilometry do szosy - myślisz, że dobiegniesz ?
- Zobaczymy - uśmiechnął się krzywo

Wyglądał już naprawdę słabo. Blady. Zwolnił do 6 a potem 7 min/km. Truchtaliśmy

- Nie wiem czy dotrę - powiedział - kiepsko się jednak czuję

Był jeszcze kilometr do szosy, biegliśmy wśród drzew, nie zauważyłem postaci, która szła powoli w naszym kierunku bo skupiony byłem na Tomie. Tom przeszedł w końcu w marsz. Po chwili zatrzymał się, oparł ręce na kolanach ale zaraz osunął na ziemię.

- Tom - krzyknąłem - Tom

Położył się na plecach i lekko zamachał ręką jak gdyby chciał powiedzieć: “To nic, to nic”

- Tom - wydarłem się przerażony

Co robiłby Bob? -  przemknęło mi przez myśli. Rozejrzałem się dookoła raczej nie licząc na nic i nagle zobaczyłem, że biegnie do nas Nikki. Była przy nas w ciągu dwudziestu sekund

- Co się stało - krzyczała podbiegając
- Nie wiem - głos mi drżał - nagle osunął się na ziemię i…

Nikki już przy nim klęczała sprawdzając puls

- Nie oddycha, nie mogę wyczuć tętna - krzyknęła klęcząc przy Tomie i podając mi swój telefon - dzwoń po pomoc, helikopter jest blisko

Stałem z telefonem w ręku nie wiedząc co zrobić kiedy tymczasem Nikki ułożyła Toma wygodniej i zaczęła masaż serca

- Dzwoń - krzyknęła
- Zablokowany ekran
- Nie pamiętasz? 2311. I ostatnio wybierany numer.

Udało mi się odblokować. Znalazłem ostatnio wybierane numery wykręciłem, przełączyłem w opcję głośnomówiącą

- Halo - odezwał się głos
Chłopaki - krzyczała Nikki - mamy tutaj zatrzymanie akcji serca
- Gdzie
- Jakiś kilometr przed szosą tam gdzie stoicie
- Kurwa - usłyszałem - to jest na maksa zalesiony teren, dopiero na 200 m przed szosą robi się luźniej i tam możemy go posadzić, zaraz ruszamy w waszą stronę ale to trochę potrwa, wytrzymaj !

Nikki na chwilę przestała uciskać, rozszerzyła usta Toma, zrobiła dwa wydechy i dalej masowała. Nagle Tom zakaszlał.

- Jest - krzyknęła Nikki zaprzestając masażu i sprawdzając puls i oddech - jest oddech - musimy go zacząć nieść w ich kierunku, ale przydałby się ktoś drugi, on jest lekki ale ja daleko nie uniosę, tu są wyboje, Ty sam nie powinieneś go nieść

Nagle spojrzała za mnie

- Rick - krzyknęła

Odwróciłem się. Zbliżał się Cox, wyglądał nędznie ale biegł.

- Rick - musisz nam pomóc - krzyknęła - jego trzeba odtransportować do szpitala

Cox lekko zwolnił, prawie się zatrzymał, przyjrzał się Tomowi, potem mi.

- Niech spada, zachciało się dziadkowi wyścigów po górach to ma teraz za swoje - Cox znowu ruszył - jak dobiegnę do medyków to powiem im gdzie jesteście - rzucił do tyłu

Nikki oniemiała na widok takiego zachowania

- Rick - krzyknęła - czy Tobie odwaliło ?

Cox nie zatrzymał się już.

Tom był nieprzytomny. Bez słów wziąłem go pod ramiona i zarzuciłem sobie na plecy, był naprawdę bardzo lekki. Zacząłem nawet truchtać.

- Uważaj - krzyknęła Nikki - nie przewróć się

Ruszyłem. Nikki biegła obok próbując monitorować puls Nie wiem jakim biegłem tempem ale na pewno nie wolniej już ci ratownicy medyczni, którzy biegli od szosy. Po kilkuset metrach poczułem jednak, że nie jest już tak łatwo jak na początku. Na szczęście chyba po dwóch minutach zobaczyliśmy biegnącą dwójkę z jakimś plecakiem i noszami

Wzięli Toma ode mnie i położyli na noszach, założyli mu jakąś maskę, pewnie z tlenem, podpięli do klatki piersiowej jakieś elektrody i zaczęli biec natychmiast. Wszyscy biegliśmy. Oni z noszami, Nikki i ja obok. Po kolejnych dwóch minutach dobiegliśmy do helikoptera, który już miał włączony silnik. Patrzyłem jak Nikki bierze jakąś kartkę i zaczyna coś wypełniać i opowiadać lekarzowi co robiła, on wyciąga jakąś aparaturę, ratownicy podstawiali specjalistyczne nosze. I nagle wtedy poczułem że ktoś mnie ściska za nadgarstek.

To był Tom. Miał maskę z tlenem założoną tak, że prawie nie było widać, czy ma zamknięte czy zmrużone oczy. Ale trzymał mnie wyraźnie i mocno. Lekko rozszerzył powieki … i mrugnął do mnie jeszcze raz pulsacyjnie mnie ściskając jak gdyby chciał powiedzieć: “Pamiętaj!”.

W tym samym momencie ratownicy podnieśli go i przerzucili na inne nosze, natychmiast wsunęli do helikoptera który prawie od razu wystartował. Szybko się oddalał, było ciszej i ciszej. Ludzie od organizatorów pobiegli w stronę szosy.

Staliśmy sami z Nikki patrząc za nim. Przypadkowo dotknąłem jej dłoni. A może nie przypadkowo? A jednak nie. Złapała swoimi palcami moje palce. Poczułem dreszcze.

- Przepraszam Cię Mark - powiedziała cicho
- Za co - zdziwiłem się
- Za tamto
- Jakie tamto - nie mogłem zrozumieć
- No…. z Askenazym - powiedziała - dziś wiem, że nie kłamałeś. Z Paulą też rozmawiałam i wiem, że nic się nie wydarzyło.

To niemożliwe. Głęboko oddychałem. Wziąłem jej drugą dłoń w swoje palce.

- A Cox? - zapytałem
- Nic mnie z nim nie łączy i nie łączyło
Co? - nie brzmiało to wiarygodnie
- Naprawdę - spuściła wzrok - było mi wobec Ciebie głupio i chciałam się jakoś móc do Ciebie zbliżyć, myślałam, że przy okazji jakichś zawodów w końcu uda się porozmawiać. No i się udało.
- To strasznie się musiałaś poświęcać - brzmiałem chyba trochę ironicznie - spać z Coxem tylko po to…
- Nigdy nie byłam z nim w łóżku - przerwała mi
- Jak to ? - myślałem, że nie zrozumiałem
- Tak. Dwa lata temu kiedy go poznałam, zaproponowałam mu przyjaźń, że będę jeździła z nim na zawody i mu pomagała a on jak będzie chciał to może swoim kolegom opowiadać co chce.
- I on nie chciał nic więcej ? - nadal wyglądało to dziwnie
- Oczywiście, że chciał - wzruszyła ramionami - zrywał ze mną kilka razy jeśli tak można powiedzieć. Ale zawsze spokojnie mu tłumaczyłam, żeby się nie denerwował, że przecież ja mu naprawdę dobrze na zawodach asystuję, że te jego inne niunie nie chcą jeździć z nim na biegi a już na pewno nie chcą pakować się gdzieś wysoko w góry, więc mimo, że strasznie go to denerwowało, to po kilku dniach mu przechodziło i znowu wyglądało z boku, że jesteśmy parą

Milczałem, bo to wszystko było zbyt piękne żeby było prawdziwe, z drugiej strony chyba takie jednak było. Wziąłem jej twarz w dłonie i pocałowałem w usta

- Strasznie do Ciebie tęskniłem - wyszeptałem
- Ja do Ciebie też - miała łzy w oczach

Przytuliłem ją. Staliśmy tak chwilę. Nagle odsunęła mnie.

- I co teraz ? - zapytała
- Jak to co teraz
- Co teraz robimy?
- Jedziemy do domu
- No tak, ale nie chcesz dokończyć biegu?

Nie pomyślałem o tym.

- Cox ma nad Tobą kilka minut przewagi ale widziałeś w jakim jest stanie a w dodatku nie spodziewa się, że ktokolwiek może go gonić.

Pokręciłem głową z podziwem

- Jak Ty to wszystko….
- No to biegniesz ? - przerwała zniecierpliwiona

Pocałowałem ją długo, oddałem mój bukłak i ruszyłem. Zostało 10 km. Nikki na pewno ktoś podwiezie na metę

Czułem, że po kilku minutach bezruchu, mięśnie, czy raczej stawy mam trochę zesztywniałe. Jednak 70 km w niezłym tempie mam już za sobą i to nie może nie zostawiać konsekwencji. Ale szybko wszedłem na niezłe obroty, po dwóch minutach biegłem już po 3:30, potem nawet po 3:20. Miałem przed sobą dużą przestrzeń, ale droga chowała się za obłym garbem. Kiedy dobiegłem do przegięcia, na wielkiej polanie w oddali zobaczyłem Coxa. Mogło to być około 1-1,2 km. Raczej za dużo, żeby nadrobić z tak klasowym zawodnikiem jak Cox. Ale biegło mi się dobrze i nie widziałem powodu, żeby zwolnić. Dystans między nami malał, ale i coraz bliżej było mety.

Cox nie zdawał sobie sprawy że ktoś go goni, do momentu, kiedy a jakiś kibic na jakieś dwa kilometry przed metą coś do niego krzyknął. Wtedy Cox obejrzał się i zdał sprawę, że jeśli nie przyspieszy jest jakaś szansa, że jednak go dojdę. Biegł pewnie po 4:20, podczas kiedy ja leciałem już po 3:10. Z tym, że on miał już tylko nieco ponad 2 km a ja prawie 3. Dystans topniał w oczach, zaczęło pojawiać się trochę kibiców którzy bardzo mocno mnie zagrzewali do walki, zwłaszcza kiedy widzieli jaką mam moc. Kiedy ja miałem kilometr do mety, on miał nieco ponad 600m, kiedy ja 600m, on 400, kiedy ja 400 on 250. Walczyłem do końca ale coraz bardziej stawało się oczywiste, że nie dojdę go.

Biegłem naprawdę szybko, ale pierwszy metę przekroczył jednak Cox, jakieś 10 sekund przede mną. Zaczął przyjmować gratulacje od organizatorów, kolegów, było całkiem sporo kibiców którzy wiwatowali i klaskali mu z uznaniem.

Kiedy ja dobiegłem zainteresowanie było oczywiście mniejsze. Wygrał w końcu gwiazdor, ten na którego wszyscy od początku liczyli. Cox z rękami w górze przyjmował gratulacje dając co chwila do zrozumienia ile z siebie dał.

Rozglądałem się za Nikki ale nie widziałem jej. Wziąłem coś do picia, postarałem się, aby na razie nie musieć mijać się z Coxem, bokiem obszedłem stadko, które go obstąpiło.

Odebrałem moje rzeczy z depozytu, usiadłem gdzieś z boku ciesząc się mimo wszystko, że nie muszę już dalej biec. Ktoś dotknął mojego ramienia. Nikki. Ucałowałem jej dłoń.

- No, nie udało się jednak - powiedziałem
- Przeżyjesz to jakoś - uśmiechnęła się - Zaniosę mu tylko kluczyki, wzięłam swoje rzeczy z samochodu

Kiwnąłem głową i patrzyłem jak idzie w kierunku Coxa. Przecisnęła się wśród kilkunastu osób, które wkoło niego stały. Kiedy ją zauważył krzyknął głośno:

- Nikki, mamy to - i rzucił się do niej tak jak gdyby nigdy nic, zakładając jej na szyję żelazny uścisk, co miało trochę znaczyć, “patrzcie, to moja własność”. Pewnie gdybym stał teraz obok niego to bym go kopnął. Ale Nikki poradziła sobie jakoś mu się wywijając. Widziałem, że podaje mu kluczyki. Patrzył się na nią zdziwiony nie chcąc ich wziąć. Wtedy podała kluczyki koledze Coxa, który stał z boku. I odeszła w moją stronę.

- Nikki - krzyknął za nią - Nikki !

Nikki nie odwróciła się. Parzył za nią długo, na tyle długo, żeby zauważyć, że idzie ze mną w stronę parkingu. Teraz ja założyłem Monice na szyję uścisk, ale łagodny.

- To co, jesteś teraz przyzwyczajona do dyscypliny ? - zapytałem udając groźnego
- Zawsze lubiłam wojskowy dryl - odpowiedziała

Zatrzymaliśmy się całując chwilę. Samochód musiał już gdzieś tutaj stać.

- Ale z Paulą byłeś blisko, co - zapytała z przekąsem
- Co znaczy blisko - udawałem, że nie rozumiem - blisko czego
- Przespania się
- No co Ty, nigdy mi przez głowę nie ….
- Oj przestań chrzanić - uśmiechnęła się ironicznie - przecież wiem
- Co wiesz, co wiesz ?- rozglądałem się za moim samochodem

I nagle zobaczyłem go. Mój samochód stał tak jak miał stać… ale obok nie było samochodu Toma ! Jak to było możliwe.

- Nikki, tu stał samochód Toma, tego starszego gościa, który zasłabł, czy możesz zadzwonić do tych dzisiejszych medyków i dowiedzieć się co się z nim stało

Nikki wykręciła numer, ktoś odebrał, nie zdążyła zadać nawet wiele pytań, głównie słuchała. Z fragmentów rozmowy zrozumiałem, że puścili go.

- Wypuścili go - powiedziała Nikki kiedy skończyła rozmawiać - nawet nie zdążyli odlecieć dalej niż na 1 km, podobno zdjął wszystkie wkłucia, intubacje, elektrody i powiedział, że jak go nie odstawią to wyskoczy przez okno, Podpisał wniosek, że wychodzi na własną prośbę. Powiedział, że nie ma czasu leżeć w szpitalu bo każdy dzień jest cenny.

Pokiwałem głową z niedowierzaniem.

- Co za gość! - pokiwałem głową otwierając Monice drzwi - opowiem Ci kiedyś jego historię

Włączyłem silnik. Ruszyłem powoli. Jutro Boże Narodzenie. Nie byłem przygotowany i nie mam dla niej prezentu. Zostało mało czasu na zorganizowanie czegoś. Co kupić?.Co kupiłby Bob?