Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
Nasi na jedno okrążenie - relacja z DL w Szanghaju

Diamentowa Liga pozostała w Azji. Po inauguracyjnych zawodach w Dosze, kolejnym gospodarzem zawodów był chiński Szanghaj. W metropolii przy ujściu rzeki Jangcy z dobrej strony pokazała się para naszych sprinterów. Justyna Święty-Ersetic i Patryk Dobek próbowali uzyskać minima na jesienne Mistrzostwa Świata w Katarze. Najlepsze wyniki w konkurencjach biegowych uzyskali Noah Lyles oraz Abderrahman Samba.

Zawodnicy zaledwie tydzień wcześniej sprawdzili się w boju podczas IAAF World Relays. Tym razem przyszedł czas na indywidualną rywalizację o wymagające minima kwalifikacyjne. W przypadku biegu na 400 metrów pań do nabiegania było 51.80, natomiast w biegu płotkarskim mężczyzn na dystansie jednego okrążenia - 49.30 sekundy.

Pięć setnych Święty i czwarte miejsce Dobka

Pierwszym biegiem rozegranym w ramach Diamentowej Ligi było 400 metrów przez płotki. Trzeba oddać organizatorom, że zadbali o klasową obsadę. W blokach startowych poza naszym reprezentantem stanęli Abderrahman Samba i Rai Benjamin, a więc odpowiednio numer 2 i 3 w tabelach historycznych. Do pełni szczęścia zabrakło jedynie Karstena Warholma, który zimą prezentował doskonałą formę w hali, bijąc rekord Europy na płaskie 400 m.

Od początku z wielkim entuzjazmem ruszył Amerykanin Benjamin. Polak z kolei biegł spokojnie, równym rytmem, płynnie przechodząc nad ustawionymi na wysokości niespełna metra płotkami. Również Samba nie miał zamiaru forsować tempa na pierwszych rozstawach. Benjamin prowadził wyraźnie, jednak po wyjściu na ostatnią prostą było pewne, że już za moment stanie się łupem dla Katarczyka. Samba ostateczny atak wyprowadził na ostatnim płotku. Końcówka należała już zdecydowanie do mistrza Azji, który z wynikiem 47.27 s, umocnił się na pozycji lidera tegorocznych list światowych i pokazał, że niemal 27-letni rekord świata Kevina Younga jest zagrożony.

Dobek finiszował na czwartej pozycji z czasem 49.64 s. Tylko raz naszemu płotkarzowi udało się rozpocząć sezon od mocniejszego uderzenia. W roku 2016, również w Szanghaju, wybiegał 49.01 s kończąc na drugim miejscu. Do minimum zabrakło niewiele. Choć jak okazało się pół godziny później, o tym co znaczy „niewiele” bardziej przekonała się Justyna Święty-Ersetic.

Bieg na 400 metrów kobiet pewnie wygrała faworyzowana Salwa Eid Naser. Wicemistrzyni świata z Londynu była co prawda delikatnie naciskana na ostatniej setce przez Amerykankę McLaughlin, jednak nie zrobiło to na lekkoatletce z Bahrajnu wrażenia. Choć wynik 50.65 s to poprawiony prawie o sekundę rekord sezonu, na twarzy Naser nie było widać radości. Spojrzała z niesmakiem na zegar, po czym z miną najbardziej niezadowolonej osoby na stadionie opuściła bieżnię.

Justyna Święty-Ersetic pobiegła w swoim stylu. Spokojny początek i odrabianie strat na drugiej dwusetce. Nasza sprinterka szybko została dogoniona przez McPherson, nie trzymała też za wszelką cenę uciekającej na ostatnim torze Botlogetswe. Końcówka w wykonaniu mistrzyni Europy nie była jednak tak atomowa, jak moglibyśmy się tego spodziewać. Ostatecznie zawodniczka pochodząca z Raciborza finiszowała na siódmym miejscu z wynikiem 51.85 s. Do minimum zabrakło dosłownie centymetrów. 51.80 co do setnej części sekundy nabiegała za to rywalka z europejskiego podwórka, Holenderka Lisanne De Witte.

Na światowych listach wciąż prowadzi niesamowita Shaunae Miller-Uibo z wynikiem 49.05, uzyskanym jeszcze w kwietniu na Florydzie.


Pacemaker – trudny zawód

Szanghajski „Stadion Osiemdziesięciu Tysięcy” był w sobotni wieczór świadkiem wielu konkurencji biegowych. Najdłuższe odległości mieli do pokonania zawodnicy na 5000 metrów, oraz zawodniczki na 1500 m i 3000 m z przeszkodami. We wszystkich trzech konkurencjach zadbano o obsługę ze strony pacemakerów.

Na dystansie dwunastu i pół okrążenia organizatorzy założyli tempo 2:35 na km, co miało doprowadzić najlepszych do nowego rekordu mitingu (12:59.96). Do pilnowania prędkości wytypowani zostali Bram Som oraz Cornelius Kiplangat. Pierwszy wykonał swoją robotę doskonale meldując się na pierwszym kilometrze w 2:35.20. Kenijczyka zadanie niestety przerosło. Zamiast według założeń doprowadzić towarzystwo na 3 km w czasie 7:45.00 opuścił bieżnię już po drugim kilometrze, który zresztą był wyraźnie wolniejszy od prognoz (5:13 zamiast 5:10).

Sama rywalizacja miała dość nudny przebieg. Murowany faworyt Kejelcha przez większą część biegu chował się w środku stawki. W międzyczasie realizator pokazywał skaczących wzwyż, którzy radzili sobie z wysokością 2,25 m wyśmienicie. Kiedy kamera ponownie kierowana była na bieżnię, niewiele się zmieniało. Pod nieobecność niedysponowanego zająca zawodnicy musieli dbać o tempo we własnym zakresie. Bieg wyglądał trochę jak mecz Etiopia kontra Kenia, ewentualnie rywalizacja między brandami. Jedni przywdziani byli bowiem w ciemne trykoty marki z Oregonu, drudzy w białe stroje braci Dassler.

Na ostatnim okrążeniu Kejelcha wziął się do konkretniejszej roboty. Chociaż w wygodnym finiszu przeszkadzał nieco dublowany Chińczyk Peng, halowy mistrz świata z Birmingham poradził sobie z zadaniem i ograł rywali. Ostatnie 400 metrów w 53.28 s załatwiło sprawę. Wynik 13:04.16 to jak na razie liderowanie na listach światowych.

W biegu pań na 1500 m było dużo ciekawiej. Szkoda tylko, że również i w tym wypadku całkowicie zawiódł serwis „zajęcy”. Najpierw zupełnie rozsypała się wysoka Australijka Mitchell. Pacemakerka miała doprowadzić do osiemsetnego metra w 2:08. Już pierwsze okrążenie pokonała jednak wyraźnie za wolno (65.34s). Jako że, sto metrów później Mitchell wcale nie planowała zabrać się do żywszego biegu, wyręczyła ją druga z pacemakerek, Kiplangat. Zryw Kenijki niewiele jednak zdziałał. Grupa pojawiła się na osiemsetnym metrze w 2:10, a na 1 km w 2:43, o trzy sekundy wolniej niż przewidywano.

Do ostatecznych rozstrzygnięć podobnie jak w biegu mężczyzn na 5000 metrów doszło na ostatnim okrążeniu. Mocno pracowały zwłaszcza Etiopki Tsegay i Seyaum. Nieco schowana biegła skutecznie przedłużająca się w tym sezonie Siffan Hassan. Na przeciwległej prostej niespodziewanie do głosu doszła Marokanka Arafi. Zawodniczka z życiówką 3:59.15 spokojnie przetrzymała wiraż, żeby na ostatniej setce nie dać szans rywalkom. Na końcówce zupełnie bezbarwna była rekordzistka Europy Hassan, którą ostatecznie sklasyfikowano na piątym miejscu. Czas Arafi (4:01.15) to najlepszy w tym roku wynik na listach światowych. Marokanka na mecie była bardzo szczęśliwa. Ucałowała tartan zmawiając krótką modlitwę. W dalszej części sezonu okaże się, czy jej modły zostaną wysłuchane. Powody do zadowolenia miała też trzecia na mecie Winnie Nanyondo (4:01.39). Jej nowy rekord życiowy to jednocześnie rekord Ugandy.


Oglądając bieg pań na 3000 metrów z przeszkodami, wśród polskich kibiców mogły odżyć wspomnienia. Kiedyś była to przecież polska konkurencja. Pomijając sukcesy Bronisława Malinowskiego, czy Zdzisława Krzyszkowiaka, warto przypomnieć jeszcze rekordy świata Justyny Bąk.

W Szanghaju faworytka do zwycięstwa była jedna. Chodzi o aktualną rekordzistkę świata Beatrice Chepkoech. Kenijce desygnowano do pomocy o uzyskanie wyniku na poziomie rekordu mitingu dwie pacemakerki. Może chociaż w tym wypadku robota została wykonana fachowo? Nie mamy dobrych informacji.

Węgierce Gyurkes zlecono pierwszy kilometr w 2:59.00. Nie podołała. 3:01.84 musiało wystarczyć. Z kolei Caroline Tuigong, choć miała dobiec do 2 km w 5:58.00, opuściła bieżnię okrążenie po Gyurkes. Na placu boju została samotna Chepkoech. Kenijka biegła pewnie, równym tempem, jako jedyna z czołówki pokonując przeszkody nieźle technicznie. Pozostałe zawodniczki traciły rytm na każdej belce, co widać było gołym okiem.

Zwyciężyła Chepkoech poprawiając o dwadzieścia pięć setnych sekundy rekord mitingu i obejmując przodownictwo na listach światowych (9:04.53). Druga do mety dobiegła Chespol (9:11.10), trzecia finiszowała Ugandyjka Chemutai (9:17.78), z którą Chepkoech wyrównała rachunki po przegranej potyczce na MŚ w crossie.

Płotki bez zmian, niespodzianki na setkach

Omar McLeod przyleciał do Szanghaju po czwarte z rzędu zwycięstwo i cel osiągnął. Aktualny mistrz olimpijski i mistrz świata na 110 m przez płotki zwyciężał w Chinach w trzech ostatnich zawodach Diamentowej Ligi. Tym razem w pokonanym polu zostawił faworyta gospodarzy Xie (13,17 s), Shubenkova (13.28 s) i Orlando Ortegę (13.28 s). Jamajczyk do ostatnich metrów naciskany był przez Xie, jednak ostatecznie wyszedł z tej rywalizacji obronną ręką. Czasem 13.12 s ustalił swój najlepszy wynik w sezonie.

Niespodziewany finał miał za to bieg na 100 metrów kobiet. W blokach pojawiły się takie gwiazdy światowego sprintu jak multimedalistka igrzysk w Rio - Elaine Thompson, była rekordzistka Afryki Blessing Okagbare (z życiówką 10.79 s), czy Michelle Lee-Ahye (z rekordem życiowym 10.82 s).

Zwyciężyła młoda Amerykanka Aleia Hobbs, której największym sukcesem do tej pory były medale mistrzostw panamerykańskich juniorów. 23-letnia sprinterka pokonała 100 metrów w czasie 11.03 s, inkasując jednocześnie 8 pkt do końcowej klasyfikacji DL. Warto zaznaczyć, że był to jej debiutancki start w zawodach tej rangi. Dużo bardziej doświadczone rywalki tym razem musiały uznać wyższość Amerykanki. Druga była Okagbare (11.07 s), trzecia Thompson (11.14 s).

Stumetrówka pań była jednak tylko przygrywką do tego co wydarzyło się w biegu panów. Organizatorzy reklamowali 100 metrów mężczyzn, jako pojedynek Colemana z Su. Chińczyk na konferencji prasowej przed mitingiem z dużą swobodą i dowcipem wypowiadał się o swoim rywalu.

- Nie mogę się doczekać spotkania z Christianem (…) jest bardzo utalentowanym i bardzo dobrym sportowcem. Dokładnie tak jak ja - mówił.

Podczas samego biegu Su nie był już jednak tak swobodny jak w wypowiedziach przedstartowych. Wyglądał jak przygnieciony presją, która czasami dotyka ulubieńców gospodarzy. Coleman robił natomiast swoje, pewnie zmierzając po victorię. Wtem, z głębi zupełnie niespodziewanie wyskoczył Noah Lyles. Amerykanin jeszcze w połowie dystansu znajdował się na jednej z końcowych pozycji. Na ostatnich siedmiu krokach – w sobie tylko wiadomy sposób - wyprzedził Brytyjczyka Prescoda oraz Colemana. To była jedna z najbardziej spektakularnych końcówek w historii sprintu!

Podczas prezentacji zawodników, gdy stali jeszcze w blokach, Lyles wykonał ruch ręką imitujący strzał rewolwerowca z Dzikiego Zachodu. Trzeba przyznać, że jego pistolet wystrzelił w najlepszym możliwym momencie. Zawodnik dotychczas dużo częściej startował na 200 metrów, wygrywając aż 7-krotnie różne mityngi Diamentowej Ligi. Nowa życiówka Lylesa na setkę to 9.86 s, niemal dokładnie ten sam czas uzyskał Coleman. Trzeci na mecie Simbine i czwarty Prescod, również zeszli poniżej 10 sekund. Co tu dużo mówić, to była naprawdę szybka setka.


W głównym programie DL w Szanghaju rozegrano jeszcze dwie konkurencje biegowe – 400 metrów mężczyzn, oraz męską dwusetkę. W pierwszym biegu wygrał Fred Kerley (44.81 s), przed Michaelem Cherry (45.48 s) i Nathanem Strotherem (45.52 s). Na starcie zabrakło awizowanego Gardinera, który zwyciężał w Szanghaju rok wcześniej ze znakomitym 43.99 s. Na niższy poziom rywalizacji wpłynęły również problemy Isaaca Makwali, który na zejściu z wirażu wpadł w turbulencje zaliczając bolesny upadek.

Na 200 metrów z dużą przewagą wygrał Kanadyjczyk Brown (20.07 s). Dalej finiszował jego kolega z reprezentacji, utytułowany De Grasse (20.21 s) i zawodnik z RPA Clarence Munyai (20.37 s).

Kolejne zawody w ramach Diamentowej Ligi rozegrane zostaną 30 maja w Sztokholmie.

Pełne wyniki mityngu Diamentowej Ligi – Szanghaj 2019.

Fot. tytułowe IAAF/Errol Anderson