Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

Swiss Alpine Marathon Davos

Swiss Alpine Marathon Davos

A21_524x200.jpg


Blondynka koło 30-tki stoi w drzwiach i wpatruje się w coś, co znajduje się w pokoju. Troska rysująca się na jej ładnej twarzy prowokuje mnie do sprawdzenia, co jest przedmiotem jej uwagi. Wstaję z trudem, podchodzę do drzwi i niby od niechcenia zerkam do sali. Widok jak w wojennym lazarecie.


Na ustawionych w rzędach łóżkach leżą ludzie. Wszyscy podłączeni do kroplówek. Krzątanina lekarzy i pielęgniarek. W pomieszczeniu obok zakładane są opatrunki. Co chwilę wchodzi nowy pacjent. Większość przypadków to mniej lub bardziej poważne otarcia naskórka: na kolanach, łokciach, na całym boku ciała. Otarcia pobrudzone są ziemią, ślady krwi na ubraniach. Ramię mężczyzny, który kulejąc wszedł właśnie do pokoju, wygląda nienaturalnie. Lekarz stwierdza, że zostało złamanie i każe pielęgniarce je unieruchomić.


Widok, który zobaczyłem, wywołuje fale dreszczy przechodzących po karku - mnie się udało, miałem szczęście, maraton górski w Davos skończył się dla mnie bezboleśnie, jeśli nie liczyć obolałych mięśni nóg, pleców i ramion.


Swiss Alpine Marathon Davos
: 78km, Start w Davos na wysokości 1500m n.p.m. W pierwszej części dystansu dominują zbiegi. Po 35km trasa schodzi do poziomu 1200m n.p.m. Kiedy organizm ma już w zasadzie dość biegania, zaczynają się ostre podbiegi, tak że przez 15km biegacze muszą wznieść się na poziom 2600m. Później trochę oddechu, zbieg, fragment płaski, pola śnieżne i do kolejnej przełęczy na 2600m n.p.m. Dalej już tylko 15 kilometrów zbiegu i meta.


Strach przed maratonem pojawił się na dwa tygodnie przed startem. Definitywna decyzja o wzięciu udziału w tym maratonie zapadła podczas Salomon Trophy w Bieszczadach na początku maja. Potem szybko wypełniłem i wysłałem zgłoszenie. I właśnie na dwa tygodnie przed startem zacząłem sobie uświadamiać, co mnie czeka. Powoli zaczęło do mnie docierać, że to nie jest zwykły maraton, że będę musiał poradzić sobie ze zmęczeniem, którego jeszcze nigdy nie doświadczyłem, że po pokonaniu dystansu klasycznego maratonu zacznie się podbieg - 1400m w pionie. Czy wytrzymam, czy nie poddam się, mając wtedy w perspektywie jeszcze prawie pełny maraton i podbieg na górę wyższą niż nasze, niemałe przecież, Rysy?


Do Davos przyjeżdżam po południu w przeddzień startu, dlatego nie mam nawet czasu, żeby poznać "na sucho" trasę biegu. Zwykle gdy wybieram się na maraton, samochodem objeżdżam trasę, żeby poznać jej charakterystyczne punkty i oswoić się z nią. Tym razem wystarczyć musi studiowanie mapki i profilu trasy.


Jest upalnie, co napawa mnie niepokojem. Gdy temperatura przekracza 20 stopni, podczas długiego biegu mój organizm walczy o ochłodzenie się, wydzielając na powierzchnię skóry duże ilości wody. To powoduje odwodnienie i w konsekwencji szybkie zmęczenie. W biurze maratonu poznaję jednak szczegółową prognozę pogody na następny dzień. O ósmej rano ma być chłodno, a w południe upalnie. Jednak my uciekać będziemy przed wysoką temperaturą w miarę wznoszenia się. Dopiero na koniec, 10km przed metą, zanurzymy się w upalne powietrze w dolinie.


Mieliśmy miłą niespodziankę związaną z hotelem, który rezerwowaliśmy. Okazało się, że w zarezerwowanym przez nas miejscu nie ma wolnych pokoi i portier odsyła nas do zaprzyjaźnionego 4-gwiazdkowego hotelu obok, gdzie za taką samą cenę mieszkamy w dużym apartamencie z kuchnią i ogromnym tarasem z widokiem na góry. Idealne miejsce na odpoczynek przed startem i po biegu.


Poranek, godzina 6:30. Wychodzę na taras. Jest rześko. Prawdziwy balsam dla człowieka zmęczonego upałem poprzedniego dnia. W drodze na start przechodzę obok przystanku, gdzie sprawdzam wskazania umieszczonych tam termometru, barometru i higrometru. Zastanawiam się, czy dożyję czasów, kiedy na przystankach autobusowych w Zakopanem będą barometry? Przed startem oddaję depozyty i spotykam Jurka, kolegę z drużyny z Salomon Trophy. Potem w czasie biegu, gdy będę przeżywał najgorsze chwile, będę często myślał, jak on sobie radzi. Robimy pamiątkowe zdjęcie, rozciągamy się i udajemy na start.


Pierwsze kilometry to zabawa. Tempo bardzo komfortowe. Po pewnym czasie następuje podział stawki na grupy i grupki. Od jakiegoś czasu biegnę w towarzystwie tych samych zawodników. Zagaduję ich. Oni, zorientowawszy się, że mają do czynienia z obcokrajowcem, przyjmują rolę przewodnika. Pokazując drewniany, niemal czarny ze starości dom, mówią: "Na prawo typowy dom szwajcarski"; "Na lewo typowa szwajcarska krowa" - słyszę innym razem, gdy mijamy leniwie pasącą się krowę z monstrualnej wielkości dzwonkiem u szyi. Moich towarzyszy pytam, czy biegli już na tej trasie. Potwierdzają. Pytam, jaka jest prognoza czasu na mecie przy obecnym tempie. W odpowiedzi słyszę, że to tempo na pierwszą trzydziestkę. Jeden z biegaczy zainteresował się moim doświadczeniem w biegach górskich. Nie mam żadnego, więc podaję tylko swój rekord życiowy w maratonie - 2:32. Najwyraźniej nie robi na nim wrażenia; słyszę tylko, że to, co robimy, to nie maraton. Nie podoba mi się ta odpowiedź. Myślę sobie nawet, że mój rozmówca nie jest sympatyczny. Będę obserwował tego zawodnika do 30km, potem zgubi mnie na pierwszych poważniejszych podbiegach. Teraz, już po maratonie, wiem, że 78km w Davos to - mimo nazwy - nie maraton.


alpine_davos2.jpg


Na pewnym odcinku biegniemy w skalistej dolince wzdłuż potoku. Co jakiś czas przebiegamy tunelami wydrążonymi w skale. Mijamy też kilka razy wiadukty kolejowe. Pociąg wyjeżdża z tunelu, przejeżdża po wiadukcie nad strumieniem i naszą ścieżką, i znika w czeluści tunelu. Trasa prowadzi też przez wiadukt kolejowy, który jest bodaj największą atrakcją turystyczną okolicy. Bieg po tym 60 metrowej wysokości wiadukcie jest mocnym doświadczeniem.


Do 30km bieg jest igraszką. Znam to z maratonu. W biegach długich do pewnego momentu trzeba mieć duży zapas; mam go i tym razem. Potem zaczyna się 5 kilometrowy podbieg, który wznosi nas o 500m w pionie i wyczerpuje sporo sił. Cały czas biegnę. Na 35 km chwytam torbę z depozytem i decyduję się z niego wziąć tylko butelkę z przygotowanym napojem. Koszulkę z długim rękawem, którą zdeponowałem na wypadek, gdyby popsuła się pogoda, zostawiam. Robię to niemal w biegu. Możliwość pozostawienia przed startem depozytu, do którego dostęp jest na 35km, to doskonały pomysł organizatorów. Wbiegniemy na wysokość 2600m, i jest to wysokość, gdzie temperatura jest dużo niższa niż w dolinie. W przypadku załamania pogody możliwość zmiany przewiewnej startowej koszulki na ciepłą z długim rękawem mogła się okazać wręcz koniecznością.


Pociągam łyk napoju i cieszę się, że go sobie przygotowałem. Zawiera sporą dawkę kofeiny, która jest mi teraz potrzebna. 5 kilometrowy podbieg dał mi się we znaki, zaczynam odczuwać zmęczenie i przeraża mnie perspektywa, że najgorsze jeszcze przede mną. Nie wiem czy to nie autosugestia, ale przez następne kilka kilometrów wydaje mi się, że zawarta w napoju kofeina zadziałała i jakbym odżył. Niestety, w pewnym momencie zmęczenie powraca, zaś asfaltowa dróżka zamienia się w alpejski szlak i rośnie nachylenie terenu.

A21_524x250_2.jpg


Pojawia się znak 40km i opuszcza mnie optymizm. Jestem wyraźnie zmęczony, a perspektywa czekającego mnie przewyższenia i jeszcze 38km do mety powoduje, że niemal tracę nadzieję na pokonanie całego dystansu. Przed startem rozważałem, jaki czas na mecie by mnie satysfakcjonował. Już dawno odrzuciłem plan maksimum, właśnie zrezygnowałem z planu optymistycznego, i zacząłem zastanawiać się, na jaki czas mogę liczyć, gdybym w tym momencie przeszedł w marsz. Nie wiem, jak to się stało, bo nigdy w życiu nic podobnego mi się nie przytrafiło, ale w pewnym momencie zaczynam najpierw w myśli, a potem na głos mówić słowa modlitwy. Zaczynam pojmować, co odczuwali rycerze idący z pieśnią na ustach na śmiertelną bitwę. Pomaga mi to, odciąga też od przerażającej i obsesyjnej myśli, że najgorsze jeszcze przede mną.


W pewnym momencie odczuwam, że moje mięśnie czterogłowe nie pracują normalnie. Podczas prostowania nóg pojawia się w nich najpierw niewielki skurcz. Z czasem zjawisko to narasta. Zaczynam się bać. Nigdy czegoś podobnego nie odczuwałem i nie wiem, czy to minie, czy się może rozwinie. Niestety, skurcze się nasilają i pojawiają w innych mięśniach nóg. To jest moment krytyczny biegu. Gdy wypatruję znaku 45km, muszę przejść w marsz, a przy tym bardzo uważać, jak stawiam nogi. Wyprostowanie powoduje skurcz mięśnia czterogłowego, zbyt gwałtowne zgięcie skutkuje bolesnym skurczem mięśnia dwugłowego, natomiast mocniejsze wybicie się ze stopy generuje skurcze łydek. Poza bardzo krótkimi odcinkami, gdzie wypłaszczenie terenu pozwala mi na bieg, drogę do schroniska Kesch na wysokości 2632m będę pokonywał marszem. Przestaje mi zależeć na czasie, chcę tylko ukończyć bieg. Krytyczne 5km do 55km pokonuję w tempie ponad 10 minut na kilometr.


Widok schroniska Kesch Huette działa na mnie niczym promyk światła na zagubionego w jaskini. To najwyższy punkt biegu. Oznacza to, że wyżej nie trzeba już biec. Gdy pokonuję ostatnie metry podbiegu, po raz kolejny słyszę swoje imię i zachęty do walki: "Pawel, Pawel, heja, heja, Pawel, Pawel, weiter, weiter, klasse, klasse, heja, heja!". Pomaga mi to i wywołuje we mnie wstyd, że nie wystarczyło mi sił, aby dotrwać w truchcie aż do tego momentu. Gdy mijam schronisko, ktoś pyta o moje samopoczucie. Jestem pod wrażeniem, bo w głosie słyszę prawdziwą troskę. Czuję się wyczerpany. Odpowiadam, że świetnie. Później dowiem się, że pytającym był dyrektor maratonu. Od tego momentu jest już z góry, co skłania mnie do biegu. Trasa prowadzi trawersem. Biegnę mając u stóp przepiękną dolinę. 60 kilometr to znowu ostry podbieg i kolejna przełęcz Skalettapass, której nazwa mimo woli kojarzy mi się ze szkieletem, tak jakby opisywała wygląd maratończyków, którzy dotarli do tego miejsca. Tutaj znowu mam osobisty doping: Pawel, Pawel, heja, heja. Od tego momentu już tylko w dół.


Po ostrym zbiegu jestem w końcu doliny, która poprowadzi mnie aż do wymarzonej mety. Zanim to nastąpi, przede mną jeszcze około godziny biegu. Dolina jest przepiękna. Pasące się krowy podzwaniające dzwonkami, urocze drewniane domy, szum potoku wijącego się wśród ukwieconych alpejskich łąk i do tego zapach krótkiego alpejskiego lata, jedyny w swoim rodzaju, który czuję jeszcze na wspomnienie o Szwajcarii.


Gdy mija kolejna godzina, widzę ujście doliny. Nagle mężczyzna siedzący na łące z synem swojskim akcentem wyczytuje moje imię i nazwisko. To bardzo sympatyczny moment biegu. "Doskonale, jest pan pierwszy Polakiem, długo tu na pana czekaliśmy, meta już blisko." Uśmiecham się, pozdrawiam machając ręką. Jeszcze kilkaset metrów i widzę miasto, a z oddali dochodzą odgłosy komentatora ze stadionu w Davos. Jednak trasa nie prowadzi od razu na stadion. Nagle skręca i... widzę podbieg. Organizatorzy postanowili urozmaicić końcówkę biegu i poprowadzili trasę lasem ponad polem golfowym. Nie jest to duży podbieg. Podczas zwykłego treningu być może nawet nie zwróciłbym na niego uwagi. Teraz jednak po prostu stanąłem jak wryty i pokonałem go marszem. Po prostu nie mogłem już podbiegać. Na ulicach miasta, około kilometra przed metą, nagły ból w klatce piersiowej zmusza mnie do zatrzymania się. Boli serce. Kolejne nowe doświadczenie. Po kilku głębszych oddechach ból mija i ruszam. Niestety, chwila słabości kosztowała mnie dwa miejsca.


Mijam linię mety, nie mam siły żeby stać. Rozum podpowiada mi, że powinienem uzupełnić ubytki płynów, więc wypijam kilka kubeczków, biorę w rękę banany i kładę się na tartanie - to wspaniały odpoczynek po 7 godzinach i 35 minutach morderczego wysiłku. Gdy po kilku minutach postanawiam wstać, nie wiem jak to zrobić. Żeby wstać, trzeba zgiąć nogi. Gdy tego próbuję, łapią mnie bolesne skurcze. Po kilku próbach rezygnuję. Jak wstać? Przez kilka minut zbieram siły; naprężam wolę, przygotowując się do szybkiego podniesienia się. Wreszcie udało się.


Mam zatkane uszy i przełykanie śliny nie pomaga. Wzrokiem szukam strzałek kierujących do miejsca, gdzie można odebrać rzeczy. Zaraz potem biorę prysznic i udaję się na masaż. W kolejce stoi kilka osób, ale czekanie opłaca się. Sprawne, delikatne, ale mocne dłonie doświadczonej młodej masażystki poświęcają moim zmęczonym mięśniom około 20 minut. Gdy wstaję, czuję się znacznie lepiej.


Przechodzę obok pomieszczeń, w których podłączeni do kroplówek leżą odwodnieni biegacze. Idę do hotelu, dzierżąc w dłoni koszulkę z napisem Finischer. To koszulka, na którą naprawdę zapracowałem.


Następnego dnia po maratonie jest najgorzej. Mięśnie nóg, grzbietu, pośladki, ramiona są obolałe. Mam trudności z wstaniem z łóżka, nie mówiąc już o chodzeniu po schodach. Minie jeszcze pięć dni, zanim spróbuję niezgrabnego, wolnego truchtu, podczas którego będę miał wrażenie, że uczę się dopiero biegać. Teraz wiele dni po maratonie wiem, że jeśli tylko zdrowie pozwoli, w przyszłym roku wezmę udział w biegu w Davos jeszcze raz.