Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

Opowieść Wigilijna 2017 - cz 1

Opowieść Wigilijna 2017 - cz 1

Wigilijna opowieść o pewnym mało znanym biegu gdzieś, w "Ameryce". Wszystko dzieje się oczywiście 24 grudnia. Ponieważ opowieść jest dosyć długa, podzieliliśmy ja na trzy części, dzisiaj część pierwsza, jutro i pojutrze dwie pozostałe.

 

 

Rozgrzewka


Jeszcze ponad trzy godziny do startu a przy biurze zawodów już sporo samochodów, mimo zupełnie antymarketingowego podejścia organizatorów. To tylko potwierdza renomę tego biegu. Jeden obok drugiego, po obydwu stronach drogi. Jechałem powoli rozglądając się i szukając miejsca, złoszcząc się jednocześnie na siebie że nie przyjechałem wcześniej. Ale, trzeba wrzucić na luz. W końcu to jest trochę śmieszne, marudzę, że muszę przejść kilkaset metrów więcej podczas kiedy za trzy godziny muszę przebiec 80 km po górach.

W końcu dojechałem do ostatniego z pasma samochodów, zaparkowałem, wyłączyłem silnik. Prawie w tym samym momencie obok mnie zatrzymał się już kolejny samochód, wyglądało, jak gdyby kierowca trochę nie wyczuł dystansu i potem musiał nagle hamować. Aż się wychyliłem, żeby zobaczyć kto siedzi za kierownicą. Jakiś dziadek. Może kibic albo ktoś z organizatorów?

Wysiadłem, przeciągnąłem się, oparłem o bagażnik podziwiając krajobraz. Cisza. Pogoda piękna. Słońce, rześko ale nie za zimno, mimo, że to grudzień, ale w końcu to Nowy Meksyk. Zero chmurki na horyzoncie. Oczywiście gdyby przez trzy godziny temperatura szła do góry mogłoby nie być tak pięknie ale na tej wysokości i tak nie czuje się upałów.

Mogollon 50+. Czyli bieg, na dystansie ponad 50 mil, prawie 85 km, suma podbiegów 2140m. Nie znajdziecie go w internecie, nie znajdziecie możliwości zapisania się, wyników ani list startowych. Można powiedzieć, że bieg dla wtajemniczonych. Co roku 24 grudnia, na dzień przed Bożym Narodzeniem zbiera się tutaj spora grupka dobrych biegaczy. Jest nieźle zorganizowany support to znaczy nawadnianie, odżywianie, support medyczny z helikopterem, no i uznanie dla nieformalnych zwycięzców, którym niepotrzebne są te wszystkie dodatki jak medale, nagrody i inne gadżety. Czysta rywalizacja. No i faktycznie jest to bieg a nie jakaś górska wspinaczka. Start na poziomie mniej więcej 1600mnpm, najwyższy punkt trochę ponad 3000m npm. Gdzieś tutaj w 2012 roku zginął Micah True, czyli Cabalo Bianco, główny bohater Born To Run Chrisa McDougala. Znałem te rejony choć nigdy tu nie startowałem.



Wyjąłem coś do picia i moją bananowo-daktylową miksturę do jedzenia, którą zawsze w dużych ilościach przed takimi biegami pochłaniam. Jadłem chłonąc spokój miejsca.

Samochód, który zaparkował obok mnie był dziwny. Kolor kawy z mlekiem. Wyglądający trochę niczym jakiś stary Datsun na sterydach, szerszy i z terenowymi atrybutami, miejscami przerdzewiały, zupełnie nie wiadomo jakiej marki.

Poczucie ciszy co chwila zakłócały jednak kolejne parkujące samochody, ustawiając się za nami w szpalerze, po jednej i po drugiej stronie drogi. Po drugiej stronie na mojej wysokości było jeszcze pusto ale zbliżała się niebieska Toyota, zatrzymała się dając sygnał do skrętu. Tymczasem z drugiej strony z bardzo dużą prędkością zbliżały się dwa wielkie bliźniaczo wyglądające czerwone wypasione Jeepy Grand Cheeroky. Prędkość miały taką, jak gdyby chciały jechać dalej w stronę biura zawodów. Nagle Pierwszy zahamował i skręcił zarzucając tyłem i wzbudzając tumany kurzu parkując na miejscu na które czekała Toyota. Drugi zahamował prawie w miejscu, wrzucił wsteczny i skręcił parkując obok tamtego. Kierowca Toyoty pokręcił tylko głową i powoli pojechał kawałek dalej parkując w pewnej odległości od obydwu samochodów.

Z Jeepów od razu wysypała się jakaś głośno śmiejąca się kompania. Generowany przez nich hałas był w tak strasznym kontraście do ciszy okolicy, że aż się chciało stamtąd uciekać. Patrzyłem na nich zdegustowany, kiedy nagle się zorientowałem, że to jest przecież cała ekipa Coxa prawdopodobnie z Nikki. Co za niefart. Zgodnie z przewidywaniami po chwili z pierwszego samochodu wysiadła Nikki. Odwróciłem szybko głowę, żeby nie widzieli, że się przyglądam i otworzyłem bagażnik.

Z Nikki poznałem się kiedy poszedłem na badania do ubezpieczenia. Robili mi EKG. Pielęgniarka kazała się położyć, założyła elektrody i włączyła aparat. Po chwili spojrzała się na mnie nerwowo, potem znów na aparat, potem znów na mnie i wybiegła z gabinetu krzycząc: „Pani doktor!”. Uśmiechnąłem się. Wiedziałem o co chodzi. Moje niskie tętno u nieprzygotowanego do kontaktu ze sportowcami personelu wzbudzało popłoch. Byłem ciekawy ile wyszło ale czekałem nie podnosząc się na wejście lekarza. I wtedy weszła ona. Oniemiałem. Tętno chyba od razu mi skoczyło. Absolutna perfekcja. Bez żadnych ekstrawagancji w postaci kontrastującego makijażu czy dziwnej biżuterii. Sama jej uroda była tak ekstrawagancka, że nic więcej nie było trzeba. Wyglądała jak top modelka, która udaje, że jest lekarką. Jej wygląd był po prostu nie na miejscu. Przez moją głowę przebiegło w tym momencie tysiące myśli idących w wielu kierunkach: Czy inni ludzie nie widzą tego co ja? Przecież przy niej nie można się normalnie zachowywać. Ile może mieć lat? Jest młoda ale jest lekarką, czyli skończyła już studia i pewnie pracuje tutaj od jakiegoś czasu. Pewnie ma chłopaka jeśli nie męża?

Za nią weszła pielęgniarka. - No niech Pani zobaczy – powiedziała starając się udawać, że nie jest zdenerwowana.

Lekarka podeszła do mojej leżanki spojrzała na aparat EKG, potem na mnie.

- Jak się Pan czuje – zapytała

Nikki Judd, tak było na jej identyfikatorze. Poczułem, że powinienem wstać i się przedstawić ale to byłoby przecież zupełnie absurdalne. Próbowałem się jednak podnieść na łokciu ale lekarka położyła mi dłoń na czole i lekko ale zdecydowanie dała do zrozumienia żebym leżał. Zrobiło mi się sucho w gardle.

- Dobrze – wychrypiałem,     chrząknąłem – dobrze, bardzo dobrze – starałem się powtórzyć normalnym głosem ale to moje zapewnienie zabrzmiało dziwacznie

Lekarka uśmiechnęła się lekko

- Bardzo dobrze ? – upewniła się
- Tak, bardzo – znowu chrypiałem. Pomyślałem, że może muszę coś wyjaśnić – rozumiem –     znowu chrypiałem, chrząknąłem – rozumiem – głos już lepszy - że wyszło niskie tętno, tak? Jakie?
- 37-38 – powiedziała lekarka patrząc znowu na EKG – choć teraz wzrosło do 60
- No tak, takie miewam, choć 60 w leżeniu to dużo. Sporo biegam – powiedziałem już normalnym głosem
- Co to znaczy sporo, coś Pan trenuje ? – zapytała
- Tak, biegi długodystansowe
- Rozumiem – powiedziała biorąc do ręki wydruk z EKG

Pewnie zerknie na zapis i zaraz wyjdzie, zastanawiałem się jak ją zatrzymać.

- A Pani – kombinowałem jak się zapytać, żeby nie wyszło zbyt niegrzecznie – jest kardiologiem? Czy internistą?
- Kardiologiem

Pielęgniarka na chwilę wyszła

- Bo muszę zrobić też EKG wysiłkowe i nie wiem kiedy mógłbym przyjść – rozpaczliwie szukałem sposobu przedłużenia kontaktu, choć wychodziłem trochę na ofiarę

Zerknęłą na zegarek

- Jeżeli pójdzie Pan do recepcji i się zarejestruje to możemy jeszcze teraz zrobić.
- Dobrze, już idę – wstałem i zacząłem się ubierać
- Opis do EKG dostanie Pan razem z wysiłkowym – powiedziała wychodząc z pokoju

Pobiegłem do recepcji. Opłaciłem, kiedy przyszedłem pod gabinet musiałem poczekać. Zacząłem przeglądać Facebooka wpisując jej imię i nazwisko. Znalazłem jej profil. Nie było informacji o jakimkolwiek związku. Czym się interesuje? Albo jest  na FB mało aktywna albo udostępnia posty tylko znajomym. Znalazłem jakiś sprzed trzech miesięcy, coś o koncercie Herbie Hancocka. To był bardzo dobry punkt zaczepienia, tylko że ja miałem mało czasu. Miałem nadzieję, że nie poprosi mnie teraz. Kiedyś myślałem, że zostanę jazzowym pianistą, nic z tych planów nie wyszło poza znajomościami tu i ówdzie. Wykręciłem numer do Jeffa. Pierwszy sygnał, drugi, ile to trwa, trzeci...

- Hej Mark - nareszcie się odezwał
- Jeff, potrzebuje natychmiast informacji o jakimś najbardziej topowym jazzowym wydarzeniu, na które nie jest łatwo się dostać, idealnie gdyby miało jakiś związek z Herbie Hancockiem
- Żartujesz? - zapytał
- Nie, dlaczego ? - zdziwiłem się. Jeff był młodym muzykiem, perkusistą, świeżo po Juilliard, dorabiał trochę pisaniem pod pseudonimem jako krytyk, generalnie wiedział wszystko o tym co się dzieje. Ja byłem już zupełnie na aucie, praca i bieganie pochłaniały mnie zupełnie.
- Pojutrze jest przecież zamknięty charytatywny koncert Hancocka z nieoficjalnym udziałem Steviego Wondera, chcą pokazać jak łączą się teoretycznie dwa różne światy, jazzowego mainstreamu i soulu, popu.

To było to ! Absolutny unikat !

- Załatw mi dwa bilety - krzyknąłem zdenerwowany do słuchawki
- No, musiałbyś mieć.....

Nie usłyszałem co musiałbym mieć bo z gabinetu wyszła moja Nikki i poprosiła mnie do środka

- Wyślij mi SMSa - cicho rzuciłem do słuchawki i rozłączyłem się.

Zrobiliśmy wysiłkowe EKG, w trakcie którego była bardzo techniczna i skoncentrowana, potem kazała mi się ubrać i przyjść do gabinetu na rozmowę. Kiedy wszedłem siedziała za biurkiem wpatrzona w ekran komputera pisząc coś. Usiadłem na krześle po drugiej stronie biurka. Czułem strach i jakiś straszny ból w piersi, że zaraz będę musiał wyjść i już nigdy jej nie zobaczę.

- Rzeczywiście, ma Pan wszystkie cechy serca sportowca – mówiła pisząc - nie mam żadnych zastrzeżeń

Wróciła do pisania. Cisza. Postanowiłem zebrać się na odwagę.

- Tak trochę z nudów - chrząknąłem nieco speszony -  siedząc tu pod Pani gabinetem szperałem po Facebooku i zorientowałem się, że interesuje się Pani czasem Herbie Hancockiem - wypaliłem w końcu

Podniosła wzrok z nad biurka

- iiii - ciągnąłem - pojutrze jest zupełnie unikatowe wydarzenie w Juilliard School of Music, zamknięty koncert, wystąpią razem Herbie Hancock i Stevie Wonder, ponieważ akurat przypadkowo mam wolny bilet może zechciałaby Pani ze mną pójść?

Wróciła do pisania. Milczała. To milczenie niepokoiło mnie bardzo. Napisze, da mi opis i tyle ją będę widział. Ale postanowiłem czekać.

Skończyła Pisać. Zaczęły wychodzić wydruki. Odchyliła się żeby ściągnąć je z drukarki. Długie palce, piękne dłonie. Poczułem wibracje w kieszeni. SMS od Jeffa: "Tylko w opcji charytatywnej, po 1000 za bilet. Bierzesz ?"

- Proszę, tu ma Pan opis EKG spoczynkowego – wyrwała mnie z rozmyślań przyglądając się dokumentom, które miała przed sobą - i wysiłkowego – mówiła bez cienia uśmiechu. Pewnie co chwila ma wiele propozycji od różnych pacjentów i czuje się uprzedmiotowiona i zła, że po raz kolejny musi się zachować grzecznie wobec kolejnego natrętnego podrywacza – Jest u Pana zauważalna pewna niewielka arytmia oddechowa ale taka widać Pana uroda – patrzyła na wydruki z długopisem w ręku, jak gdyby jeszcze je analizując, coś jeszcze dopisała i podkreśliła - Jak Pan zauważy, dałam pewne wskazania do ewentualnych badań, które umożliwiłyby upewnienie się, że Pana niewątpliwy przerost mięśnia sercowego jest spowodowany tylko treningiem a nie wynikiem jakiejś patologii, ale to już dla Pana do rozważenia.

Dała mi do ręki dokumenty patrząc mi w oczy ale jej wyraz twarzy był zimny, stalowy. Czułem wbijający mi się w serce nóż, zacząłem się w ułamku sekundy zastanawiać czy nie zacząć symulować jakiegoś zawału serca

- Do widzenia Panu – przerwała moje dywagacje dając mi jednoznacznie sygnał, że powinienem wyjść

Wstałem z krzesła jak zbity pies. Wziąłem dokumenty, bluzę i poszedłem do drzwi

- Do widzenia – powiedziałem  oglądając się na nią
- Do widzenia – odpowiedziała nie podnosząc oczu znad biurka

Zamknąłem drzwi. Jaki ja byłem na siebie wkurzony za to zagranie. Powinienem był wykombinować jakiś lepszy, bardziej długoterminowy sposób, a poszedłem po najmniejszej linii oporu. Byłem załamany. Zacząłem się zastanawiać czy nie usiąść pod jej gabinetem i nie zacząć jej przepraszać, może przyjść z kwiatami? Tylko czy nie wyjdę wtedy na jakiegoś niebezpiecznego psychola, którego zacznie się bać?

Nawet nie wiedziałem kiedy znalazłem się już w windzie. Ktoś nacisnął guzik, ludzie wsiadali, wysiadali, stałem bez ruchu, z papierami w ręku. Kiedy otworzyły się drzwi na parterze ludzie zaczęli wychodzić, ja szedłem razem z nimi niczym zombie. Co mi po tych papierach? Spojrzałem na wyniki badań. Pierwsza kartka, druga, trzecia, czwarta, piąta. Na piątej jej podpis. I …. co tam jest odręcznie napisane? Zatrzymałem się. Patrzyłem na kartkę i nie mogłem zrozumieć co widzę. A było tam odręcznie napisane:

"W sprawie koncertu... i numer telefonu."

To był jeden z najszczęśliwszych momentów w moim życiu. Oczywiście odpisałem Jeffowi, że biorę, choć cena była wysoka.

Byliśmy z Nikki razem trzy lata. I dwa lata temu skończyło się. Jakiś czas potem dowiedziałem się, że są parą z Coxem. To już było chyba jakiś czas po naszym rozstaniu. Po prostu pewnego dnia zobaczyłem ją za metą jednego z biegów jak poprawia mu czapeczkę po jakichś zawodach i całuje w policzek.

Cox był kiedyś gwiazdą. Mówiło się o nim jako o nowym wschodzącym wielkim talencie biegów długich. Już w latach juniorskich został mistrzem kontynentu na 5000 m co potem powtórzył jako senior, mimo że był jeszcze oficjalnie młodzieżowcem. Niestety w wieku 23 lat złapał jakąś kontuzję, z której nie mógł wyjść przez lata. W końcu kiedy miał 28 lat oficjalnie ogłosił koniec kariery. Chyba już wtedy od jakiegoś czasu pracował jako dealer Jeepa. Ogłosił koniec kariery ale nadal biegał nieźle, oficjalnie ogłaszając, że jest już amatorem. Biegając w okolicach 30 minut na dychę oczywiście wygrywał ze wszystkimi amatorami i często swoimi kolegami wyczynowcami, udając jednak, że: „Eee, dla niego to nic takiego bo on jest tylko amatorem”. Rozsiewał wokół siebie aurę sukcesu. Szybki, przystojny, jeżdżący super samochodami. Na wszystkich zawodach zawsze otaczała go jakaś świta. Nie wiem skąd się oni brali. Nie byli to raczej ludzie ze świata biegowego ale chyba jakiegoś samochodowego czy może crossfitowego? W każdym razie zawsze byli bardzo głośni, roześmiani, trochę bezczelni. Często po zawodach można było ich spotkać jak siedzieli dużą grupą pijąc, jedząc i śmiejąc się a Cox siedział wśród nich z nogami na krześle nawet jeśli ludzie wkoło stali i nie mieli gdzie usiąść.

Trochę mnie zdziwiło, że Nikki się z nim związała. Ale może jednak nie znałem jej tak dobrze a może nie doceniałem siły przyciągania Coxa?

Oficjalnie nie znaliśmy się z Coxem. W przeciwieństwie do niego ja byłem typowym amatorem. Do 25 roku życia nigdy nie trenowałem biegania. W końcu kiedyś przypadkowo zacząłem biegać i jak przyszedłem na badania do Nikki byłem już od sześciu lat zapalonym i wkręconym w bieganie zawodnikiem. Byłem nawet niezły. W zeszłym roku pobiegłem maraton w 2:21. Wśród biegowej amatorskiej braci byłem traktowany z powagą, wielu uważało mnie za „wyczynowca” ale nie rozumieli, że od 2:21 do 2:10 to długa droga, której nie miałem ochoty przechodzić.

Pracowałem jako analityk bezpieczeństwa sieciowego dla agencji bezpieczeństwa wewnętrznego. Trochę taki hackerski kontrwywiad. O pracy z nikim nie mogłem rozmawiać. Ale była o tyle komfortowa, że mogłem siedzieć w domu z komputerem i poza sytuacjami kryzysowymi, zazwyczaj ode mnie zależało kiedy zrobię to co muszę zrobić. Od czasu, kiedy rozstałem się z Nikki moje życie stało się właściwie pustelnicze. A kiedy zorientowałem się, że związała się z Coxem zamieszkałem praktycznie w górach, przyjeżdżając do domu tylko kiedy musiałem się z kimś spotkać w sprawach zawodowych. Biegacze myśleli, że wyniosłem się w góry, żeby trenować. Ale ja się wyniosłem po to, żeby być jak najdalej od niej i żeby zająć się czymś i nie myśleć o niej, nie spotykać na zawodach. Tutaj miałem spokój. Bieganie i praca. Idealny melanż, idealna odskocznia. Dzięki naszemu rozstaniu mogłem a raczej musiałem poświęcać więcej czasu na trening. Zresztą trening to za dużo powiedziane. Po prostu na całe godziny wchodziłem w góry. Żeby nie musieć jeździć na zawody na niziny zacząłem startować w długich biegach górskich i okazało się, że idzie mi nieźle. Czasami pobiegłem też coś płaskiego, jak ten maraton.

Kiedy spotykałem się innymi biegaczami którzy pamiętali mnie jeszcze z czasów 2:25 – 2:30, nie mogli uwierzyć w to jak wygląda mój trening.

Ale długie górskie bieganie to jest po prostu trucht. Żeby być dobrym truchtaczem trzeba dużo truchtać. Ja dużo podchodziłem, kiedy mogłem truchtałem. Kiedy mogłem dodawałem jakieś szybkie krótkie odcinki. Ale żadnych treningów interwałowych, żadnych mocnych akcentów, poza zawodami. Tyle, że każdego dnia przez ponad rok byłem w górach, wykonując trzy, czasem czterogodzinny wysiłek wytrzymałościowo-siłowy.

To przesunęło mój poziom nie tylko w biegach górskich ale i płaskich, chociaż w tych ostatnich startowałem mało.

Tymczasem widziałem po wynikach, że Cox coraz częściej pojawiał się w górach, i to z sukcesami. Chyba w swoim drugim starcie wygrał znany górski maraton jakoś wyraźnie bijąc rekord trasy. Potem wygrał jeszcze kilka biegów ze sporą jak na biegi górskie frekwencją. Ponieważ aura mistrza ciągnęła się za nim czy chciał czy nie, organizatorzy biegów górskich byli zachwyceni, że w ich biegu startuje taki gwiazdor. Organizowali różnego rodzaju seminaria, w trakcie których on opowiadał biegaczom jak należy trenować do biegów górskich. Słyszałem na YouTube dwa jego wystąpienia, w których tłumaczył jak robić trening interwałowy pod biegi górskie a jak inne mocne akcenty. Wg mnie on nic nie zmienił w stosunku do swojego treningu z bieżni i próbował wszystkich przekonać do tego, że tak należy trenować pod góry. Robił wyniki i był wielkim byłym mistrzem w super samochodach więc wszystkim zamykał usta.

W czasach kiedy mieszkaliśmy w jednym mieście kiedy on biegał dychę w 30 minut ja biegałem jeszcze 32-33, nie byłem dla niego zagrożeniem i nie zwracał na mnie uwagi.

Potem wyjechałem i od tamtej pory nie mieliśmy okazji nigdy spotkać się w jednym biegu. On w tym czasie spróbował płaskiego maratonu, ale pobiegł tylko nieco poniżej 2:30 co było pewnie rysą na jego idealnym sportowym cv. Czytałem potem jak po biegu opowiadał o tym jakie to plagi egipskie się w tym dniu przeciwko niemu sprzysięgły, a tymczasem po prostu za szybko zaczął, chcąc złamać 2:20.

Wiedziałem, że kiedyś się w końcu spotkamy, ale nie byłem przygotowany, że będzie to właśnie dzisiaj.

Nikki wyglądała jak zwykle zjawiskowo. Była ubrana na sportowo, krótka zielona kurtka, trochę w wojskowym stylu, obcisłe spodnie, jakieś trekingowe buty, pewnie planowała być na punktach i kibicować lub podawać mu picie. Miała białą czapeczkę, która skrywała włosy, widać było tylko wystający krótki kucyk.

Czas był się jednak szykować, bo przyjechałem tutaj tak wcześnie żeby niczego nie musieć robić w pośpiechu.

Otworzyłem bagażnik i usiadłem na tyle samochodu, żeby założyć buty. Wiedziałem, że Nikki i Cox będą musieli mnie zauważyć. Nie wiedziałem, czy Cox wie kim jestem jako biegacz i kim byłem dla Nikki. Z  Nikki od tamtej pory nie zamieniliśmy słowa.

Tymczasem zza „Datsuna” wyszedł też mój sąsiad. Ruszał się bardzo słabo. Mógł mieć 70-80 lat, kulał, widać, że odczuwał chyba jakiś ból bo przy każdym ruchu lekko się krzywił. Tak samo jak ja, otworzył bagażnik i chciał usiąść na tyle samochodu próbując się oprzeć o wspornik drzwi. Niestety ręka mu się ześlizgnęła i poleciał. Całe szczęście, że przyglądałem się temu uważnie bo gdybym nie skoczył mu na ratunek zaliczyłby glebę jak nic. Złapałem go pod ramiona i podniosłem.

Od strony samochodów Coxa usłyszałem rechot kilku gardeł. Cox z kumplami też widać zauważyli mojego sąsiada i mieli ubaw z jego nieporadności.

- Dziadziu, tu nie dla dziadzia miejsce – powiedział półgłosem Cox na co jego kumple zareagowali rechotem
- No cóż, dziadzio też coś musi robić – mruknął Dziadzio kiedy stawiałem go do pionu. Odwrócił się do mnie.
- Dziękuje Panu bardzo – powiedział – jak by mi Pan pomógł usiąść

Oczywiście pomogłem. Podałem mu też torebkę z butami, która przy okazji poturlała się kawałek.

Nie wiedziałem jak go zagadnąć jakie są jego plany, po co tutaj przyjechał. Widziałem różnych starszych ludzi biegających w maratonach, często ich bieg to była jakaś taka mieszanka chodu i szurania. Ale to było 42 km i po mieście, gdzie zazwyczaj za takim zawodnikiem jechał samochód zamykający wyścig i gdyby coś mu się stało zawsze była pewność, że ktoś się nim zajmie. Tymczasem tutaj ma być 80 km po górach. Będzie wprawdzie po drodze pięć punktów kontrolnych z suportem ale to jednak niewiele w tym przypadku zmienia.

- Pan zamierza biec w tym biegu? - zapytałem się w końcu
- Tak – mruknął opierając stopę o krawędź bagażnika i czyszcząc skarpetkę

Nie wiedziałem co powiedzieć. Tymczasem zaczął on.

- Chodzi Panu o to, że jestem stary i niedołężny a tu jest 80 km po górach, tak? - zapytał
- Tak – ulżyło mi, że nie ja musiałem to powiedzieć
- Widzi Pan – zaczął tłumaczyć - do startu mamy jakieś dwie i pół godziny. Ja numer startowy odebrałem już wczoraj. Teraz mam czas na rozgrzewkę. Wiem, że to się Panu wydaje trudne do uwierzenia, ale jak się rozgrzeję to truchtam bez większego bólu.
- A nie powinien Pan iść z tym bólem do lekarza? - zapytałem

Zaśmiał się

- Proszę Pana. W moim wieku musi boleć. Zna Pan na pewno ten dowcip, że jeśli masz siedemdziesiąt lat i budzisz się rano i nic Cie nie boli, to znaczy, że umarłeś - mówił to z uśmiechem – na pewno nie jestem w takiej formie jak Pan ale ten ból da się rozbiegać.    

Pokiwałem głową.

- No nic, podziwiam Pana. Gdybym mógł jeszcze jakoś pomóc proszę mówić

- Te, dziadzio, może kroplówkę – znowu odezwał się któryś z kumpli Coxa. Zerknąłem w ich stronę, Cox szturchnął kumpla - Zostaw już

Nikki musiała mnie już zobaczyć. Stała bokiem nie patrząc w moją stronę i słuchała jak Cox tłumaczył jej co na którym kilometrze ma mu podać. Nie wiedziałem tylko jak ma zamiar się tam dostać, to nie było wcale oczywiste. Lepiej było przekazać organizatorowi swoje butelki z opisem na którym odcinku powinna stać. Ja miałem trzy butelki na drugi, trzeci i czwarty punkt. Pierwszy odpuściłem zakładając, że skorzystam z czegoś co daje organizator.

- Poda mi Pan rękę? - zapytał Dziadzio

Chciał wstać, a ponieważ samochody stały na pochyleniu nie było to dla niego takie łatwe. W dłoni miał jakiś bidon, wokół pasa zawinięta kurtka. Pomogłem mu stanąć. Mimo, że wydawał się być świadomy tego co go czeka, zupełnie nie wydawało mi się możliwe, żeby przeszedł kilometr, nie mówiąc już o 80.

- Dziękuję – powiedział – to idę się rozgrzewać

Ruszył kuśtykając w górę. Na razie szedł utykając. Cox z ekipą też ruszyli marszem w stronę biura zawodów patrząc na Dziadzia z rozbawieniem i kiwając głowami. Ja nie byłem jeszcze gotowy bo historia z Dziadziem trochę czasu mi zajęła.

Założyłem buty, chwilę się wahałem jaką wybrać koszulkę ale pomyślałem, że i tak jeszcze tu wrócę. Zamknąłem samochód i lekkim truchtem ruszyłem w górę. Do biura zawodów było jakieś 500 m. Po drodze minąłem Dziadzia, który nadal szedł, choć rzeczywiście nieco żwawiej niż na początku, był trochę mnie przechylony na bok i mniej utykał.

Biuro zawodów to było kilka namiotów obok siebie, kolejka nie była długa, ale akurat przede mną ustawiła się ekipa Coxa. Głośno gadali i śmiali się, było słychać właściwie tylko ich. Nikki nie było. Cox stał w kolejce pierwszy, coś tam zagadywał do wydających mu numer dziewczyn. W końcu odszedł od stołu i zaczął przyczepiać numer idąc wzdłuż kolejki. Nagle, kiedy doszedł do mnie nadal przypinając numer powiedział:

- Noo, to się w końcu pościgamy
- No tak – grzecznie przytaknąłem

Czyli coś o mnie wiedział. Pytanie, czy wiedział też o mnie i Nikki ?

Odebrałem numer, przypiąłem i poszedłem oddać butelki do przekazania na trasę. Wróciłem jednak do samochodu zmieniając koszulkę, do startu zostało około 2 godziny. Zdecydowałem się trochę przejść. Można było od razu wbiec na trasę albo zrobić 4,5 kilometrową raczej płaską pętlę wokół dużej łąki. Stwierdziłem, że przejdę się wokół łąki. Pogoda do spacerowania była piękna, coraz więcej ludzi się zjeżdżało. Wszedłem na drogę. Z daleka naprzeciwko zobaczyłem truchtającego, pewnie rozgrzewającego się zawodnika. Był trochę przechylony na bok... tak ! To był Dziadzio! Truchtał marnie, szurał nogami przechylony na bok. Ale wyglądał lepiej. Zbliżył się do mnie.

- Wow ! - zawołałem – co za zmiana

Uśmiechnął się z wyraźnym zadowoleniem.

- No mówiłem przecież, że jak truchtam nie jest źle. Ale mam nadzieję, że będzie jeszcze lepiej.

Pobiegł dalej z wyraźnym zamiarem wbiegnięcia na kolejną pętlę. No proszę, jednak dobra rozgrzewka to potęga. Dziadzio był ubrany w starodawnym stylu, ale przez to wyglądał ciekawie. Miał stosunkowo krótkie spodenki, właściwie typowe męskie startówki ale lekko pumpiaste po bokach, wyglądające jak spodenki chłopca na WF. Miał wysoko podciągnięte skarpetki w jakimś jasnobeżowym kolorze, a może były po prostu kiedyś białe? Zielona koszulka wyglądająca na bawełnianą z jakimś żółtym napisem, którego nie zapamiętałem. Łysiejące czoło ale poza tym nadal sporo włosów, zupełnie siwych. Był bardzo szczupły. Ale nadal perspektywa tego, że przebiegnie, czy nawet przejdzie 80 km po górach wydawała mi się abstrakcyjna. Zniknął mi z pola widzenia.

Droga, którą szedłem dawała piękny widok na wielką łąkę. Po drugiej stronie widać było szosę i dojazd do biura zawodów. A właściwie tylko jadące nią samochody bo drogę zakrywały wysokie trawy. Niedaleko biegał luzem jakiś pies. Nie zwracał na mnie uwagi póki się nie zatrzymałem. Od razu ruszył w moim kierunki głośno ujadając. Spory kundel, mieszaniec jakiegoś owczarka z czymś innym. Kiedy miał do mnie jeszcze jakieś 30 metrów uklękłem na jedno kolano. Lubiłem eksperymentować z psami. Nie bałem się ich a sprawiało mi przyjemność przyglądanie się jak zmieniają się ich zachowania wraz ze zmieniającą się sytuacją. Przebojem internetu był jakiś czas temu filmik, pokazujący wściekle szczekające na siebie psy, które oddzielała tylko brama. W pewnym momencie ta brama zaczyna się otwierać i nagle okazuje się, że zamiast się na siebie rzucić przesuwają się razem z nią ale szczekają coraz mniej zajadle a kiedy otworzyła się zupełnie to już do siebie merdały i lizały sobie pyski. Byłem na 90% przekonany, że ten pies też będzie zmieniał swoje zachowanie im będzie bliżej. Nie pomyliłem się. Regularne szczeknięcia skończyły się jakieś 10m przede mną, był nadal trochę zjeżony ale merdał ogonem i wyglądał na miłego. Ale nie chciał się zaprzyjaźnić. Wyglądał na psa pasterskiego. W przeciwieństwie do psów miejskich one nie lubią a może nawet nie wiedzą co to głaskanie. Ten pokręcił się chwilę ale zaraz gdzieś zniknął.

Nie miałem nic do roboty, usiadłem na trawie, z widokiem na łąkę. Jeszcze nie chciało mi się rozgrzewać, zresztą do takiego tempa nie potrzebowałem wielkiej rozgrzewki.

Najbardziej przerażające dla mnie przeżycie związane z psami pamiętam z czasów, kiedy miałem 15-16 lat. Byłem w górach na kilkudniowej wycieczce. Zatrzymaliśmy się w schronisku na noc. Nie mogliśmy spać w schronisku bo było tam bardzo dużo turystów, więc jakieś 200 m od schroniska wystawiono duże namioty. Stały na ogromnej górskiej hali, na której w drugiej części wypasane były owce. Kilka dni wcześniej,  zdarzyło się, że pod stado podeszły niedźwiedzie i porwały dwie owce. Górale byli poddenerwowani, wokół zagrody z owcami biegały trzy wielkie psy.

Niestety tej nocy miałem kłopoty żołądkowe. Czymś się zatrułem. Około drugiej w nocy musiałem wybiec z namiotu i znaleźć jakieś zaciszne miejsce. Niestety schronisko było o tej porze zamknięte. Popędziłem w drugą stronę w kierunku jakichś niewysokich drzewek, jakieś 200-300 m od namiotów. Dobiegłem do drzewek ostatkiem sił i natychmiast ściągnąłem spodnie. Chyba wtedy usłyszały mnie psy. Zaczęły szczekać i to szczekanie zaczęło się bardzo szybko przybliżać. Zmartwiałem. Środek nocy, ja obolały, bez majtek stojący gdzieś w jakichś krzakach spory kawałek od najbliższego człowieka. Psy były coraz bliżej. Widziałem już oczyma wyobraźni moje ciało rozszarpane i ciągnięte przez nie gdzieś po łące. Nie było sensu uciekać, było ciemno i nawet nie miałem szansy nigdzie się schować, drzewa w których stałem to były młode świerki, bardziej krzaki. Gdy psy były około 15-20 m ode mnie nagle przestały szczekać. Podbiegły na odległość nie większą niż pięć metrów, rozejrzały się, obwąchały i pobiegły z powrotem. Byłem mokry ze strachu.

Kiedy tak siedziałem i rozmyślałem, trochę straciłem rachubę czasu, dziadzio minął mnie ze dwa razy, patrzyłem za nim z zainteresowaniem, trzeba przyznać, że za każdym razem wyglądał lepiej, teraz praktycznie zupełnie nie odróżniał się od normalnych biegaczy amatorów.

Wstałem, z zamiarem potruchtania, choć strasznie mi się nie chciało. Zacząłem więc od szurania, przeszurałem tak mniej więcej 1 km, droga wiła się zakolami. Wbiegłem w zacieniony fragment. Jakieś 200m przed sobą zobaczyłem idącą osobę. Im była bliżej tym bardziej oczywiste się stawało, że to Nikki. Nie zauważyła mnie jeszcze chyba, patrzyła na łąkę. Nie rozmawiałem z nią dwa lata. Co robić? Mam jej powiedzieć cześć, zapytać się co słychać? A jak mnie zignoruje ? Jeśli uda, że mnie nie słyszy? Przecież dwa lata temu powiedziała, że już nigdy nie chce mnie widzieć. A jeśli będzie dla mnie miła? Od razu pojawią mi się jakieś nadzieje.

Serce mi waliło. To spotkanie było mi strasznie nie na rękę, tak czy inaczej, będę zupełnie rozbity i zamiast skupić się na biegu będę myślał tylko o niej.

Stwierdziłem, że nie możemy się spotkać. Zawrócić już nie było jak, jedyne co mogłem zrobić to się schować. Stałem niedaleko grubego drzewa. Powoli, żeby nie zaburzać statyki obrazu wszedłem w trawy i schowałem się za drzewem. Miałem nadzieję, że nie zauważyła, bo jeśli zauważyła, to chowanie się przed nią za drzewem byłoby żałosne.

Czekałem.

Po kilkudziesięciu sekundach usłyszałem niespieszne kroki. Przesuwałem się powoli za drzewem tak, żeby nie było mnie widać. Całe szczęście, że nie przystanęła, żeby kontemplować widok. Odczekałem jeszcze 20 sekund wyjrzałem zza drzewa, Nikki była coraz dalej. Ruszyłem do żwawego truchtu. Zerknąłem na zegarek, start za 40 minut. Byłem w połowie pętli. Minęło mnie kilku rozgrzewających się biegaczy, zazwyczaj ruszali się jak typowi ultrasi, ciężko, niezgrabnie. Czasem na prawie zupełnie wyprostowanych kolanach. Niektórzy mieli bardzo mocno zbudowane uda. Z daleka na jednym z zakoli zobaczyłem jednak biegacza ruszającego się zupełnie inaczej. Lekko, sprężyście, może nawet trochę zbyt skocznie jak na bieganie górskie. Przyglądałem mu się z przyjemnością. Biegł pod słońce więc długo widziałem tylko zarys jego postaci. Kiedy był bliżej zorientowałem się, że to …. jest Dziadzio!

- Wygląda Pan niesamowicie – zawołałem kiedy zbliżył się do mnie
- Tom jestem – powiedział wyciągając rękę
- Mark - odpowiedziałem - Pobiegnę razem z Tobą

Ruszyliśmy w kierunku, z którego przybiegłem.
   
- Niebo a ziemia pomiędzy tym co widzę teraz a co widziałem dwie godziny temu - powiedziałem
- No tak, ale widzisz, to zajmuje dużo czasu
- Ale wyglądasz świetnie. Ile pobiegłbyś teraz 10 km?    
- Z marszu? Czy po rozgrzewce? - zaśmiał się

Też się zaśmiałem nie wiedząc do odpowiedzieć.

- Nie wiem – powiedział – nie biegam nic szybkiego. Staram się być aktywny ale w moim wieku...   
 -A ile masz lat?
- 77. Jak widzisz rozgrzewka do tego, żebym mógł normalnie funkcjonować trwa dwie godziny. Więc zrobienie czegoś co nazwalibyśmy treningiem to już niełatwa sprawa. Zresztą im jesteś starszy tym więcej musisz robić rzeczy o których kiedyś nie myślałeś a jest Ci przecież znacznie trudniej.
- To znaczy?

Uzmysłowiłem sobie, że przez cały czas biegniemy w tempie mojego truchtu, nie włączałem zegarka ale pewnie po 4:30/km, on rozmawiał spokojnie, bez zadyszki. Dobiegliśmy właśnie do drogi. Automatycznie wybrałem kierunek w stronę samochodu ale Tom się zatrzymał.

- Ja przy samochodzie już nie mam co robić, jeszcze zrobię kółeczko
- A jakiś bidon, plecak? - zapytałem zdziwiony
- Bidon i kurtkę mam, zostawiłem blisko startu, plecaka nie potrzebuję
- Ok, do zobaczenia – pokręciłem głową i potruchtałem w stronę samochodu

Koszulki nie zmieniałem, wziąłem tylko przygotowany wcześniej plecak z 1,5 litrowym bukłakiem z niezbędnymi rzeczami poupychanymi tu i ówdzie. Ruszyłem marszem w stronę startu, po drodze zostawiłem parę drobiazgów w depozycie.

Dyrektor biegu miał akurat przemówienie na temat aspektów bezpieczeństwa. Rozglądałem się wokoło. Startować miało około 400, może 500 osób, sporo z nich przyjechało grupami, takich zupełnych samotników jak ja nie było chyba wielu. Część z nich kojarzyłem, ale nie miałem tutaj żadnego dobrego znajomego.

Powoli trzeba się było ustawiać na starcie. Chciałem wystartować od razu w miarę mocno, żeby nie musieć przepychać się przez tłum. Przesuwałem się do przodu, im bliżej linii startu tym było ciaśniej. Zobaczyłem, że z boku drogi stoi Tom i wiąże kurtkę na pasie.

 - A gdzie Ty idziesz – zapytał?
- No, do przodu – odpowiedziałem
- Odpuść, naprawdę, czy te kilka minut Cię zbawi ? - zapytał – masz przed sobą kilka godzin biegu. Jak pobiegniesz z przodu zupełnie niepotrzebnie stracisz energię na jakieś zbędne ściganie się z ludźmi, z którymi nie powinieneś się ścigać. Choć ze mną na tyły.

Zastanawiałem się. Na starcie nawet tak długiego biegu wiele osób leci przez pierwsze kilometry jak gdyby biegli w wyścigu na 10 km. To jest trochę denerwujące bo większość z nich jest znacznie słabsza ode mnie a jednak kiedy tak się dzieje, nie mogę się powstrzymać przed pokazaniem im, że są wolniejsi i biegnę na pewno za szybko. Może Tom ma rację? Na kilku kilometrach dość szerokiej drogi spokojnie wyminę cały peleton a nie będzie tego ciśnienia ścigania się z tą grupką hartów.

- Ok – zgodziłem się

Tom wyraźnie się ucieszył, poprawił kurtkę i zaczęliśmy się przesuwać do tyłu. Wyglądał naprawdę archaicznie z tą swoją kurtką wokół bioder, bidonem w ręku i beżowymi wysoko podciągniętymi skarpetkami. W pewnym momencie natknęliśmy się na grupkę, Coxa, który akurat żegnał się ze swoimi kumplami z zamiarem przesunięcia się na sam przód. Poza Coxem, który był dosyć szczupły, była z nim jeszcze czwórka mężczyzn, wyglądających raczej na jakichś crossfitowców niż biegaczy, w obcisłych koszulkach, z bicepsami wielkości dwóch moich łydek

- Dziadziu, szybko szybko do tyłu bo Cię zdepczą ! – zarehotał jeden z kumpli Coxa
- Tom – powiedziałem głośno przeciskając się wśród biegaczy – to właśnie dealer samochodowy
- Aaa, tak, czytałem badania, IQ 70 - Tom zareagował natychmiast

W tłumie rozległ się śmiech, Cox z mięśniakiem patrzyli się za nami mało przyjaźnie. Dotarliśmy prawie do końca, ja chciałem stanąć jednak gdzieś nie zupełnie na końcu, ale Tom położył mi rękę na ramieniu.

- Odpuść, naprawdę odpuść – powiedział spokojnie

Jego zachowanie miało na mnie jakiś dziwny wpływ. Wyglądał zupełnie nietypowo a jednocześnie sposób jaki mówił o bieganiu dawał wrażenie ogromnej pewności i doświadczenia.

- Ok – powiedziałem

Poszedłem za nim. Ustawił się kilkanaście metrów za ostatnimi zawodnikiem, co chwila dochodzili jeszcze kolejni, którzy ustawiali się w tej wolnej przestrzeni przed nami. Jeszcze nigdy tak dziwnie nie startowałem. Zacząłem trochę żałować, ale teraz głupio było się wycofać.

- Jak Ty traktujesz ten bieg? - zapytałem się
- Co masz na myśli?
- No po co tu przyjechałeś?
- Aaa - uśmiechnął się - Lubię ładne widoki. No i lubię ten typ zmęczenia, chcę pobiec jak na mnie mocno.
- Biegasz czasami jakieś górskie zawody ? - zapytałem
- Tak – odpowiedział – ale zazwyczaj bez numeru startowego. Nie chodzi o to, że mnie nie stać. Stać. Tyle, że wolę to traktować jako wycieczkę, wolę obserwować, czasem komuś pomogę.
- A dlaczego teraz masz numer?
- Ja zawsze mówię organizatorom, że zamierzam biec bez numeru, poza klasyfikacją. Pozwalają mi. Ale tym razem nalegali, żebym jednak odebrał numer, chodziło im o jakieś względy bezpieczeństwa. Uległem, zwłaszcza, że dali mi numer za darmo, niby „za zasługi”
- „Za zasługi” - zdziwiłem się – za jakie zasługi?

Tom nie zdążył odpowiedzieć, przy starcie zaczął się hałas, Dyrektor z megafonem dawał ostatnie instrukcje, widać było, że zaraz zacznie odliczanie, tłum przed nami się poruszył, my też nieco przesunęliśmy się do przodu

- Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden –    zaczęli wszyscy skandować pod dyktando Dyrektora
- Start – ryknęli i z pochukiwaniem i brzękiem dzwonków ze strony kibiców wyścig się rozpoczął.

Etap 1


Musieliśmy chwilę poczekać, zanim biegacze przed nami się ruszyli, zaczęliśmy się razem z nimi w końcu przesuwać, w okolicy startu zaczęliśmy truchtać, włączyłem zegarek. Dziadzio też zerknął na swój przedpotopowy zegarek ze wskazówkami. Czołówki oczywiście nie widzieliśmy.

Postanowiłem na razie robić to co on, nie przyspieszać, jeśli on nie przyspieszy. Przez pierwsze dwadzieścia sekund truchtaliśmy w tempie szybkiego marszu, trudno się było przebić do przodu. Ale potem zaczęło się rozluźniać i powoli ale stopniowo zaczęliśmy przyspieszać. Pierwsze 9 km było dosyć szerokie, asfaltowe, choć dalej ten asfalt położony chyba w latach '50tych XX wieku nie przypominał już asfaltu, 450 m pod górę.


Okolice startu, 1600mnpm, przed nami góry Gila National Forrest

Po kilku minutach osiągnęliśmy tempo naszego komfortowego truchtu. Najpierw po płaskim biegliśmy po 4:30, jeśli było pod górę zwalnialiśmy maksimum do 5:00. Patrzyłem na Toma jednak z lekkim niepokojem. Ja biegam maraton w 2:20 i dla mnie takie tempa to jest naprawdę komfort, ale dla niego? Chciałem się go zapytać, ale jego zachowanie przy starcie pokazywało, że jest to człowiek niezwykle świadomy. Jednak się odważyłem.

- Nie za szybko biegniesz? -     zapytałem
- A dla Ciebie jest za szybko – zdziwił się lekko zaniepokojony
- Nie, no nie – mruknąłem – ale myślę o Tobie

Pomyślałem, że mogę z nim przecież w jego tempie trochę pobiec, po prostu jak się zacznie stromiej polecę już swoje. Nawet gdyby biegł po 5:15 to byłoby spoko. Teraz mijaliśmy biegaczy niczym jacyś ścigacze startujący w zupełnie innym biegu, oni ultra a my dychę.

- Nie – zaśmiał się – spoko. Nie robię tego pod Ciebie, to jest moje normalne tempo.

Był naprawdę mocny. Na początku mijaliśmy wielu biegaczy, Tom skakał w prawo i w lewo, wymijał. Potem zrobiło się luźniej i mogliśmy już biec swobodnie, w końcu po 2 km zupełnie luźno. Dosyć szybko, akurat przy pierwszym łagodnym podbiegu złapaliśmy kumpli Coxa. Mijając ich Tom odwrócił się.

- Powodzenia chłopaki - Tom pomachał im

Miny mieli nietęgie. Przebiegli dopiero około 700m, prawdopodobnie mocno pobiegli pierwsze 400-500m i już wyglądali na takich, którzy myślą jak skończyć. Przyszło mi do głowy, że Cox wcale nie wziął ich tutaj żeby ukończyli bieg ale żeby zeszli na pierwszym check poincie i potem mu kibicowali na mecie i głosili jego wielkość.

Czasem jeszcze kogoś mijaliśmy, czasem byli to uczestnicy biegu ale już raczej mocni biegacze i różnice w naszych prędkościach nie były tak duże. Czasem byli to turyści, którzy zamierzali wejść w góry, może do Mogollon i szli w tym samym co my kierunku. O tej porze jeszcze nikt z góry nie schodził. Turyści zazwyczaj coś do nas pokrzykiwali albo bili brawo. Do podbiegu został kilometr, właśnie zbliżyliśmy się do trójki mężczyzn, turystów:

- Brawo brawo - zawołał jeden odwracając się do nas i schodząc na bok

Tom uśmiechnął się i skinął ręką w geście podziękowania. Mijając ich zapytałem się:

- Ilu jest zawodników przed nami?
- Chyba trzech - odpowiedzieli

- Widzisz - powiedział Tom kiedy przebiegliśmy kawałek - nie było po co się spieszyć
- Może tak - pokiwałam głową

Było słonecznie ale rześko i oby tak zostało do końca. Widać było, że za 300 m robiło się bardziej stromo. Ktoś biegł niedaleko przed nami, obliczyłem, że nie dojdziemy go raczej przed podbiegiem. Tom biegł naprawdę pięknie, lekko, był nieco przygarbiony, ale wielu zawodników ma taki styl, z daleka można by go pomylić z młodym człowiekiem.

- Gdzie tak się nauczyłeś biegać - zapytałem i od razu ugryzłem się w język, brzmiało to nie na miejscu, strasznie protekcjonalnie
- Ech - uśmiechnął się nieobrażony - ile ja się w życiu nabiegałem. Nie myślałem, że do tego jeszcze wrócę, ale jak około 50 roku życia przeszedłem na emeryturę coś musiałem robić i tak wyszło - spojrzał przed siebie - opowiem Ci jak złapiemy trochę wysokości

Głupio mi było mu tłumaczyć, że na podbiegu to jednak już pobiegnę swoje. Ale nie chciałem być niegrzeczny, pomyślałem, że po prostu zacznę się spokojnie oddalać, nie jesteśmy przecież jakoś związani.

Czułem moc, naprawdę czułem moc. Czułem się lekki i mocny, czułem, że dowolna prędkość nie jest w stanie mnie zabić, czułem, że nawet mocny podbieg jestem w stanie pokonać w dobrym tempie, w stanie przyjemnego zmęczenia.

Właśnie zaczynał się bardziej stromy odcinek. Czekało nas teraz około 3 km wspinania się, około 300m w górę. Start był na wysokości 1600m, przez pierwsze 4 km wznieśliśmy się do poziomu prawie 1800m. Pierwszy szczyt a raczej przewyższenie, do którego mieliśmy dotrzeć był na wysokości 2100 m. Potem jakieś 2 km lekko w dół a potem 10 km do poziomu 2800 mnp i pierwszy checkpoint. Tam nie planowałem jeszcze korzystać z własnych odżywek.

Nawierzchnia była bardzo dobra, na razie asfalt, potem suchy szutr, gdzieniegdzie jakiś kamień. Było dosyć szeroko więc swobodnie mogliśmy biec obok siebie.

Na podbiegu jednak zawsze trochę trzeba z siebie dać. Nie ma sensu trzymać intensywności konwersacyjnej, bo trzeba by było iść, dlatego podbieg to prawdziwy sprawdzian tego kim jesteś. Odpoczniesz na górze.

Zaczęło się nachylenie. Biegliśmy ramię w ramię. Po kilkuset metrach takiego biegu czułem już lekko podwyższone tętno, głębszy oddech. Czułem się tak jak się spodziewałem. Jedyne co mnie dziwiło a nawet niepokoiło to zachowanie Toma. Wyglądało jak gdyby zamierzał trzymać moje tempo a czasami nawet lekko wychodził do przodu. Nie rozumiałem go. Taki rozsądny gość a zachowuje się jak gdyby był jakimś niedoświadczonym młokosem. Przecież to się potem na nim zemści. Ile może tak wytrzymać? 500 m? Może kilometr? Zerkałem na niego kątem oka, ale wyglądał dobrze, nie sapał jakoś ekstremalnie, nie bardziej niż ja. Ponieważ widziałem, że ma zajawkę na mocny bieg, nie chciałem, żeby próbował się ze mną ścigać, więc wolałem biec o jakieś pół kroku za nim. Niech ma poczucie, że prowadzi.

- Nie będę Cię teraz zamęczał opowiadaniami, a przede wszystkim siebie nie będę zamęczał - rzucił do mnie przez ramię - jak miniemy szczyt to pogadamy
- Ok - mruknąłem, ale czułem, że powinienem spróbować jakoś go jednak ostudzić - a nie wydaje Ci się, że biegniesz trochę za mocno?
- Nie - zdziwił się - dlaczego tak myślisz?

Nie wiedziałem co mu powiedzieć, więc postanowiłem być szczery

- No wiesz, ja mam 33 lata, powiedzmy sobie szczerze, że jestem obecnie jednym z lepszych górali i raczej bieganie na podbiegu w moim tempie dla nikogo dobrze się nie kończy, a Ty … - nie dokończyłem
- Aaaa - zaśmiał się - ok, będę uważał.

Biegliśmy dalej razem. Byłem pewien, że jednak przesadził, przez chwilę się wahałem, czy mam zachowywać się w jakiś sposób który go oszczędzi, ale stwierdziłem, że nie. Nie przyjechałem tutaj niańkować. Jest dobry, ba, na swój wiek rewelacyjny, ale mam do zrobienia swoje, nie jestem jego rodziną. Postanowiłem biec swoje.

Było cały czas w górę. Po około 2 km nabrałem jednak przekonania, że tak szybko go nie zgubię. Wyglądał naprawdę dobrze i świeżo, można było mieć wrażenie, że się rozgrzewa. Miał w biegu lewą rękę bardzo mocno zgiętą w łokciu, niczym Haile Gebrselassie. W ogóle jego styl przypominał nieco bieg jakiegoś afrykańczyka. Miał niesamowicie szczupłe łydki, ale uda, mimo, że szczupłe odznaczały się wielką mocą, przynajmniej w relacji do jego masy ciała. Kiedy tylko zdarzył się jakiś wyższy schodek pokonywał go ze skocznością niczym 20 latek. Zastanawiałem się jak ja będę wyglądał w jego wieku. Czy nadal będę trenował? Czy będę zdrowy?

Do pierwszego szczytu dotarliśmy po około 40 minutach od rozpoczęcia podbiegania. Po drodze łatwo minęliśmy jeszcze dwóch zawodników. Czyli na trasie przed nami został jeden, mogłem się domyślać, że to Cox.

- Myślałeś, że postanowiłem pokazać jakim jestem kozakiem? - zapytał się Tom kiedy zaczął się zbieg. Nie czekał na moją odpowiedź - Nie, nie martw się. Jesteś na pewno bardzo dobrym góralem ale ja jestem jednak co byś nie myślał, bardzo doświadczonym zawodnikiem. Uwierz mi. To, że nie biegam w zawodach to nie dlatego, że jestem taki słaby tylko dlatego, że tyle czasu zajmuje mi rozgrzewka. Widziałeś przecież jak chodzę. Do biegu na 10 km musiałbym pewnie rozgrzewać się ze 4 godziny, to trochę bez sensu. Po co miałbym się tak poświęcać? W jakim celu? Żeby wygrać w kategorii wiekowej? Nie bawi mnie to. Tutaj to co innego, biegnę bo piękna trasa, taka trochę przygoda, czasami trzeba wejść na wyższe zmęczenie ale raczej bez przegięć - obejrzał się na mnie - pewnie mi nie uwierzysz, ale gdybym się te 4 godziny rozgrzał to pewnie i na 10 km byśmy się pościgali

Zatkało mnie. Fantasta czy wariat ?

- Nie przesadzasz ? - powątpiewałem - musiałbyś biegać w okolicach Rekordu Świata  50 latków
- Może, co zrobić, że jestem teraz teoretycznie lepszym zawodnikiem niż kiedy byłem młody - cały czas mówił bardzo swobodnie mimo, lekkich wzniesień - kiedyś łamałem 14 minut na 5 i zbliżałem się do 29 minut na 10 000m, potem miałem długą przerwę. Kiedy wróciłem do biegania okazało się, że ciało sporo pamięta. Tyle, że coraz trudniej utrzymać je w dobrym stanie.
- 29 minut ? - byłem naprawdę zaskoczony - w którym roku ?
- Około 1963 / 64. Próbowałem nawet zakwalifikować się na 5000m na Igrzyska do Tokio, ale nie wyszło, dobiegłem niestety ostatni. Wiem, że to brzmi jak głupie tłumaczenia, ale te 14:28 to czasem na samotnych treningach biegałem.

Za chwilę miało się wypłaszczyć, potem 3 km łagodnego podbiegu, potem dość strome 6 km.
- To ile teraz trenujesz, żeby tak biegać

Zaśmiał się
- Wiem, że trudno jest w to uwierzyć, ale ilość czasu jaką poświęcam na trening jest mniej więcej taka jak ilość czasu jaką dorosły człowiek spędza w pracy
- To znaczy ile?
- Czasem 6-7 godzin
- Ile? I jak często?
- Zazwyczaj codziennie.
- I jak Ty to wytrzymujesz?
- Haha, lepiej niż kiedyś. Ale na poważnie, im jesteś starszy tym więcej czasu musisz poświęcić na trening ogólny. W moim wieku niestety czas biegnie inaczej. To znaczy moja minuta i Twoja minuta biegną inaczej. Nasze dni biegną inaczej. Ty po jednym dniu leżenia jesteś mniej więcej tym samym człowiekiem. Jeszcze. Ale w moim wieku dzień leżenia to już jest strata konkretnej, mierzalnej sprawności. Moje mięśnie tracą siłę bardzo szybko. Oczywiście wszystko trzeba balansować, ja też potrzebuję regeneracji, nawet więcej, ale umiem sobie tym radzić. Ale na szczęście nawet w bardzo podeszłym wieku mięśnie są bardzo podatne na trening. W wielu szpitalach robiono badania na ludziach w moim wieku i starszych. Po 2 tygodniach średnio intensywnego treningu siłowego, siła mięśnia rosła o 200%. Więc nie jestem jeszcze w sytuacji beznadziejnej.
- To jak wygląda Twój dzień?
- Wstaję zazwyczaj o 6:00, jem śniadanie. Około 7:00 biorę rzeczy i wlokę się spacerkiem do klubu. To jakieś 2 km, ale po nocy ruszam się tak jak dzisiaj rano widziałeś. Te 2 km zajmują mi około 45 minut. Ale nigdzie nie muszę się spieszyć. Klub jest fajnie położony, właściwie w lesie. Przebieram się i około 8:00 wychodzę do lasu. Najpierw spaceruję, potem truchtam, jak już się czuję lepiej robię trochę lekkich ćwiczeń. Taka rozgrzewka zajmuje mi około 2 godziny. Czyli około 10 zaczynam bieganie. Biegnę 1-2 godziny, czasem krócej. Wracam do klubu przed 12, przebieram się, zjadam tam coś małego i idę na salę. Na szczęście jestem nadal rozgrzany więc stosunkowo łatwo jest mi zacząć jakiś trening ogólnorozwojowy. W zależności od nastroju i tego co biegałem robię więcej lub mniej siły i więcej lub mniej sprawności ogólnej, rozciągania, potem czasem rolowanie lub jakiś masaż. Nie zdarza mi się skończyć przed 2, czasem jest to nawet 3. Prysznic, kawa. Czuję się wtedy naprawdę świetnie. Roznosi mnie energia, idę na miasto coś zjeść, albo sam coś gotuję. Im bliżej wieczora tym jestem bardziej śpiący i nieruchawy. I tak mi mija dzień po dniu, dzień po dniu.
- A jakaś rodzina?
- Nie mam. Niestety

Wahałem się chwile, czy pociągnąć ten temat, czy nie będzie to zbyt niegrzeczne

- Tak wyszło, czy tak sobie postanowiłeś ?
- Takich rzeczy chyba nigdy się nie postanawia. Tak wyszło. Byłem raz zakochany ale nie potrafiłem może zawalczyć i potem już jakoś ułożyć tej sfery życia. Chociaż to były inne czasy, polityka odgrywała rolę.
- Polityka?
- Hmm, tak. Może później Ci opowiem. Zresztą chyba w ogóle w moim życiu było tak, że porażka w jakiejś dziedzinie powodowała, że przestawałem się tym interesować, w każdym razie tak przed sobą udawałem, tak było z miłością, z bieganiem które porzuciłem na wiele lat. Wszystko zaczęło się chyba od szachów.
- Od szachów?
- Tak.

Zamilkł. Nie wypadało mi ciągnąć go za język jeśli sam nie mówi. Biegliśmy obok siebie, odezwał się znowu po kilku minutach.

- Byłem świetnie zapowiadającym się szachistą. Mieliśmy kółko szachowe w szkole i od dziesiątego roku życia ojciec woził mnie na treningi. Najpierw dwa razy w tygodniu, potem trzy. Nie zmuszał mnie, lubiłem to. Szybko zacząłem robić postępy, w szkole mnie chwalili, wygrywałem dla szkoły jakieś zawody, punkty. Poza nauką, szachy były najważniejsze. Kiedy miałem 14 lat po raz pierwszy wygrałem jakieś okręgowe zawody, zaczynałem być znany. Jeździłem na turnieje. Mieliśmy w naszym szkolnym szachowym klubie fajną paczkę. Same chłopaki. Jakoś dziewczyny nie garnęły się do szachów a może po prostu lata '50 to były jeszcze czasy gdzie uważało się, że szachy to gra dla mężczyzn. Nie wiem, czy dopiero nie w latach 80tych za sprawą Judit Polgar ludzie w USA nie zaczęli myśleć, że kobiety też potrafią grać w szachy. Nasza grupka była stricte męska, czasem przychodził ktoś nowy, czasem odchodził ktoś komu się już znudziło. Było nas 8-9 chłopaków. Rodzice wiązali z tą moją szachową karierą chyba pewne plany bo widziałem jak kupowali szachowy magazyn, śledzili rankingi słynnych, dorosłych szachistów. Kiedy miałem 14 lat wygrałem z niezłym 16 latkiem z mojego okręgu, w lokalnej szachowej prasie zrobiło się nawet trochę głośno. W naszej grupie byłem w pewnym sensie gwiazdorem.

Tom opowiadał a naszym oczom ukazywały się co chwila piękne widoki.

- Dla mojej przyszłości najważniejsze było to co wydarzyło się w 1952 roku, miałem 15 lat, nasza szkoła obchodziła iluś lecie powstania. Ponieważ jako klub szachowy byliśmy chlubą szkoły, poproszono nas, żebyśmy zrobili jakiś szachowy pokaz. Musieliśmy wymyślić formułę. Zaproponowaliśmy coś, co na początku wydawało się trudne do realizacji ale kiedy wytłumaczyliśmy dyrektorowi szkoły co chcemy zrobić, był zachwycony, wiedział ile zainteresowania lokalnych mediów to przyciągnie.

- Postanowiliśmy zrobić nietypową symultanę. Miała startować nasza ósemka oraz ósemka wybranych osób. Chodziło o to, żeby wybrać osoby ciekawe, jakoś unikalne. Myśleliśmy o burmistrzu, trenerze koszykówki. Ale wybór zostawiliśmy dyrektorowi szkoły.

- Taka symultana czyli 8 x 8, każdy z każdym, to 32 rozgrywki. Sporo czasu, żeby nie zrobiło się to nudne musieliśmy ograniczyć czas do namysłu do 2 minut. Niezwykle to wyglądało, ustawiliśmy stoły w sali gimnastycznej, to była duża sala, duże trybuny dla kibiców, specjalni komentatorzy mogli wchodzić pomiędzy stoły i komentować co ciekawsze rozgrywki.

- Wszystko było już zaplanowane. Bardzo lubiłem tego typu zabawy, i nie było wątpliwości, że jestem tam najmocniejszym zawodnikiem i zdecydowanym faworytem. Nawet koledzy zastanawiali się raczej tylko w ilu ruchach wygram, choć nie planowali łatwo oddać skóry.

- Tak jak myślałem, Dyrektor wybrał Burmistrza, trenera koszykówki, lokalnego agenta nieruchomości. Generalnie chodziło o znalezienie osób znanych lub ciekawych ale takich, które potrafią trochę grać w szachy.

- Na początku nie zwróciłem na niego uwagi. Myślałem, że to dziecko kogoś z graczy. Dopiero przed samym początkiem symultany zorientowałem się, że on jest graczem. Wybrali go, bo był małym dzieckiem, miał chyba dziewięć lat i podobno potrafił grać w szachy, chyba rodzice go zgłosili.

- Taki dzieciak wydawał się być zupełną egzotyką, na pewno nie kimś, kogo należało się bać. Zaczęliśmy o 9:00, atmosfera na początku była zupełnie zabawowa, Burmistrz ciągle żartował, inni też. Grałem bardzo szybko. Tylko kiedy przychodziło mi zmierzyć się z którymś z moich szachowych kolegów trochę się spinałem, nie chciałem ich zlekceważyć, żeby przez jakiś głupi błąd nie przegrać z którymś z nich, co teoretycznie nie powinno się zdarzyć.

- Dzieciak wyglądał śmiesznie. W przydużym garniturku, okularach, krawacie. Na początku potraktowałem go bardzo pobłażliwie. Ale już po jego trzecim ruchu, zdałem sobie sprawę, że to był błąd. Zyskał niewielką przewagę, trochę mnie to zaskoczyło, ale uznałem, że to raczej przypadek, w każdym razie od tego momentu postanowiłem się przyłożyć do gry, żeby nie przegrać z dzieciakiem. Nadal byłem pewien swojej wygranej, w końcu taki dzieciak nie mógł naprawdę dobrze grać. Ale jego kolejne ruchy były zastanawiająco …. dobre, powiedziałbym teraz, że bezłbędne. Dosyć szybko uzmysłowiłem sobie, że na wszystkich pozostałych szachownicach, nawet z moimi kolegami gram dosyć mechanicznie ale cały czas myślę o kolejnym ruchu z tym dzieciakiem.

- Kiedy akurat zastanawiałem się nad kolejnym ruchem w partii z Howardem, moim kolegą z grupy, bardzo dobrym szachistą, podniosło się zamieszanie, bo skończyła się pierwsza partia. W sześciu ruchach wygrał właśnie ten dzieciak, posyłając na deski burmistrza, który uważał się za świetnego gracza. Mi pokonanie burmistrza zajęło dwanaście ruchów.

- Potem gracze odpadali już szybko. W pewnym momencie podniósł się duży szum, bo jako pierwszy z naszej grupy, odpadł właśnie Howard przegrywając z tym gówniarzem. Widziałem wzrok chłopaków, kiedy Howard patrzył na szachownicę i nie mógł uwierzyć w to co się stało. W oczach kolegów zobaczyłem …. strach. Nie zrozumiałem jeszcze dlaczego, ale szybko stało się jasne, że każdy z nich zdawał sobie sprawę z tego, że ten dzieciak ma nad nimi przewagę, i ich przegrana jest tylko kwestią minut.

- Najpierw odpadli wszyscy „amatorzy” poza dzieciakiem. Potem jak muchy padali moi koledzy z klubu. Wiedziałem, że jestem ostatnią deską ratunku dla uratowania naszego honoru, przecież to niemożliwe, żeby w symultanie pokonał nas nawet jeszcze nie dziesięciolatek. Nasza partia trwała najdłużej. Broniłem się jak potrafiłem najlepiej ale było mi grać coraz trudniej, nie byłem w stanie znieść psychicznie tego co się działo. Dzieciak z posunięcia na posunięcie zdobywał przewagę. Grał jak maszyna. W pewnym momencie stało się dla mnie już jasne, że przegrałem. Ale wiedziałem to pewnie tylko ja i moi koledzy. Nie wiedziałem jak się zachować. Czy grać do końca, czy poddać partię? Takiemu gówniarzowi? Przemyślałem sprawę i stwierdziłem, że lepiej jeśli się poddam. Ale łzy cisnęły mi się do oczu, co za upokorzenie. W obecności całej szkoły, burmistrza, rodziców, przegrać z ponad pięć lat ode mnie młodszym dzieckiem. Musiałem jednak jakoś się trzymać i chociaż głos mi się łamał, nagle zacząłem mu głośno gratulować, że doceniam jego wysiłek i że taki gorący dzień i że już chyba wszyscy jesteśmy zmęczeni i że będzie lepiej jak poddam grę. Dla całej szkoły, to był szok. Nie rozumieli, czy ja żartuję, czy na poważnie. Uścisnąłem mu rękę i szybko wyszedłem z sali, słysząc z tyłu podnoszące się powoli dla tego gówniarza oklaski. Ten mecz był potem opisywany przez największe stanowe gazety, telewizja przyjechała robić z nim materiał.

- Wtedy, była to dla mnie tragedia. Okazało się, że nie jestem takim świetnym szachistą jakim wszyscy myśleli, że jakiś byle gówniarz grający jednocześnie na piętnastu innych szachownicach z łatwością mnie pokonuje.

- Znienawidziłem szachy. Nie chciałem przez kilka dni pokazać się w szkole bojąc się drwin kolegów i zdziwionych spojrzeń nauczycieli. Zacząłem symulować chorobę, ale nie mogłem wytrzymać w domu, mama ciągle zadawała jakieś głupie pytania, zacząłem wychodzić na wiele godzin i biegałem. Wybiegałem daleko za miasto i biegałem po lasach. To bieganie jakoś pozwalało mi się uspokoić. Pewnego dnia biegłem chyba 25 km i pod koniec biegło mi się tak lekko, że poczułem, że bieganie to jest to, w czym powinienem się realizować.

- Myślę, że bieganie mnie uratowało przed jakąś ciężką depresją. Do szkoły wróciłem chyba po tygodniu i czułem się naprawdę wzmocniony. Przez ten tydzień biegania już na zawsze pożegnałem się z szachami, od tamtej pory już nigdy nie zagrałem nawet jednej partii, nawet zabawowo. Nie czułem prawie żadnego bólu kiedy ktoś nazywał mnie żartobliwie “szachistą”.

- Dopiero kilka lat później okazało się coś, co mogło być dla mnie pocieszające. Ten chłopak nazywał się Bobby Fisher i został najsłynniejszym szachistą świata, super gwiazdą, super celebrytą, zarabiającym na graniu ogromne pieniądze. Jeżeli ja, dzieciak- szachista czułem się załamany, to jak czuć się musieli wielcy arcymistrzowie, których Fisher pokonywał mając 13-14 lat? Jak się musiał czuć Samuel Reshevsky, wielokrotny najsłynniejszy arcymistrz USA, kiedy wygrywał z nim o 32 lata młodszy 15 latek? To dopiero mogło przyprawić o depresję. Podobno Reshevsky mówił wiele lat później, że zaakceptuje nawet miejsce 19 jeśli Fisher będzie 20. Aż się dziwię, że potrafił dalej grać po przegranych z Fisherem. Ale może to tylko pokazuje jego wielkość.

Milczeliśmy. Minęliśmy zabudowania Mogollon. Kiedyś było to małe górnicze miasteczko. Teraz wymarła osada. Latem w weekendy działało tu malutkie muzeum dokumentujące lata świetności miasta. Nigdy nie miałem okazji się tu zatrzymać, teraz też oczywiście nie.



- Ale jaki to ma związek z dziewczyną? - zapytałem w końcu

Powoli zbliżaliśmy się do dosyć stromego, sześciokilometrowego podbiegu.

- Nie taki oczywisty ale ma - chwilę odchrząkiwał - wydaje mi się, że uciekanie przed trudnymi sytuacjami zaczęło się u mnie od tych szachów. Ale - przerwał - opowiem Ci później, bo zaczyna się to - wskazał na podbieg - chyba, że nie wytrzymam, to leć swoje - lekko się uśmiechnął

6 km od 2200 do 2800 mnpm. Nie jakieś ekstremum, da się biec ale jednak dość ambitnie. Było raczej szeroko ale Tom puścił mnie przodem. Jego oddech cały czas słyszałem blisko za sobą, czasami widziałem go kątem oka. Trzymał się jednak mocno i właściwie od tego momentu przestałem się przejmować, że z czymś sobie nie poradzi. Te 6 km zajęły nam około 34-35 minut. Teraz jedenaście łatwych kilometrów.

Ale najpierw pierwszy checkpoint.

Nalaliśmy wody do bidonów. Przy punkcie pomiarowym był jeden chłopak

- Ilu jest przed nami ? - wolałem sie upewnić
- Jeden
- Ile mamy straty ?
- 1min50 sek

To by pasowało. Na pierwszych kilometrach Cox pewnie pobiegł po 4:30 lub szybciej, czyli już tam wyrobił sobie ponad 2 minuty przewagi nad nami, na górskim odcinku nie powiększył jej.

Tom ruszył przodem, minęliśmy dużą cysternę i ruszyliśmy w stronę lasu, gdzie przy drodze były stoły z własnymi odżywkami, ale nie mieliśmy zamiaru nic brać tylko biec dalej.

Prawie na nią wpadłem, wyszła nagle na drogę z lewej strony. Zatkało mnie, choć spodziewałem się ją tutaj zastać.

- Cześć Nikki - wykrzyknąłem biegnąc dalej

Cisza. Cisza.

- Cześć Mark - usłyszałem kiedy była już chyba 10 m za mną

Ulżyło mi, odwróciłem się nawet. Machnęła mi lekko dłonią.

cdn...już jutro